„Każdy ma prawo do gniewu”. Dominikanin opowiada o życiu w stolicy Ukrainy

„Łatwo mówić o miłości nieprzyjaciół z bezpiecznego miejsca. Inaczej, gdy trzeba głosić kazanie ludziom pod ciągłym ostrzałem” – mówi Petro Balog OP, przeor klasztoru dominikanów w Kijowie.
Czyta się kilka minut
Kijów, rejon Darnycki - lewobrzeżna część miasta. Na zdjęciu jedna z ogrzewalni ustawiona przez władze miasta. Mieszkańcy mogą się tu ogrzać, naładawoć telefony. Kijów, 27 stycznia 2026 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Kijów, rejon Darnycki - lewobrzeżna część miasta. Na zdjęciu jedna z ogrzewalni ustawiona przez władze miasta. Mieszkańcy mogą się tu ogrzać, naładawoć telefony. Kijów, 27 stycznia 2026 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

JACEK TARAN: Jak wygląda życie codzienne w Kijowie?

Petro Balog OP: To życie pomiędzy nalotami. Zwykle zaczynają się późnym wieczorem i trwają do rana. Za dnia miasto funkcjonuje w miarę normalnie. Jeździ metro, autobusy, ludzie chodzą do pracy. Oczywiście nie jest to życie radosne. A nocami są naloty, drony, zniszczenia. Taka codzienność. Ludzie próbują z tym żyć.

Ile jeszcze wytrzymają?

Trudno powiedzieć. Na razie Ukraina się trzyma dzięki wsparciu z Unii Europejskiej i USA. To wsparcie wystarczające, by nie umrzeć, ale nie takie, które zapewniłoby bezpieczeństwo. To w pewnym sensie cud, że to wszystko wciąż się trzyma.

Wróg chce, abyśmy sami zaczęli prosić o kapitulację. Temu służą ataki na ludność cywilną i infrastrukturę. Chodzi o to, byśmy zaczęli błagać o „pokój”, który w istocie będzie kapitulacją.

Jakie są nastroje wśród ludzi, z którymi Ksiądz rozmawia?

Większość jest zdecydowanie przeciw kapitulacji. Wiemy, co oznacza „pokój” narzucony przez Rosję. Nawet jeśli oni mówią: „Oddajcie Donbas, zaakceptujcie rosyjski Krym, a przestaniemy strzelać”, to jest pytanie: co dalej? Mamy czekać rok, dwa lata, aż Rosja wzmocni się po tym, jak zostaną zdjęte sankcje i znów na nas ruszy? Taka jest Rosja. Najlepiej dla nas byłoby wejść do NATO i uzyskać realne gwarancje bezpieczeństwa.

O jakie gwarancje chodzi?

O takie, jakich Rosja nie akceptuje. Rosja respektuje tylko siłę. Dopóki widzi słabość, stosuje agresję i represje. Rosja nie napadła dotąd na żadne silne państwo. Napada na słabszych. Jeśli Ukraina będzie państwem silnym, uzbrojonym, wtedy będzie można mówić o realnych rozmowach. Tymczasem czego żąda Rosja? Naszej demilitaryzacji. A po co? Żeby nas zjeść. Nie możemy się zgodzić na to, żeby być zjedzonym.

Nieprawdziwa jest teza, że Ukraińcy są tak zmęczeni, że zgodzą się na jakikolwiek pokój?

Część społeczeństwa rzeczywiście jest zmęczona. Część się zastanawia: „Może trzeba zgodzić się na warunki Rosji?”. Są takie głosy. Przywołuje się analogie: w 1940 r. Związek Sowiecki zaatakował Finlandię, Finowie stracili Karelię, ale obronili państwo. Niektórzy powołują się więc na przykład Finów i mówią: „U nas może być tak samo, oddamy Donbas i będzie pokój”. Moim zdaniem nie można w to wierzyć. Trafniejsza jest analogia do Hitlera, któremu Europa oddała Czechosłowację, licząc, że się uspokoi. Nie uspokoił się.

Także Putin się nie uspokoi. Apetyt rośnie wraz z bezkarnością. Przecież Rosja zaczęła od inwazji na Gruzję. Potem był Krym. Wcześniej Naddniestrze. Za każdym razem pojawiało się oburzenie, ale realnej kary nie było. Rosja była bezkarna, więc robiła dalej to samo.

Pomoc, która płynie na Ukrainę, ma znaczenie także psychologiczne?

Każda pomoc jest wsparciem również mentalnym. Daje poczucie, że nie jesteśmy sami. Pomoc z Polski jest wyraźnie odczuwalna. Jesteśmy za nią bardzo wdzięczni. Archidiecezja Krakowska zebrała ponad pięć milionów złotych na generatory. To realna pomoc dla konkretnych ludzi. Mam nadzieję, że w ślad pójdą inne diecezje, także inne kraje, bo tych generatorów nie starczy dla trzech milionów ludzi – tyle żyje wciąż w Kijowie.

Kijów - mieszkańcy osiedla Trojeszczyna przy jednym z punktów niezłomności. 18 stycznia 2026 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Przez te cztery lata pełnoskalowej wojny zmieniło się na Ukrainie myślenie o Zachodzie, Europie?

To rzecz złożona. Np. USA pomagają, ale wcześniej to one były jednym z państw gwarantujących niepodległość Ukrainy. Oddaliśmy broń atomową, w 1994 r. zostało to zapisane w memorandum. Mieliśmy nadzieję, że w zamian będziemy mogli żyć jako niepodległe państwo w granicach, które wtedy istniały.

Do tego ta niepewność. Trump coś zapowiada, czasem robi coś innego. Z kolei w Unii Europejskiej wszystko przebiega wolno. Można wręcz odnieść wrażenie, że w czasie II wojny światowej decyzje podejmowano szybciej. Kończy się czwarty rok pełnoskalowej wojny i 12 lat wojny w ogóle, licząc od aneksji Krymu, a Europa wciąż nie potrafi zdecydować się na działania adekwatne do skali zagrożenia. To coś, co na Ukrainie jest mocno odczuwane.

Pomoc z Europy mogłaby być skuteczniejsza?

Jesteśmy świadomi, że Europa nie jest gotowa na wojnę na taką skalę. Sama Europa nie ma dziś zbyt wielu zasobów, którymi mogłaby pomagać, więc nie chce oddawać wszystkiego, co jeszcze posiada. Rosja produkuje uzbrojenie na ogromną skalę. Mam nadzieję, że Niemcy, Polska, Francja i inne kraje Unii, a także Wielka Brytania zaczną inwestować więcej w obronność. I że gdy Rosja to zobaczy, może zrozumie, że nie ma miejsca na imperializm.

W swojej pracy spotyka Ksiądz ludzi, których wiara zmieniła się przez wojnę – osłabła albo przeciwnie, wzmocniła się?

Spotykam jednych i drugich. Jest powiedzenie, że na froncie nie ma niewierzących. To nieprawda. Nie ma tu jednej historii. Jeden człowiek w chwili zagrożenia się modli, a drugi nie.

Mam znajomego, który był z nami w zakonie, później odszedł. Gdy wybuchła wojna, poszedł na front. Ponieważ studiował teologię, zrobili go świeckim kapelanem. Opowiadał mi o różnych sytuacjach. Że zdarza się, zwłaszcza podczas ciężkich ostrzałów, że ktoś modli się tak, że on nigdy nie widział takiej modlitwy, nawet w klasztorze. Ale to wyjątki. Opowiadał, że jak w niedzielę chodzi po oddziale i pyta, kto chce przyjść na wspólne spotkanie czy modlitwę, to często jest odsyłany do wszystkich diabłów.

Jak rozmawiać z ludźmi o przebaczeniu?

W Instytucie Nauk Religijnych św. Tomasza, który prowadzimy w Kijowie, rozmawiamy o tym, jak będzie wyglądać kwestia przebaczenia po wojnie. W Kazaniu na Górze Jezus, mówiąc o przykazaniu „nie zabijaj”, mówi też o nienawiści rodzącej się w sercu. To aktualne słowa. Naszym zadaniem jako chrześcijan jest pomagać ludziom, którzy widzą śmierć, zabite dzieci i zniszczenia, by nienawiść nie zatruła ich serc. Nienawiść niszczy przede wszystkim tego, kto nienawidzi. Wrogowi o to chodzi: abyśmy stali się tacy jak on. Nie chcemy tacy być.

Oczywiście, każdy ma prawo do gniewu. Problem zaczyna się, gdy gniew zamienia się w nienawiść, która zatruwa duszę. Tak, mówienie o tym podczas wojny jest trudne. Łatwo mówić o miłości nieprzyjaciół z bezpiecznego miejsca, z Rzymu, z Waszyngtonu. Inaczej, gdy trzeba głosić kazanie ludziom pod ciągłym ostrzałem, którzy każdego dnia słyszą o kolejnych ofiarach.

Łatwo tu o błąd?

Tak. Jak wtedy, gdy w Watykanie próbowano nieudolnie organizować gesty pojednania, gdy Ukrainka i Rosjanka niosły razem krzyż. To był przekaz, że ofiara i agresor niosą wspólny krzyż. Tymczasem my na razie niesiemy różne krzyże.

Jezus, gdy przebaczał swoim oprawcom, nie twierdził, że oni też niosą krzyż. To oni Go krzyżowali. Tego elementu wtedy w Watykanie zabrakło: zrozumienia, że nie wolno stawiać na jednym poziomie ofiary i oprawcy. Przebaczenie nie oznacza zrównania agresora z ofiarą.

Trzeba mówić o przebaczeniu, ale jednocześnie nazywać rzeczy po imieniu. Ofiara pozostaje ofiarą, a oprawca – oprawcą. Powinien mieć świadomość swojej winy. Tylko na takim fundamencie można myśleć o prawdziwym przebaczeniu.

Co mówić, gdy ktoś prosi o pocieszenie?

Najgorsze, co może się wydarzyć, to utrata nadziei. Dotyczy to nie tylko rodzin, które straciły kogoś bliskiego, ale też żołnierzy. Oni sami to mówią: stracić nadzieję to jest najgorsze, co może się zdarzyć. Dlatego tak ważne jest, by ludziom uświadamiać: nie wolno się poddawać, nawet jeśli wydarzyła się straszna tragedia. Chodzi o to, żeby pomóc człowiekowi utrzymać wiarę w to, że życie będzie trwać dalej. Że po tym dramacie świat będzie nadal istniał, nawet jeśli dziś trudno to sobie wyobrazić.

Na swoim blogu pisze Ksiądz, jaki będzie świat po Trumpie.

To raczej opowieść o tym, jakie będą Stany Zjednoczone po Trumpie i jaki to będzie miało wpływ na świat. Mówi się, że „wszystko się zmieniło”, że „świat jest już inny”. Jednak wciąż mam nadzieję, że to nie jest zmiana ostateczna.

Nie staję ani po stronie prawicy, ani lewicy. Trump był jednak reakcją części społeczeństwa USA, która była głęboko niezadowolona i głosowała nie „za kimś”, ale „przeciw komuś”. Oczywiście jego działalność mocno polaryzuje Amerykę. Obawiam się, że po nim może się pojawić mechanizm odwetu: wygra ktoś tylko dlatego, że jest „przeciw Trumpowi”, a nie dlatego, że proponuje coś sensownego. To z kolei może prowadzić do jeszcze większej radykalizacji z drugiej strony.

Potrzebny jest ktoś wyważony. To dotyczy także Europy. Kiedyś istniała w Europie tradycja partii chrześcijańskich. Dziś ona zanika. Wprowadzanie chrześcijańskiej moralności do polityki nie polega na narzucaniu innym wiary. Nauczanie Kościoła, choćby w kwestii wolności religijnej, mówi jasno: trzeba szanować i wierzących, i niewierzących.

Politycy niekoniecznie powinni deklarować się jako religijni, ale powinni działać w duchu Ewangelii. Jeśli ktoś chce sprawować władzę w państwie i rządzić wszystkimi obywatelami, a nie tylko własnym elektoratem, to powinien być mężem stanu, a nie liderem jednej grupy.

A jaki będzie świat po Putinie?

To jeszcze trudniejsze pytanie. W USA są silne tradycje demokratyczne. Stany długo były wzorem demokracji i nawet poważne kryzysy da się tam jakoś przepracować.

Z Rosją jest inaczej. Zmieniały się systemy: carat, Związek Sowiecki, Jelcyn, Putin. Po Putinie też ktoś przyjdzie. Pytanie brzmi: co zrobić z całym tym dziedzictwem, z mentalnością, która kształtowała się przez stulecia? Rosja jest dziedzicem nie tyle Rusi Kijowskiej, co bardziej Ordy Mongolskiej. To odcisnęło piętno na rosyjskim myśleniu o władzy, państwie i człowieku. Dlatego po Putinie czeka Rosję żmudny proces. Zmiana systemu politycznego to jedno, ale zmiana mentalności to coś trudniejszego.

Ojciec Petro S. Balog // Archiwum prywatne

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 08/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Najgorsze to stracić nadzieję