Nie da się zacząć inaczej niż od wyliczenia, zresztą tylko części zajęć, których się imał: poeta, prozaik, eseista, tłumacz, tekściarz, biograf, kolekcjoner precjozów i cymeliów, folklorysta, cyganolog, powstaniec warszawski, działacz społeczny, literat ze stolicy, a jednocześnie eksplorator marginesów i zaułków. Współtwórca wzniosłej pamięci o Zagładzie wrażliwy na płaskie, sentymentalne melodie kultury popularnej, w których dostrzegał ważny składnik życia, analityk sytuacji nieoczywistych i animator zwinnych języków. Jerzy Ficowski, którego stulecie urodzin właśnie obchodzimy.
Wielość czy wielkość
Jest zarazem pisarzem zapominanym i skupiającym coraz więcej uwagi. Zapomina się o nim tak samo, jak o wielu, chyba nawet o większości autorów powojennych, znikających z pola zainteresowania wraz z tematami, które niegdyś wiązały ich z publicznością, a teraz wydają się nieomal egzotyczne. Doprawdy niełatwo przekonać studentów do czytania Andrzejewskiego, Brandysa, Herlinga-Grudzińskiego, Konwickiego, Mackiewicza, Odojewskiego i innych, ponieważ ich obecność w kanonie pozostaje niepewna, a aktualność w świecie dzisiejszym – wątpliwa.
Z poetami i poetkami bywa inaczej, trzymają się mocniej, lecz przecież w ich przypadku publiczność zawsze miała węższy, wyborowy charakter. Kłopot z Ficowskim polega na tym, że w oczach większości kojarzących go ludzi poetą był na drugim planie, na pierwszym planie zaś widniały jego działania bardziej spektakularne, w skrócie – przebój Maryli Rodowicz „Jadą wozy kolorowe”, odkrycie poezji Papuszy, książki o Brunonie Schulzu.
Jednak, choć zapominany – dziś rośnie. Wokół spuścizny Ficowskiego zebrała się gromadka oddanych mu badaczy, edytorów, znawców, wyznawców, słowem ludzi zaangażowanych w akcję przeciw niepamięci i na rzecz uznania jego twórczości za nie tylko równoważną w stosunku do najwybitniejszych w XX w., lecz przede wszystkim inspirującą tak przeszłość, jak i przyszłość.
Inspirowanie przeszłości? Chodzi o perspektywę, w jakiej jest widziana. Czy związek z doświadczeniami w skali makro, narodu, wielkiej polityki, historii, totalitaryzmu rzeczywiście przesądził o autorytecie i stylu pisarstwa, głównie poezji, czy też równie istotne jak „świadectwa epoki” były – parafrazując Mirona Białoszewskiego – dużo dyskretniejsze „świadectwa siebie”?
Czy faktycznie poezja rozwijała się pomiędzy biegunami, uosobionymi przez Czesława Miłosza i Juliana Przybosia, pomiędzy modelem klasycyzującym, zachowawczym a modelem rewolucyjnym, czy też magnetycznych punktów odniesienia, osobliwości i osobności było znacznie więcej? A prawo do tworzenia na własnych warunkach, obok głównych nurtów literackich i społecznych, w opozycji do ogólnie aprobowanych sposobów wyrażania się?
Przyszłość, o której zwykliśmy myśleć jako o ciągu dalszym wybranych wartości, zależy od tego, co zapamiętamy jako rzeczy do podjęcia lub odrzucenia. I dlatego pozycji Ficowskiego przydaje się tak wiele sensów, czyniąc z niej zagadnienie sprawiedliwości (poecie należy się tytuł do pierwszeństwa i stosowna atencja), przez sprawę smaku (poeta nieustawny, chodzący jeszcze bardziej własnymi ścieżkami rzuca wyzwanie rutynowym hierarchiom), aż po sprawę polityczną (jakiej poezji potrzebują Polacy?).
Wszystko to powoduje, że w toczącej się od dawna, lecz półgębkiem, w cieniu doraźnych sporów, zasadniczej dyskusji o poezji, Jerzy Ficowski traktowany jest jak potencjalny – by wysłowić się modniarsko – game changer.
Sprawy wiersza
Piszący o nim nie mają wątpliwości, że jego twórczość wykazuje istotne związki z przemianami powojennego porządku, a jednocześnie, że wytyczała własny, meandrujący przesmyk między tym, co dominujące i zbiorowo akceptowane, a tym, co prywatne i kłopotliwe w odbiorze.
Jakub Ekier analizuje te kłopoty: „Ledwo zdążamy w wierszach Ficowskiego rozpoznać to, co znajome, a już odsłania się przed nami inna, nieznana dotąd strona rzeczy”. Marta Baron widzi go w kontekście znamiennych dla XX w. kłopotów z przedstawieniem świata, które jednak nie zwalniają z pasji poznawania, a jedynie ze złudzeń, że da się go poznać: „(…) dla Ficowskiego błądzenie i odkrywanie są ze sobą nierozerwalnie związane, można właściwie postawić między nimi znak równości – błądzenie jest odkrywaniem, a odkrywanie błądzeniem. Czy więc Ficowski nie uwalnia w ten sposób ciekawości z pęt metody, stawką czyniąc nie wiedzę, lecz przygodę?”.
Piotr Sommer, będący niestrudzonym adwokatem poety, w rewizjonistycznej afirmacji jego dorobku posunął się najdalej: „(…) Jerzy Ficowski dystansuje, jak to dziś też chyba widać wyraźniej, zajechanych krytycznie do utraty tchu poetów swej formacji, dla których – wedle dekretów tamtego wciąż jeszcze dogorywającego czasu – miał być na zawsze częścią tła, na jakim oni mieli być czytani. Ale kto wie, czy to nie oni będą tłem dla niego”.
Dla odmiany Jerzy Kandziora, autor książki „Poeta w labiryncie historii”, upomniał się o związek z historycznym konkretem: „Odkrycie czy odzyskanie Ficowskiego – poety zapoznanego – dla kolejnych pokoleń czytelników dokonało się bowiem pod znakiem oswobodzenia całej poezji polskiej od »złych przywiązań« do historii, narodowych mitologii, etosów, retoryk i języków, którymi literatura polska poprzednich lat się posługiwała. Pomijanie tematów historii, silnie obecnych w poezji Ficowskiego, było w gruncie rzeczy tylko epizodem tej w samą porę dokonanej restytucji jego poezji i języka”.
Inna metafizyka
Kandziora ma rację, choćby dlatego, że Ficowski nie pozostał obojętny na powaby realizmu socjalistycznego, ulegał rytuałom ówczesnego życia literackiego, produkował panegiryki, np. z okazji urodzin towarzysza Bieruta („Kto znalazł siebie w walce, temu w klęsce na dnie / – choćby ręce grabiały – serce nie ostygnie”).
Mimo to w tomach z lat 50. nietrudno znaleźć utwory przynajmniej we fragmentach niebanalne, obce wymaganej podówczas poetyce, śmiało schodzące w głąb okupacyjnego czy powstańczego piekła, by szukać iskry światła. Już tylko wyimki z utworu „Ocalenie”, zamieszczonego w zbiorze „Zwierzenia” z 1952 r. – „Jeden listek bzowiny, judaszyk zielony / zasłania dziurę w murze, który kiedyś walczył” – wystarczą, by zrozumieć, że poeta wypatrujący nadziei zwraca się ku czemuś innemu niż nowy, a właściwie jakikolwiek, polityczny konstrukt.
Wszelkie polityki poprzedza tu i wyprzedza życie pojmowane jako niesforny, nieokiełznany i ciągle odradzający się żywioł. I jeszcze podkreślmy to zastanawiające „mur, który kiedyś walczył”, nadanie mu znaczeń ludzkich, przecież nie po to, aby go wywyższyć, lecz po to, by go dostrzec. Tak zobaczony mur przenosi nadzieję ocalenia ze sfery doraźnej, ograniczonej do chęci przetrwania w warunkach powojennego zniszczenia, na płaszczyznę ogólniejszą, włączającą przyrodę martwą i ożywioną, której jesteśmy jako ludzie nienajważniejszą, może nawet niekonieczną cząstką.
Po latach Jerzy Ficowski zaangażował się przeciwko komunistycznej władzy. Był członkiem Komitetu Obrony Robotników, przez parę lat dotyczył go zakaz publikacji. Nie pozostało to bez wpływu na jego teksty, jednak znowu był to wpływ szczególny. Stanięcie po słusznej stronie nie było tematem na utwór: „Przebita włócznią grudnia / pęka tętnica tej ziemi / wybucha / upływem wisły z wisły / płaczem zranionych wód” („Przepowiednie Pojutrznia” 1983). Oczywiście, że alegoryczny portret natury zranionej przez historię jest literaturze znany od dawna, niemniej posłużenie się nim pozostaje znaczące. Inaczej definiuje zło i krzywdę. Ukazując ich odciskanie się na materii, wskazuje na podłoże metafizyczne, a tym samym osłabia ich własności retoryczne w wojnie polsko-jaruzelskiej, przy okazji podważając częste wtedy pretensje do wyjątkowości polskiego cierpienia.
Znowu więc Ficowski, komplikując emocje i język, wyłamuje się z kolektywnej uczuciowości literatury lat 80., jednocześnie, zauważmy, dochowując wierności metodzie, która sprawdziła się trzydzieści lat wcześniej.
Zatem Jerzy Kandziora, słusznie upominając się o miejsce „historii bliskiej”, tej przeżywanej przez pisarza wraz z innymi pisarzami i w ogóle mieszkańcami kraju nad Wisłą, przyzna zapewne, iż o randze poety decyduje przede wszystkim nie jego ewidentny i silny „zmysł udziału”, ale równie mocny odruch nieprzywierania do gotowych wzorów reagowania na to, co się akurat dzieje.
Bo jednak najgłębsze i odróżniające go sprawy wiersza pochodzą skądinąd. Niezbyt ostrożnie wspomniałem o podłożu metafizycznym, dając tym samym dostęp do nadużywanych skojarzeń z wieczną i nieporuszalną prawdą, z której jakoby biorą się wszystkie ziemskie przypadki, a co gorsza do przeświadczenia, że co rzeczywiście cenne w naszej kulturze, musi być metafizycznie podstemplowane.
Tymczasem metafizyczność wierszy Ficowskiego jest przedłużeniem zaciekawienia, który budził w nim świat wprawdzie osiągalny dla oka, ucha, lecz ruchliwy, zmienny, przemijający i odradzający się w tajemniczych cyklach, wymykający się poznaniu. Wiersze rosną na podłożu nienasycenia, któremu na imię „nie wiem”: „tyle już lat rozsiewam / wiatropylne słowa / by odrosła mi księga / przede mną wydarta // tak wpisuję w jej karty / nieodnalezione / to wszystko czego nie wiem” (z tomu „Inicjał” 1994).
W słowach tych pobrzmiewa wzniosła pokora i pogłos odświętności. Nieprzypadkowo, gdyż jak przyznawał poeta „(...) poezja jest praktyką sakralną. (...) Przystępując do pisania – z tremą – czuję się zawsze debiutantem, zaczynającym jeszcze raz od samego początku, od zera”.
Zobaczyć inaczej, wypowiedzieć uczciwie
Zaczynanie od zera kojarzy się w pierwszej kolejności z naiwnością, tym szczególnym, niemalże dziecięcym dziwieniem się wszystkiemu, co nieustannie się odnawia i stymuluje ciekawość, jak u Bolesława Leśmiana, Brunona Schulza i bodaj Juliana Tuwima, ale mogłoby też zaprowadzić do Juliana Przybosia z jego słynnym zdefiniowaniem dobrego wiersza: „Dobry wiersz jest odkryciem nieznanego jeszcze powszechnie zachowania się uczuciowego, czyli nowej sytuacji lirycznej, odpowiadającej zmienionej sytuacji obyczajowej. Dobry wiersz, ujmując tę nową sytuację liryczną, zmienia dawny sposób wyobrażania, czucia i wartościowania”.
Mimo że Ficowski nie raz sygnalizował posiadanie wiedzy o niewyrażalności doświadczeń, sam nie brnął tam, gdzie bujnie krzewi się pretensjonalny bełkot. Jego poezja jest uczciwa.
Weźmy „Odczytanie popiołów” z 1979 r., chyba najsłynniejszy tom Ficowskiego, złożony z trenów poświęconych utrwaleniu pamięci o zgładzonych Żydach, interpretowany wyjątkowo często. Równie ważne są w nim refleksje o bezsilności człowieka w konfrontacji z czasem, jak i portrety, wbrew tym pierwszym będące próbami wydobycia imion, twarzy, a nawet miejsc i rzeczy, zabitych – z niebytu: „nie zdołałem ocalić / ani jednego życia”, „przez tysiąc dziewięćset lat / rzucali szlochem / o ścianę // więc im wzniesiono / cztery ściany płaczu”, „Co robił Stary Doktor / w bydlęcym wagonie / jadącym do Treblinki dnia 5 sierpnia”, „Tu stała kiedyś bożnica / z ptasią dzwonnicą topoli”.
Jeszcze jeden cytat: „CO JEST / Już nic / właściwie nawet już nie ma / niczego”. Słychać w tych wersach, zresztą w innych też, Tadeusza Różewicza. Nie słychać, nie tak wyraźnie, zawziętego gniewu autora na samą myśl, że cokolwiek da się uratować lub odtworzyć, jednak myśl ta u Ficowskiego występuje. Wszak, jak pisze, „pamięć zabita / pada”. Nie da się za jej pomocą karmić sumienia, zniekształcać biegu minionych zdarzeń, korygować bilansu strat, zadośćuczynić złu. Ale ponieważ również nie da się o Zagładzie milczeć, to – mówiąc o niej – trzeba się mitygować.
W tym wypadku uczciwość, tak poetycka, jak i każdego człowieka, wymaga powściągania inwencji. Więc wiersze z tego tomu zdają się surowsze, mniej w nich specjalnych efektów stylistycznych, jakby bały się, że zostaną skompromitowane przez niezasłużone epitety – oryginalne, piękne.
A co jest piękne?
Piękno tkwi w pisarzu, w jego przekorze wobec uprzedzeń i przyzwyczajeń, aktywnym podejściu do języka. Pan w charakterystycznym berecie zostawił po sobie multum pasji, które warto by z nim dzielić. Chociaż po „Regionach wielkiej herezji” Ficowskiego o Schulzu napisano mnóstwo i nie tylko po polsku, to wciąż warto sięgnąć po tę książkę, bo wciąż zaraża. Wprawdzie o cyganologii Ficowskiego twierdzi się ostatnio, że nie zasługuje na pełnię zaufania, to nie godzi się zaprzeczać, że poeta dla kultury cygańskiej zrobił zdecydowanie więcej niż ktokolwiek inny. A jego prowincjonalia, pokątności, zbieractwo osobliwości? Są obecnie modne. Wiersze dla dzieci? Warte wznawiania.
Wszelako najpiękniejszy pozostaje język w wierszu, nie sposób go przeoczyć, choć nas nie osacza, nie epatuje sobą. Zwinny, oczekuje zwinnej uwagi, odwdzięczając się za nią – jak trafnie zauważa Sommer – poczuciem naturalności tego, co zdumiewające: słów i frazeologizmów, które nagle otwierają się na niewidziane dotąd znaczenia, związków niemożliwych, lecz możliwych w wierszu, na przykład między detalem a kosmosem, zniesieniem szczelnych granic między jawą a snem, przez które teraz przechodzi się prawie niezauważalnie.
No właśnie. Na koniec parę słów z wiersza bez tytułu: „babie lato prababie lato / niebo biorą na farbkę / do bielenia lnu / świat się powtarza / chwała Bogu / żółcistość słoneczników / ucierają trzmiele / i wiatr jest / roztargnieniem / pajęczyn”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















