Pytany o to, co czytać z Miłosza przede wszystkim, wskazuję na ogół „Ziemię Ulro”, „Ocalenie” i pojedyncze wiersze z innych tomów, a także część przekładów, np. z Eliota czy Whitmana. Wybór ekscentryczny? Nie bardzo. „Przede wszystkim” oznacza, że czytać z pożytkiem można również inne rzeczy – „Zniewolony umysł”, „Rodzinną Europę”, „Życie na wyspach”, a także całe tomy wierszy, od „Trzech zim” począwszy. Ja jednak mówię o tym, do czego jestem przywiązany, co mnie ewentualnie „grzeje” i mogłoby „rozgrzać” innych. Trzy półki Miłosza w domu to jednak jest nie byle co, a trzy tylko dlatego, że nie zgromadziłem wszystkiego przecież.
Właśnie ukazało się nowe, wygodne wydanie „Ziemi Ulro”. Obok starego wstępu księdza Sadzika (mieszkam teraz niedaleko Sułkowic, gdzie się urodził i gdzie spoczywa) jest też nowy, napisany przez Olgę Tokarczuk. Czuję podobnie jak Olga – czytam ten ni to esej, ni to gawędę z podobnym jak niegdyś zafascynowaniem, choć powody owego zafascynowania są nieco inne. Uważniej teraz obserwuję samego Miłosza, mniej mnie ciekawią odkrycia, jakich dokonuje u Blake'a czy Mickiewicza, a bardziej interesuje on sam, przedstawiający się jako katolicki heretyk (czy heretycki katolik), mistyk-racjonalista, kuszony przez Tajemnicze i co chwila łapiący się za rękę wyciągniętą w jego stronę. W końcu tak przecież brzmią pytania otwierające tę książkę: „Kim byłem? Kim jestem teraz…?”. „Miłosz pisze szczerze, wprost, nie komplikuje toku swojego rozumowania”, zwraca uwagę Olga. „Można odnieść wrażenie, że siedzi się z nim nad kubkiem kawy gdzieś w stołówce uniwersyteckiej, a on się nam zwierza z natrętnych myśli, które – jak to często podkreśla – w niekomfortowy sposób nie przystają do jego świadomego, jawnie wyrażonego światopoglądu”.
Koncept wydziedziczenia („Ziemia Ulro... oznacza krainę wyobraźni wydziedziczonej przez naukę”, pisał Miłosz) nie robi dziś już takiego wrażenia jak kiedyś. Im więcej wiemy o współczesnej nauce, tym mniej czujemy się przez nią osaczeni, a jeśli wydziedziczeni, to jedynie z tych rozpoznań i wizji, które okazały się nieadekwatne. „Spłaszczona wizja świata” to nie tyle rezultat odkryć naukowych, ile towarzyszących im interpretacji, a może wręcz – całej ideologicznej wojny, jaką stoczono i toczy się nadal z ich powodu. Nie żyjemy na ziemi wygnania – takie jest moje zdanie. Żyjemy na ziemi będącej w nieustannym przeobrażeniu i przebudowie, w świecie, którego nie jesteśmy w stanie pojąć w całości, a jedynie w jakichś fragmentach, co jednak nie czyni nas bezradnymi. Mamy w sobie intuicję ocalania, troszczenia się, harmonizowania, wyposażeni jesteśmy w zdolność do zachwytu nad bogactwem i różnorodnością, ale górę bierze zachłanność i niezdrowa (także w najdosłowniejszym tego słowa sensie) praktyczność. Możemy mniej się rozpychać, mniej niszczyć, mniej zabijać. Możemy posunąć się na ławce życia, by zrobić miejsce innym. Możemy żyć bardziej „miękko”, wspólnotowo, dialogicznie. Zamiast tego wytwarzamy świat, którego zasadą jest separacja, konkurencja i wieczne nienasycenie. Płaski nie dlatego, że wygnano z niego Boga i inne duchy, ale dlatego, że również Boga i duchy potraktowano jako materiał do budowy tej nieprzyjaznej struktury.
Żyć w Ulro dzisiaj, pisze Olga, „to myśleć czarno-biało, literalnie, podporządkowując się algorytmom wyszukiwarek internetowych. Korzystać z przygotowanych ulubionych zestawów dań intelektualnych w taki sposób, żebyśmy pozostali niesamodzielni i zadowolili się tym, do czego jesteśmy przekonani, porzucili zaś to, co nie mieści nam się w głowie. Żyć w Ulro to sprzedać się korporacji (czy to będzie uniwersytet, giełda czy stronnictwo w parlamencie) za doraźne korzyści i mentalnie podporządkować się jej merkantylnym celom. (...) Żyć w Ulro to pozostawać obojętnym na cierpienie ludzi i innych żywych istot (dla Blake'a nieczułość na cierpienie zwierząt była jedną z najbardziej definiujących i zarazem wstrząsających cech Ulro)”. Wreszcie – żyć w Ulro to patrzeć na świat przez „prymitywny filtr nałożony na skomplikowaną i wieloaspektową rzeczywistość”.
Pisząc „Ziemię Ulro”, Miłosz zakładał, że ci, którzy będą go czytali, będą wiedzieli, czym jest religia – jak funkcjonuje, w co człowieka wyposaża, jakimi posługuje się kategoriami, że ma swoje centrum i obrzeża, i tak dalej. A może nawet zakładał coś więcej – że także ci zdystansowani uznają, iż w taki czy inny sposób religia dowartościowuje człowieka, pomagając mu przekroczyć rozmaite ograniczenia (w tym własny egoizm). Innymi słowy, Miłosz nie wyobrażał sobie świata bez religii, a w szczególności bez impulsu, jaki płynie z niej dla myślenia i dla etyki. Zastanawiam się, czy dziś w hipotetycznej stołówce uniwersyteckiej nie byłby jeszcze bardziej osamotniony, niż w czasie, kiedy pracował nad tą książką. Pisał ją – to oczywiste – przede wszystkim dla czytelników w Polsce. Czy dziś u nas jego książkę potraktowano by jako próbę „rozszczelnienia” akademickiej humanistyki?
O ulubionych wierszach Miłosza napiszę innym razem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















