Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Polskie drogi

Polskie drogi

01.09.2009
Czyta się kilka minut
Jeśli można mówić o metaforze zbiorowego losu Polaków we wrześniu 1939 r., były nią chyba drogi, zatłoczone uciekającymi ludźmi. A także powszechny szok, wywołany brutalnością niemieckich żołnierzy.
Polscy uchodźcy wracający do domów na trasie marszu oddziału niemieckiego z 19 Batalionu Łączności 19 Dywizji Piechoty w połowie września 1939 r. / fot. IPN (www.1wrzesnia39.pl | www.17wrzesnia39.pl)
L

Latem 1939 r. chyba wszyscy obywatele II Rzeczypospolitej przeczuwali, że będzie wojna. Otwarte było tylko, kiedy wybuchnie i jak szybko się skończy: po tygodniu, może dwóch? Wśród Polaków wielka była wiara w potęgę i w pomoc sojuszników. Mało kto miał wątpliwości, że potężna armia francuska zmiecie Niemców. Ale wojna - to był bardziej temat do rozmów z sąsiadami niż wielkiego niepokoju. Do czasu. Pod koniec sierpnia napięcie wzrosło. Coraz więcej ludzi decydowało się skracać wakacyjne wyjazdy i pośpiesznie wracało do domów, coraz bardziej zatłoczonymi pociągami.

A potem... Jeśli można mówić o metaforze zbiorowego losu Polaków we wrześniu 1939 r., były nią chyba zatłoczone drogi. Paniczna ucieczka z tobołami, walizami, dziećmi. Ludzki strumień, najpierw biegnący na wschód, a potem, po ataku Sowietów, zakręcający z powrotem. W tym strumieniu razem: chłopi, inteligenci, arystokracja. Jedni na furmankach, inni samochodami (póki starczyło paliwa), jeszcze inni pieszo, zginając się pod ciężarem tobołów i ciągnąc za sobą krowę żywicielkę. Co chwila - pod ogniem niemieckich samolotów.

Jeśli zapytać o wrzesień 1939 r., w większości relacji ówczesnych cywilów pojawi się właśnie motyw ucieczki: wyjazd pośpieszny bez planu, a czasem z planem, który i tak zmieniał się codziennie. Dylematy: zostawić dzieci u ciotki czy wywieźć na Kresy? A może zostać? Różnie się ucieczka kończyła - jedni po kilkutygodniowej gehennie na drogach wracali do domu, często zrujnowanego. Inni zostawali pod okupacją ZSRR. Ci, co zginęli na drodze, w czasie nalotu, grzebani pospiesznie, pozostali jako "zaginieni". Rodziny gubiły się, odnajdywały. Wrzesień 1939 r. to czas chaosu. Życie, które zaczęło się potem, było już inne.

***

Zbigniew Grabowski dorastał w Krakowie, w zasymilowanej żydowskiej rodzinie; dziadek miał piekarnię przy ul. Łobzowskiej. W ostatnich dniach sierpnia rodzice odwołali go z obozu harcerskiego w Zawoi pod Babią Górą. W domu odbyła się narada. - Dziadek rozłożył na stole mapę Polski i powiedział: "Pamiętam I wojnę i wiem, jak to może być. Ważne jest, aby być daleko od granicy, a teraz jest jeszcze dodatkowe niebezpieczeństwo, że jest układ rosyjsko-niemiecki i nie wiadomo, co w nim jest. Nie wykluczam, że Rosjanie też wkroczą. Trzeba być w środku, w samym środku" - wspomina Zbigniew Grabowski (przed wojną: Ryszard Abrahamer).

Dziadek szukał, aż znalazł miejscowość odpowiednią, Nałęczów. Miał powiedzieć, że to jest w środku Polski, i że tam ze wschodu ani z zachodu przez pierwszy rok wojny nikt nie przyjdzie. Grabowski: - Dziadek operował kategoriami I wojny światowej. Sądził, że takiej odległości przez pierwszy rok nieprzyjaciel nie pokona. Ojciec został, razem z braćmi mieli dostarczać wojsku żywność. Pośpiesznie kupiono samochód osobowy i wynajęto szofera, by mogli w razie czego uciec z Krakowa. A my, tj. dziadek z moją mamą, ze mną, ze swoją córką i jej mężem, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Nałęczowa.

W Nałęczowie rodzina spędziła ledwie kilka dni, bo wybuchła wojna i okazało się, że Niemcy przemieszczają się szybciej, niż sądził dziadek.

W Krakowie, w rodzinnej piekarni, został też ojciec Wiktora Abrahamera, kuzyna Ryśka. Sam Wiktor z mamą i jej znajomą wyjechali na wschód w ostatnich dniach sierpnia. Wspomina: - Nie wiedzieliśmy o układzie Rosja-Niemcy, ale wiedzieliśmy, że wojna będzie i Niemcy wkroczą. Jechaliśmy więc na wschód, do Brześcia nad Bugiem, gdzie mieszkał teść koleżanki mamy. 1 września w Brześciu, o 5.00 rano, obudziło nas bombardowanie.

***

Wiktor Abrahamer: - Wybuchła wojna, a ja miałem 10 lat i byłem przerażony. Mama postanowiła uciekać dalej na wschód, teść koleżanki dał nam wóz z woźnicą. Dojechaliśmy do wsi Małoryta, gdy znów zaczęli nas bombardować. Leżeliśmy w polu, bomby padały.

Gdy ucichło, wstałem i zobaczyłem człowieka bez ręki. Biegał krwawiąc. Do dziś go pamiętam.

Niemieckie naloty dosięgły również Ryśka, którego rodzina ruszyła z Nałęczowa na wschód. - Pojechaliśmy najpierw do Lublina. Jedliśmy tam obiad, gdy zaczęło się straszne bombardowanie - opowiada. - W Lublinie zobaczyliśmy kolumnę samochodów z przedstawicielami władz, był wśród nich premier Sławoj Składkowski, uciekali... Przez Łuck pojechaliśmy na Wołyń, do Ostroga nad Horyniem. Po drodze poznałem, co to znaczy ukrywać się w rowie przed karabinem maszynowym polujących messerschmittów. Pamiętam płonące miasteczka, przez które przejeżdżaliśmy. Ostróg nad Horyniem to była ostatnia miejscowość, graniczna, i tam się zatrzymaliśmy, to był 15 albo 16 września. No i 17 września przyszli Rosjanie.

Wstrząsającą relację nalotu na drodze zamieścił Jerzy Holzer w książce "Europejska tragedia XX wieku. II wojna światowa". Wspominał chłopiec z Wołynia: "Ledwie doszliśmy do łąki, już wracały one w locie nurkującym, z jeszcze donośniejszym wyciem silników. Nie widać było żadnego schronienia. Tylko jakiś rachityczny krzak przy miedzy. Padliśmy tam. Mama przycisnęła mnie swym ciałem do ziemi. »Nie bój się, nie bój się« szeptała, »przeze mnie nie przebije się«. I zaczęło się, za miedzą, za ścierniskiem, jak groch, jak grad. »Nie bój się, nie bój się. Niech będzie pochwalona Maria pełna łaski. Nie bój się, przeze mnie nie przejdzie. Pan z Tobą«. Wróciły jeszcze raz. Jeszcze raz trzaskały z karabinów maszynowych, ostrzeliwały każdą otwartą przestrzeń, zawyły silnikami i odleciały w kierunku Hrywiatek".

***

W 1939 r. bombardowania były powszechną metodą - tylko czego? Walki? Zastraszania ludności cywilnej? Niemcy bombardowali zatłoczone drogi ze świadomością, że atakują cywilów. Zresztą, pierwsze miasto zniszczone w wyniku nalotu podczas II wojny światowej - Wieluń, o świcie 1 września - zostało zaatakowane świadomie. Sztukasy zrównały z ziemią centrum miasta, cel bynajmniej nie wojskowy, zabijając 1200 ludzi.

W wydanym właśnie polskim przekładzie książki "Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce" historyk Jochen Böhler stara się wyjaśnić, skąd brała się ta olbrzymia brutalność i bezwzględność niemieckich żołnierzy wobec polskich cywilów. Bo to też - obok masowych ucieczek - był znak tamtej jesieni. Polacy, którzy mieli kontakty z Niemcami (czy Austriakami), choćby podczas I wojny światowej, byli przekonani, że wojna przejdzie obok, z poszanowaniem wszystkich konwencji. Ale to byli inni Niemcy i inna wojna.

"Większość żołnierzy Wehrmachtu, z którymi w 1939 roku po raz pierwszy zetknęła się ludność polska, stanowili (...) młodzi mężczyźni w wieku od 22 do 24 lat. Ich dzieciństwo, a często także młodość przypadły na niespokojne czasy Republiki Weimarskiej. Wchodzili w dorosłość między 1933 a 1939 rokiem, a co za tym idzie - nie brali udziału w pierwszej wojnie światowej. Doświadczyli natomiast przemocy i brutalizacji dyskursu społecznego, gdyż okres ten w dziejach Niemiec stał pod znakiem przemocy fizycznej. (...) Wśród młodzieży Republiki Weimarskiej - i  to niezależnie od klasy czy warstwy społecznej, z której pochodziła - dał się zauważyć kult wojennej przemocy" - zauważa Böhler [patrz także wywiad z Jochenem Böhlerem na stronach II-III tego dodatku - red.].

***

Do tego doszła ideologia, wpajana niemieckiej młodzieży w narodowosocjalistycznych organizacjach. I przekonanie o cywilizacyjnej niższości Słowian. I antysemityzm. Wśród niemieckich żołnierzy powszechna była paranoja na punkcie "partyzantów": w Polakach widzieli podstępnych morderców, którzy nocą wyłaniają się jak duchy z lasu. Podejrzani byli więc cywile, którzy "partyzantów" mieliby wspierać lub sami nimi być. To jeden z powodów, dla których Niemcy wobec ludności cywilnej zachowywali się - zgodnie z oczekiwaniem Hitlera - "z bezwzględnym okrucieństwem" (to cytat z jednej z mów führera). Tym bardziej że w kampanii wrześniowej brali udział żołnierze niedoświadczeni, przemocą pokrywający strach.

Böhler przytacza relacje niemieckich żołnierzy, z których wyłania się obraz Polski jako ubogiego, brudnego państewka zamieszkanego przez tchórzliwych i podstępnych "podludzi", z których wszyscy byli nie tyle podejrzani, co z góry winni. Przykładem relacja żołnierza z okolic Krościenka nad Dunajcem: "Ależ to była zapuszczona dziura! (...) Wszędzie dookoła stały ryczące i wrzeszczące baby. Obdarte dzieci przyglądały się nam nieśmiało i lękliwie. Mężczyzn nie było. Usadowili się w różnych miejscach wąskiej doliny i strzelali z broni maszynowej i karabinów do naszych dzielnych zwiadowców (...). Widziałem tylko dwóch mężczyzn - wielebnych księży! (...) Obaj jeszcze chwilę przedtem strzelali do naszych straży przednich, a teraz udawali niewiniątka. Myśleli pewnie, że strój uchroni ich przed sprawiedliwą karą. Ich oczy mówiły wszystko, zbyt wiele było w nich podstępu i nienawiści".

Częstą "karą" dla polskiej ludności było więc podpalanie domów. Niemcy byli tym wręcz zafascynowani. "To był niesamowicie piękny wieczór. Po prawej stronie płonący Działoszyn zabarwił niebo krwawą łuną. Zaraz potem dołączył do niego Sensów, rozświetlając dolinę Warty" - zapisał niemiecki żołnierz w okolicach Częstochowy.

Czasem palono całe miejscowości, jak Parzymiechy czy Zimnowodę (ponad 200 zamordowanych, w tym matki z niemowlętami i starcy). Ofiary rozstrzeliwano lub palono w zamkniętych domach. Przykładów podobnych zbrodni jest wiele.

***

Osobny rozdział kampanii wrześniowej to obrona Warszawy. Miasto, które od połowy września znajdowało się w okrążeniu, wytrwało niemal do końca pierwszego miesiąca wojny. W dywanowym nalocie Luftwaffe 25 września zginęło 10 tys. mieszkańców, a 35 tys. zostało rannych. Dwa dni później stolica skapitulowała.

Wieść o kapitulacji Warszawy dotarła do Wiktora Abrahamera w kresowej wsi Wielkoryta: - Walki się skończyły, nam ukradli konia i zostaliśmy tam, trzy kobiety, pięcioro dzieci i toboły. Wyszliśmy na szosę, żeby wrócić do Brześcia, a Niemcy wtedy już byli w Brześciu. Teraz wozy jechały ze wschodu na zachód, bo to było po tym, jak Rosjanie weszli. Nikt nas nie chciał wziąć, ale w końcu zatrzymały się dwie furmanki z żołnierzami. Jedna jednokonna, a druga dwukonna. Oficer powiedział, że kobiety trzeba wziąć na furmankę. Przejechaliśmy kilka kilometrów, kiedy furmanki zatrzymało wojsko i jakiś oficer oświadczył, że zabiera je. Wtedy oficer z tych bryczek powiedział: "Furmanka z jednym koniem z żołnierzami do lasu. Furmanka z dwoma końmi, z kobietami i dziećmi". Dał nam tę furmankę, to był szlachetny gest.

Z Brześcia Wiktor pojechał do Lwowa, a potem do Warszawy. We Lwowie dołączył do nich ojciec (gdy próbował uciec z Krakowa pociągiem, Niemcy ostrzelali wagony i został ranny). Również rodzice Zbigniewa Grabowskiego odnaleźli się; pokonali podobną trasę: Lwów, potem stolica; tu ukrywali się na "aryjskich" papierach.

W 1944 r. obaj kuzyni wzięli udział w Powstaniu Warszawskim: 15-letni Wiktor jako łącznik Szarych Szeregów (pseudonim "Grom"), 17-letni Zbigniew jako żołnierz batalionu "Kiliński" (pseudonim "Chemik"). Wtedy Niemcy dokończyli zniszczenia stolicy, które zaczęli we wrześniu 1939 r.

Rodziny Grabowskiego i Abrahamera przeżyły wojnę w ukryciu. Dziś Wiktor mieszka w Izraelu, Zbigniew w Polsce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]