Tamtego 1 sierpnia Kasia pożegnała się z mamą na przystanku tramwajowym i poszła na piechotę na miejsce swojej zbiórki. Mama w dalszą drogę pojechała tramwajem.
Wcześniej dała 15-letniej córce słoiczek smalcu. Uznała, że na trzy dni wystarczy (powiedziano im, że tyle to potrwa), a potem przecież znów się wszystkie spotkają: Kasia, jej starsze siostry Marysia i Hanka oraz Leonia, ich mama.
Spotkały się, ale później: w drugiej połowie sierpnia, w szpitalu na Złotej. Po kapitulacji zostały wywiezione wraz z powstańczym szpitalem do obozu jenieckiego pod Dreznem. Tylko Marysia uznała, że skoro ma 19 lat, to z mamą jechać nie będzie, bo to wstyd. Wsiadła do innego wagonu.
Rodzina
Katarzynę Kusocińską poznałam ponad 10 lat temu, gdy pisałam książkę „Sierpniowe dziewczęta ’44”. Ona i jej siostra były jednymi z jej bohaterek. Nie pamiętam, kto mnie do niej skierował. Może Teresa Komender, sanitariuszka z Chmielnej? A może Wanda Okolska, niemal jej rówieśniczka, 16-letnia łączniczka, która straciła wtedy nogę i Kasia opiekowała się nią w powstańczym szpitalu.

Nie zmieniła się, odkąd się ostatnio widziałyśmy. Uśmiechnięta, pogodna. Białe włosy gładko zaczesała do tyłu. Częstuje ciastem i nie wygląda na swoje 95 lat.
Siadamy przy stole: Kasia, ja i jej córki Monika i Joanna. Chcę porozmawiać, jak to się stało, że w sierpniu 1944 r. walczyła cała rodzina, matka i trzy córki (ojciec Kasi, Józef Staryszak, został rozstrzelany w obozie Mauthausen w 1941 r.). I jak to doświadczenie wpłynęło na kolejne pokolenia.
– Powstanie było u nas zawsze obecne, często mówiło się o tym w domu – wspomina Joanna Kusocińska-Warakomska.
– Poza domem też o tym mówiłam, nikt mi nie zabraniał. Do szkoły poszłam jednak w 1966 r., potem były lata 70., więc to już inne czasy były, już można było o tym wspominać – dodaje Monika.
– Tak, ale wcześniej Jasiek się przesiedział – wtrąca Kasia. Jan Woyczyński, wychowanek Staryszaków, przez Kasię traktowany jak brat, był w partyzantce AK na Podlasiu. Po wojnie w PRL-u został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa.
Wspomnienie
Joanna: – Mam takie wspomnienie: bawię się na plaży w piasku i słyszę rozmowy rodziców. „A dziś to ten i ten dzień, wtedy byłam tu, a gdzie ty byłeś...”. Tata uwielbiał morze, jeździliśmy zawsze na koniec lipca i początek sierpnia, bo tata mówił, że później to już dni są krótsze.
Zbigniew Kusociński – mąż Kasi, ojciec Joanny i Moniki – też był w powstaniu.

Joanna: – Żelazny punkt tych nadmorskich opowieści to scena, jak do szpitala na Złotej przyszedł bezczelny młody człowiek z malagą. „Czy siostra się napije?” – zaproponował. Podobno był bardzo podobny do ojca. „To na pewno byłeś ty!” – co roku mama dręczyła ze śmiechem tatę, siedząc na plaży. A on zaprzeczał, że nie, to nie on.
– Nawet już nie pamiętam, czy się wtedy napiłam tego wina – wzdycha dziś pani Kasia. – Miałam 15 lat, byłam harcerką, więc pewnie nie.
Początek
W czasie okupacji Kasia mieszkała z mamą i Marysią na ul. Śniadeckich w Śródmieściu. Hanka, najstarsza z sióstr, była już mężatką – mieszkała u teściów, także w Śródmieściu.
Że zbliża się powstanie, mogły przypuszczać: mama i Kasia haftowały berety dla Grup Szturmowych Szarych Szeregów, szyły biało-czerwone opaski. Przed 1 sierpnia pojechały na Ochotę, by pożegnać się z rodziną. Tam poszło walczyć czterech ich kuzynów i dwie kuzynki.
Ich mieszkanie okazało się potrzebne – jako punkt zbiórki i dowodzenia. Polecono im, by 1 sierpnia zostawiły je otwarte. Wyszły więc, mama i Kasia, nie zamykając drzwi na klucz.
Kasia pamięta, że starannie się ubrała: – W spódniczkę szafirowego koloru. A z mojej dziecinnej kołderki mamusia uszyła mi żakiecik.
Wcześniej już wyszła Marysia (ps. „Czuchu”), starsza od Kasi o cztery lata.
„Wiedziałam, że mam być na Zielnej 13, i tam byłam” – stwierdziła, gdy pracowałam nad książką (Maria zmarła w 2021 r.).
Teraz Joanna przypomina mamie: – Wychodząc, Marysia powiedziała ci: „Kasiu, ty się tak boisz, to ty nie idź”.
– A ja odpowiedziałam: „Głupia jesteś i się nie wtrącaj” – uśmiecha się dziś Kasia i przyznaje, że rzeczywiście się bała.
Strach
Miejsce zbiórki Kasia miała w Śródmieściu, w mieszkaniu koleżanki. Nie zastała jej. Pamięta, że już strzelali. Pobiegła dalej, aż na Koszykowej zatrzymała ją mama innej koleżanki z AK, pani Szemplińska. Tam Kasia pomagała w punkcie sanitarnym („Chciałam coś robić, mimo że się bałam”). Aż spotkała męża Hanki i usłyszała, że mama jest na Złotej.
To Śródmieście Północne. Od Śródmieścia Południowego, gdzie była, oddzielają je Aleje Jerozolimskie, wtedy pod stałym ostrzałem. Przejście było jedno: przekop i barykada pod kontrolą powstańców. Aby przejść, trzeba było mieć przepustkę i odstać swoje w kolejce.
Jednak wtedy wykop nie był jeszcze gotowy. – Barykada była tylko na chodniku, potem trzeba było wyjść na jezdnię i skoczyć pod ostrzałem – wspomina Kasia. – Jak się teraz o tym opowiada, wszystko jest inaczej. Wtedy strasznie się bałam, to był potworny strach.
Skoczyła.
– Mamusia była za to bardzo bojowa – dodaje dziś. – W szpitalu była pielęgniarka, która, gdy nadlatywał niemiecki samolot, zaraz uciekała do piwnicy. „Ranni się patrzą! Tak nie można, wstyd!”, krzyczała na nią mama.
Mama
Z mamą Kasia spotkała się w szpitalu na Złotej. To była dla niej jedna z najlepszych chwil w powstaniu. Pielęgniarką była tam już jej najstarsza siostra Hanka. Ona załatwiła, że Kasię, mimo 15 lat, przyjęto jako sanitariuszkę.
Maria była w batalionie AK „Kiliński”. „Na początku byłam w patrolu sanitarnym naprzeciwko PAST-y. Rannych trzeba było opatrzyć i potem zanieść do szpitala. To wszystko pod ostrzałem, ale dawałyśmy radę, bo było nas zwykle cztery dziewczęta do rannego” – opowiadała mi Maria przed laty. I dalej: „Chodziłam też z koleżanką do Haberbuscha po ziarno [z niego gotowano tzw. zupę pluj – red.]. Dawali nam też jakieś puszki. Problem był w tym, że aby tam dojść, trzeba było przeskoczyć pod ostrzałem. Ale skakałyśmy – między jedną serią z karabinu maszynowego a drugą. Nie bałam się, ale to była taka barania odwaga. Nie przychodziło mi do głowy, że coś mi się może stać. Żadne bohaterstwo więc to nie było”.
Gdy zbombardowano punkt, gdzie służyła, także Maria trafiła na Złotą. Rodzina znów była razem.
– Mamusia pracowała w kuchni, bo kucharka uciekła. Mama powtarzała, że się boi, by tylko wrzątek się na nią nie wylał. Patrzyłyśmy na nią: wrzątku się bać? W powstaniu? Śmiałyśmy się z mamusi i tej zupy – wspomina Kasia.
W Muzeum Powstania Warszawskiego jest biogram mamy Kasi. Leonia, rocznik 1887, miała wtedy 57 lat. Była „peżetką”, członkinią organizacji Pomoc Żołnierzowi, powstałej w 1942 r. W powstaniu „peżetki” gotowały, nosiły jedzenie na barykady, prały, podnosiły na duchu. W powstaniu było ich ponad dwieście. Zginęła co czwarta.
Szpital
Na Złotej Kasia miała pod opieką trzy piwnice z rannymi. Ona i jej koleżanka Joanna.
Tak opowiadała mi, gdy poznałyśmy się przed laty: „Sanitariuszki w tym szpitalu to były w większości takie dziewczynki jak ja, może rok, dwa starsze. Ale lekarze byli doświadczeni i robiło się tam poważne operacje. Było jednak bardzo ciężko – brud, śmierdziało, wody nie było, antybiotyków nie było. Przynosili tych młodych chłopaków i dziewczyny, a oni wszyscy umierali. Kiedyś miałam nocny dyżur i przynieśli chłopca po amputacji. Miał może 9-10 lat. Podali mu chyba eter, ale on co chwila odzyskiwał przytomność i chciał wyskakiwać z łóżka. Nie mogłam go ani na chwilę zostawić i w rezultacie nie pomierzyłam temperatury innym chorym. Rano przyszedł ordynator, dr Konarski, i strasznie mnie zwymyślał”.
Dalej: „Ja byłam strasznie smarkata i czasem moje zadania były krępujące. To byli młodzi chłopcy, a trzeba było im basen podać… Wstydziłam się, oni pewnie też”.
I jeszcze: „We wrześniu zaczęłam być bardzo zmęczona. Położyłam się kiedyś w piwnicy, jakieś zawszone kołdry były tam składowane. Położyłam się i miałam taki moment załamania, powiedziałam, że nie wstanę. Moja mama biegała i mówiła: »Wstawaj, masz dyżur, no wstawaj«. Szarpała mnie za włosy. A ja nie mogłam wstać”.
Kasia, Maria, Hanka i Leonia były w szpitalu na Złotej aż do kapitulacji.
Ojciec
Zbigniew Kusociński ps. „Justyn” – rocznik 1928, późniejszy mąż Kasi – był w Szarych Szeregach od 1943 r. Brał udział w akcjach tzw. małego sabotażu. W powstaniu był w Zgrupowaniu Chrobry II, uczestniczył m.in. w zdobyciu Dworca Pocztowego.
Rozmawiamy o nim, a Kasia wzdycha: – Ile ja już zapomniałam...
– Dlatego dobrze, że nam tyle opowiadaliście, bo my pamiętamy! – śmieje się Joanna. – Choć tata opowiadał inaczej, jak mężczyzna, to znaczy o akcjach, walce.
– Raz tata poszedł ze mną na Żelazną i pokazał miejsce, gdzie podczas przeskoku przez ulicę zginął jego dowódca, pseudonim „Generał”, świetny żołnierz i kolega. Był brawurowo odważny. Nie czekał, aż „gołębiarz” [strzelec wyborowy – red.] będzie musiał przeładować broń, skoczył tak po prostu. I zginął – mówi.
16-letni „Justyn” długo miał szczęście. Dopiero pod koniec września został ranny w rękę. Groziła mu amputacja, ale udało się ją uratować.
W rodzinnym archiwum zachowała się odbitka zdjęcia ojca z powstania: zatarte i zblakłe, pokazuje kilku chłopców w bramie na Chmielnej. „Justyn” ma chyba panterkę, na ramieniu opaskę, jest wyższy od innych. Patrzy w obiektyw, ale nie można odcyfrować wyrazu twarzy.

Czy mówił, dlaczego poszedł do powstania? – To było naturalne – zgodnie odpowiadają córki. Podchorążówka, harcerstwo, tak było i już.
Monika: – Jeden z jego szkolnych kolegów opowiadał mi, że tata przed powstaniem przyszedł pożegnać się z nim w oficerkach [modne wtedy wysokie skórzane buty – red.]. Temu koledze rodzice nie pozwolili walczyć, więc tata mu szalenie imponował.
Dziadek
Swój udział w konspiracji miał też ojciec Zbigniewa, dziadek Moniki i Joanny. Wśród dokumentów znajdujemy zaświadczenie z sierpnia 1944 r., wystawione przez Delegaturę Rządu na Warszawę (tj. powstańcze władze cywilne), że Zygmunt Kusociński jest komendantem Ochrony Przeciwlotniczej domu przy ul. Marszałkowskiej 127.
– Wychodził na dach i wypatrywał nalotu. I się nie bał. Jak to każdy reaguje inaczej... Nie, jednak to niemożliwe, żeby się nie bał... – zastanawia się Kasia.
– Był jedynakiem, z dobrze sytuowanej rodziny, wymuskanym, eleganckim. Kilka razy dziennie się przebierał. A jak przyszedł czas, to poszedł po prostu do powstania i tyle – mówi Joanna o dziadku.
Po powstaniu pracował dla PCK, zajmował się aprowizacją dla ostatnich osób pozostających w mieście. Z dokumentów wiemy, że jeszcze 16 października 1944 r. własnoręcznie potwierdził odbiór z Rady Głównej Opiekuńczej 100 kg kartofli, 5 kg buraków i 3 kg marchwi dla stu osób na ulicy Brackiej. Później zbierał w PCK dane o zaginionych.

Dyskusja
Jaki wpływ miało powstanie na nie: na córki, wnuczki powstańców? Co zostało w pamięci rodziny?
– Nie robić więcej powstań! – Kasia wyprzedza odpowiedź córek.
– Nie robić – kiwa głową Monika. – Naszą rodzinę władze okradły po powstaniu. Mimo prób do dziś nie udało się nic odzyskać. Do tego rodziców nazywają bohaterami... To kpina.
– Nie zgadzam się z tobą, przecież to nie przez powstanie, tylko przez wojnę i to, co po wojnie w Polsce się stało – polemizuje Joanna. – Nie odzyskaliśmy domu, bo była komuna. Gdyby nie powstanie, to bylibyśmy sprowadzeni do roli robaków bez wykształcenia.
– A ja myślę, że domy by nie były zburzone i ludzie by żyli – kontruje Monika i w naszej rozmowie jak w lustrze odbija się dzieląca Polaków dyskusja o ocenie powstania.
– Zastanawiam się, po co to było. Czy to było warte. Tylu rannych umierało. Powiedziano nam, by wziąć jedzenie na trzy dni, a walczyliśmy dwa miesiące – zastanawia się Kasia. – Nie wiem... Nie wiadomo, co by było, gdyby.
Talerzyk
– Po wojnie mój tata poszedł na Marszałkowską, gdzie był ich dom, i z gruzów wyciągnął walizeczkę z dokumentami dziadka Zygmunta. Wyciągnął też z gruzów talerzyki. O, także ten, na którym pani je ciasto. Tyle nam zostało – podsumowuje Monika.
– A ja czuję dumę. Jestem dumna z rodziców. Czuję więź z Warszawą, z historią – mówi Joanna.
Chwilę rozmawiamy o planach na lato, o pogodzie (jak gorąco!), książkach i dzieciach.
Nakładam kawałek jagodowego ciasta na talerzyk, który przetrwał w zaskakująco dobrym stanie. Namalowane na nim kwiatki nie straciły intensywności kolorów, ażurowy brzeg jest nieukruszony. – Tylko złotko się wytopiło – zwraca uwagę Monika.
***
Żegnamy się, gdy Katarzyna Kusocińska nagle zadaje pytanie: – Czy jestem bohaterką? Bo kiedy dostaję kartki z życzeniami albo przychodzą harcerze, to mówią, że jestem. A ja przecież tak się bałam.
– Oczywiście, że tak – odpowiadamy chórem.
– Wszyscy się boją, pani pokonała strach – mówię.
– Niech będzie – Kasia uśmiecha się i mruga okiem. – Bohaterka, jak Emilia Plater!
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















