Gwendoline Riley, pisarka: o wszelkie niepowodzenia obwiniamy dziś swoje matki

Spinoza przypominał, że oglądając swoje decyzje z perspektywy czasu, odkrywamy, jak niewiele mogliśmy zrobić inaczej. Jest w tym sporo prawdy.
Czyta się kilka minut
Gwendoline Riley podczas Międzynarodowego Festiwalu Książki w Edynburgu, 2012 r. // Fot. Colin McPherson / Alamy / B&EW
Gwendoline Riley podczas Międzynarodowego Festiwalu Książki w Edynburgu, 2012 r. // Fot. Colin McPherson / Alamy / B&EW

Krzysztof Katkowski: Jesteś typową Brytyjką: wstajesz rano, pijesz herbatę…

Gwendoline Riley: Piję bardzo dużo herbaty. Pod pewnymi względami jestem staroświecką angielską realistką.

Jak Charles Dickens?

Skąd wiesz? Uwielbiam Dickensa.

Wydałaś ostatnio Moje zmory – to pierwsza twoja książka przetłumaczona na język polski. Tytuł zapowiada grozę, ale to powieść o relacji z matką.

Tak, opowiadam o matce i córce, które przez całe życie nie potrafią ze sobą porozmawiać. W końcu ta starsza kobieta ciężko choruje i wtedy już naprawdę nie da się z nią porozumieć. Więc jest to coś w rodzaju opowieści grozy, ale osadzonej w rzeczywistości przez dziwne i straszne wydarzenia. Znajdziesz w niej niesamowitość, ale mocno zakorzenioną w klasycznym realizmie – jak u Dickensa. Ojciec rodziny na przykład jest tu całkiem Dickensowski, prawda? Trochę jak John Podsnap z „Naszego wspólnego przyjaciela”. 

Zatem to kronika mieszczańskiego życia?

Nie do końca. Matka i ojciec Bridget mieli duże aspiracje – wyprowadzili się z północnej Anglii, ze środowiska robotniczego, do Londynu, miasta wielkich nadziei. Nie wyszło im, wrócili w rodzinne strony. Ale ich córka przenosi się do Londynu już na dobre, zdobywa tam wykształcenie i wychodzi za mąż za kogoś, komu się powodzi. Ona rzeczywiście pnie się po szczeblach mieszczańskiej drabiny.

Twoja książka opowiada o Bridget Grant, londyńskiej akademiczce, która próbuje poradzić sobie z emocjonalnym dystansem wobec rodziców. Naznaczona wspomnieniami o przemocowym ojcu i powierzchownej, trudnej relacji z samotną i skupioną na sobie matką, stara się zachować kontrolę nad własnym życiem. Opowiadasz o jej małżeństwie i innych relacjach. O tym, jak to jest żyć z osobą, z którą niewiele cię łączy.

Gdy życie okazuje się niepomyślne, pozostaje spojrzeć na własne decyzje i dostrzec, że tak naprawdę nie mogły być inne. Jest w tym sporo prawdy. Zgodnie z deterministyczną myślą Spinozy „możemy robić tylko to, co możemy”. Oczywiście powinniśmy próbować działać w sposób wolny i mieć w sobie siłę, by zrobić krok w tył, nabrać dystansu do tego, co się nam przydarza. Ale bohaterowie mojej książki nigdy tego nie potrafili. Byli zbyt zanurzeni we własnym życiu, żeby widzieć je obiektywnie.

Żałujesz, że tacy pozostali?

Ani trochę. Znasz „Lata” Annie Ernaux? To pokoleniowa autobiografia, w której francuska noblistka opisuje wszystko to, przez co przeszło i co czuło w tym samym czasie bardzo wiele osób: te same przebudzenia polityczne, marzenia, olśnienia i rozterki, podobne relacje, małżeństwa i rozwody. Osobista historia mojej bohaterki to także historia życia wszystkich ludzi w jej wieku i klasie – im wszystkim przydarzały się podobne rzeczy.

Zatem żyjemy w wiecznym cyklu, bez nadziei na zmianę.

Myślę, że nadzieja pozostaje obecna w próbie. Niekoniecznie tam, gdzie jej się spodziewasz. W mojej historii przejawia się na przykład w powtarzalnych spotkaniach matki i córki. Nawet jeśli dochodzi do nich tylko raz w roku, na piętnaście minut i obie kobiety milczą. Na tyle je po prostu stać.

To wystarczy?

Z powodów, o których moglibyśmy rozmawiać bez końca, te dwie osoby nigdy nie dadzą sobie nawzajem ukojenia. Tak po prostu jest. Obydwie mogłyby się zachowywać lepiej, ale tego nie robią. 

Wiesz, dzisiaj w literaturze bardzo modne jest obwinianie o wszystko kobiet, zwłaszcza matek. Uważam, że to niesłuszne. Moja bohaterka bywa zimna, ale może tylko tak potrafi funkcjonować? Niewiele wiemy o jej dzieciństwie. Czy doświadczyła czułości, troski, zainteresowania? Jeśli nie, ma prawo być zła. W centrum tej książki jest jakaś okropna tajemnica.

Warto mierzyć się z brutalnością?

Tak, bo to prawdziwe i głęboko dotyka ludzi. W powieści „First Love” opisałam okropne małżeństwo, naznaczone werbalnym okrucieństwem tak intensywnym, że niszczy ducha kobiety. To nie jest opowieść o czarnych charakterach – tylko o ludziach, którzy bardzo źle się zachowują.

Z kolei bohaterka „Moich zmór”, mająca za sobą dwa nieudane małżeństwa, do końca wierzy, że szczęście przychodzi wraz ze znalezieniem właściwego mężczyzny – jak w bajce Disneya. A kiedy rzeczywistość zdaje się temu zaprzeczać, życie staje się dla niej torturą. Dla mnie to odzwierciedlenie faktu, jak bardzo codzienność potrafi być okrutna. Tę brutalność życia chcę badać.

Pisanie takich rzeczy zmusza do ucieczki?

Wielu twórców, których podziwiam, walczyło z uzależnieniem. Ja też dopiero kilka miesięcy temu przestałam pić. Być może alkohol był moim sposobem radzenia sobie po dniach spędzonych na pisaniu. A może kiedyś ludzie po prostu dawali się temu ponieść: pili, cierpieli, umierali. Tylko dziś musimy znosić życie z odwagą i godnością, stawiać wszystkiemu czoła ze współczuciem. 

Lubisz pisać?

Pisanie powieści to dziwna rzecz – tak naprawdę nie wiesz, o czym dokładnie jest twoja historia, dopóki nie minie kilka lat. Gdy piszę, tak bardzo zanurzam się w historii, że sama niewiele czuję. Moje zapiski są fragmentaryczne – tworzę je z nadzieją, że kawałki złożą się na powieść, która będzie czymś więcej niż sumą części.

Pod koniec pisania ostatniej książki miałam bezsenne noce, czułam strach, ogarniała mnie jakaś ciemność. Ale w trakcie pisania – niekoniecznie. Pisanie to takie dłubanie przy słowach.

A kilkanaście tygodni temu skończyłam książkę, która jest dużo łagodniejsza od „Moich zmór” . Nie wiem, czy historię w niej opisaną można nazwać szczęśliwszą, ale zawiera więcej nadziei. Część tej nadziei pochodzi z ukojenia, jakie daje bycie pochłoniętym przez coś twórczego, konstruktywnego. Staram się przedstawiać świat w sposób żywy i uczciwy, a przy okazji dać czytelnikom trochę przyjemności. To coś nieszkodliwego, a jednocześnie jednak coś więcej niż słowa – sposób na nawiązanie kontaktu. Nadzieja pozostaje w próbie.

Gwendoline Riley, Moje zmory, wydawnictwo Czarne 2025 r. // materiały prasowe

Gwendoline Riley (ur. 1979) – brytyjska pisarka. Członkini Królewskiego Towarzystwa Literackiego. Zadebiutowała w 2002 r. powieścią „Cold Water”, przez następne lata wydała sześć kolejnych. W Polsce ukazała się jej książka „Moje zmory” (Wyd. Czarne). Wielokrotnie nagradzana i nominowana do najważniejszych wyróżnień literackich. Mieszka w Londynie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dziennik Bridget Grant