Agneta Pleijel (ur. 1940) jest jedną z najwybitniejszych szwedzkich pisarek. Z wykształcenia antropolożka, jest także poetką, dramaturżką i krytyczką literacką. Pod koniec lat siedemdziesiątych jako pierwsza kobieta objęła stanowisko redaktor naczelnej działu kultury gazety „Aftonbladet”. W latach 1987-1990 przewodniczyła pracom szwedzkiego PEN Clubu.
Przez dekady pisała w prasie i wypowiadała się w telewizji w najgorętszych debatach kulturalnych i społecznych, w szczególności dotyczących sytuacji migrantów w Szwecji. Zasiadała w wielu gronach jurorskich, między innymi w Towarzystwie Dziewięciu (Samfundet De Nio) i kapitule Nagrody im. Zbigniewa Herberta. Wśród wielu wyróżnień, jakie otrzymała, należy wymienić medal królewski Litteris et Atribus, nagrodę powieściową Szwedzkiego Radia i Nagrodę Nordycką Akademii Szwedzkiej.
Pleijel zadebiutowała w 1981 r. tomem wierszy „Änglar, Dvärgar”. Jest autorką politycznie zaangażowanych dramatów i dwunastu powieści, w których często sięga do historii swojej szwedzkiej i jawajskiej rodziny. Po polsku ukazały się „Kto zważa na wiatr”, „Lord Nevermore” i „Zima w Sztokholmie”, a także wybór wierszy „Anioły ze snu”.

Autobiograficzna trylogia, na którą składają się „Wróżba”, „Zapach mężczyzny” oraz „Ślimaki i śnieg”, opisuje nie tylko dzieciństwo, młodość i dojrzałość autorki, ale jest także kongenialnym dokumentem czasu, w Szwecji i na świecie.
Przywykła do tego, że radzi sobie sama, ma wystarczająco dużo pracy, ale także słabość, nie potrafi odmawiać. Jak wtedy, gdy pewnego dnia zarząd szwedzkiego PEN Clubu (od kilku lat jest jego członkinią) o ósmej rano stoi przed jej drzwiami.
Musisz zostać nową przewodniczącą, musisz, nie możesz odmówić.
Podaje kawę i próbuje się bronić. Okazuje się, że powstał konflikt z powodu Jana Myrdala, który roznosi perfidne plotki o wytypowanym kandydacie, przez co ten się wycofał. Znad filiżanki z kawą spogląda na twarze w salonie: Margareta Strömstedt, Maria Ekman, Bertil Käll, Kay Glans… przyjaciele, żadni sadyści, dobrzy ludzie.
Nie, proszę. Nie zrzucajcie tego na mnie.
Próbuje uszczknąć trochę czasu, żeby pisać swoje, poza tym musi się utrzymać. Wybierzcie kogoś ze stałym dochodem, prosi.
Nalegają. Błagają.
Aby obronić jeszcze nierozpoczętą karierę pisarską, potrzeba woli z żelaza. Pewności siebie ze stali. Męskiej determinacji. A nie kobiety w średnim wieku wychowanej na uległą. Ulega i akceptuje niepłatną funkcję prezesa szwedzkiego PEN Clubu.
Fragment książki „Ślimaki i śnieg”, Karakter, Kraków 2024, tłum. J. Czechowska
Justyna Czechowska: Na początku lat osiemdziesiątych weszłaś w skład zarządu szwedzkiego PEN Clubu. Jaki był to czas?
Agneta Pleijel: PEN był wprawdzie prestiżową organizacją, ale nie mieliśmy siedziby. Moim poprzednikiem na stanowisku prezesa był Thomas von Vegesack, wydawca w Norstedts, więc zarząd spotykał się w jego gabinecie. Za mojego przewodnictwa zebrania odbywały się zazwyczaj przy stole w mojej kuchni, a biurko miałam pełne PEN-owskich dokumentów. Niebawem mój kolega z zarządu Per Wästberg został wybrany na prezesa PEN International, natomiast Thomas von Vegesack zaczął przewodniczyć Komitetowi ds. Pisarzy Uwięzionych, co bardzo wpłynęło na kierunek, jaki obrało szwedzkie centrum.
Początek lat osiemdziesiątych to czas pełen napięć i wydarzeń w Europie Wschodniej. Trwała zimna wojna, świat dzielił się na Wschód i Zachód. Widać to było wyraźnie podczas światowych kongresów PEN Clubu. Sporo wschodnich klubów działało pod dyktatem Moskwy.
Z niektórymi, jak z polskim klubem, można było rozmawiać szczerze na wszystkie tematy, z innymi unikało się na przykład tematu cenzury, żeby nie stawiać kolegów w trudnej sytuacji, bo w ich delegacjach byli też pisarze reżymowi. Wymagało to szczególnego rodzaju dyplomacji.
Grudzień 1981 r. to w Polsce moment przełomu. Historia solidarności Szwecji z Polską z tego okresu jest dobrze znana. Jak szwedzki PEN zareagował na wprowadzenie stanu wojennego?
Polski PEN Club stracił możliwość legalnego działania. Żeby uniemożliwić władzy manipulację w zarządzie klubu, PEN International, w porozumieniu z polskimi kolegami, uznał polski klub za „dormant”, czyli zawieszony.
Oburzyło nas, że władze mogą w ten sposób ingerować w działalność stowarzyszenia, które jest częścią światowej federacji. Per Wästberg zareagował natychmiast, poprosił o spotkanie u generała Jaruzelskiego, a ten przyjął go w swoim gabinecie o czwartej nad ranem. Jaruzelski był dumny, że obronił Polskę przed radziecką inwazją, ale też narzekał na opozycję. Twierdził, że w interesie państwa jest uciszenie zbyt głośnych pisarzy i intelektualistów, dlatego wielu z nich internował. Nie na długo.
Czym różnił się polski PEN od szwedzkiego?
Polski PEN miał świetną renomę, był elitarnym klubem, wstąpienie w jego szeregi uważano za zaszczyt. W Szwecji było inaczej. Za czasów Thomasa von Vegesacka, w latach siedemdziesiątych, czyli okresie wszechobecnego egalitaryzmu w Szwecji, ułatwiono wstęp do klubu. Zamysł był chlubny. Większy klub oznaczał więcej składek, a więc funduszy na wsparcie uwięzionych pisarzy.
Ale pewnie wzbudzało to wiele konfliktów?
Lata osiemdziesiąte to okres wzmożonego zaangażowania politycznego w Szwecji. I okazało się, że do PEN-u wstąpiła cała grupa maoistów, którzy nie potępili masakry studentów na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., przeciwnie, poparli interwencję chińskich władz. Chcieliśmy ich wykluczyć z klubu, w pierwszym rzędzie znanego szwedzkiego pisarza i dziennikarza Jana Myrdala, który był ich przywódcą. Musiałam odpierać ataki w prasie, gdzie zarzucano nam, że PEN sprzeniewierza się wolności słowa, albowiem obejmuje ona wszelkie wypowiedzi i opinie, także poparcie dla reżimu, który wolność słowa tłamsi przy pomocy czołgów.
W owym czasie już jako przewodnicząca przypominałam, że zadaniem członków PEN-u jest obrona wolności słowa tych, którym jej się odmawia, a nie swobody wypowiedzi ich oprawców. Niestety skończyło się na tym, że na walnym zebraniu PEN Clubu większość zagłosowała przeciw wykluczeniu Myrdala, po czym ja, mój mąż Maciej Zaremba, a także wszyscy wcześniejsi przewodniczący klubu zrezygnowali z członkostwa.
Już wcześniej podobny, jeśli nie głośniejszy konflikt wywołała fatwa wydana na Salmana Rushdiego. Myrdal także wtedy stanął po stronie despotycznej władzy, głosząc, że fatwa była słuszna. Wtedy jednak zorganizowaliśmy wielkie czytanie „Szatańskich wersetów” w Domu Kultury w centrum Sztokholmu. Chyba nigdy nie widziałam tylu patroli policyjnych na wydarzeniu literackim.
Ciekawe, Jan Myrdal był przecież znany z działalności na rzecz wolności słowa i prasy.
Na początku lat dziewięćdziesiątych zrewidował swoje wcześniejsze poglądy. Debata na temat wolności słowa nigdy nie ustaje, szczególnie w ostatnich latach obserwujemy jej wzmożenie. Niedawno w wielu miastach Szwecji Duńczyk Rasmus Paludan i jego zwolennicy palili Koran. Szwedzkie prawo dopuszcza każdą formę krytyki religii, przez co podpalacze byli chronieni, ale debata toczyła się miesiącami w mediach, w parlamencie i w wielu domach.
Czy Twoim zdaniem wolność słowa jest absolutna, czy jednak ma swoje granice?
Założyciele PEN-u podpisali w 1921 r. Międzynarodową Kartę PEN. Wystarczy, że członkowie trzymają się jej zasad. Mnie zawsze ratował paragraf czwarty:
„PEN Club opowiada się za wolnością prasy i przeciwstawia się arbitralnej cenzurze w czasach pokoju – w przeświadczeniu, że nieuchronne dążenie świata ku wyższym formom organizacji politycznej i gospodarczej wymaga swobody krytyki władz, urzędów i instytucji. Ponieważ zaś wolność zakłada dobrowolne ograniczenie, członkowie zobowiązują się występować przeciwko takim nadużyciom wolności prasy, jak kłamliwe publikacje, rozmyślne fałsze lub wypaczanie faktów dla celów politycznych i osobistych”.
To podstawa wszystkiego: nieakceptowanie kłamstwa, dążenie do prawdy. Owszem, to trudne zadanie, szczególnie dzisiaj. Ale także wtedy, w czasie mojej działalności. Dawni zbrodniarze wojenni chcieli wstąpić do PEN-u, domagając się poparcia w imię wolności słowa. Otwarcie dla nich klubu oznaczałoby uznanie nazistowskich kłamstw.
Co dziś oznacza członkostwo w PEN-ie?
To, co zawsze: to podjęcie obywatelskiego zobowiązania. Idealizowanie czegokolwiek jest niebezpieczne, ale zawsze należy nagłaśniać sprawy, które uważa się za właściwe, nie ulegać propagandzie. Wolność słowa i prawo do wypowiadania własnego zdania należą do najistotniejszych praw człowieka, to element naszej ludzkiej godności.
W tym roku Polski PEN Club obchodzi swój setny jubileusz. Z tej okazji pożyczyliśmy od szwedzkich kolegów akcję „Literatura zakazana”. Stworzyliśmy listę książek, które kiedyś były lub dziś są zakazane gdzieś na świecie.
W Polsce od lat cieszymy się brakiem cenzury, choć nawet dziś książki bywają atakowane i są kartą przetargową dla kolejnych władz. W Szwecji znane są przypadki wycofywania książek z bibliotek lub zatrzymywania nakładów. Co myślisz na ten temat?
W 2012 r. skrytykowano genialną ilustratorkę Stinę Wirsén za to, że główna bohaterka książeczki „Lilla hjärtat” (Serduszko) jest czarna i rzekomo wzorowana na rasistowskich stereotypach. Pod presją nagonki autorka sama wycofała cały nakład. W tym samym czasie toczyła się debata wokół innego literackiego bohatera, ojca Pippi Pończoszanki, którego autorka nazywa „królem murzyńskim”. W związku ze zmianą paradygmatu na tak zwany inkluzywny sugerowano usunięcie z nowego wydania słowa „Murzyn”. Zresztą nie tylko tam.
Pisałam wstęp do wznowienia książki Bengta Anderberga „Amorina” z końca lat dziewięćdziesiątych, po czym dowiedziałam się, że druk cofnięto ze względu na to samo słowo. Uważam, że wprowadzanie zmian w książkach nieżyjących autorów jest bardzo niebezpieczne, w ten sposób pozbawiamy kolejne pokolenia ważnej wiedzy historycznej.
Wiele klasycznych pozycji wpada w tę maszynę poprawności politycznej. Jednym z flagowych przykładów jest „Jądro ciemności” Conrada.
Ta powieść pojawiła się w dyskusjach już w latach osiemdziesiątych, po tym, jak wysunęłam kandydaturę nigeryjskiego pisarza Chinui Achebego na przewodniczącego Międzynarodowego PEN-u. Okazało się, że nie każde centrum darzy Achebego zaufaniem. Najgłośniej sprzeciwiał się polski PEN. Najprawdopodobniej Polacy uznali, że Achebe zbyt pochopnie potępił „Jądro ciemności” jako afirmację rasizmu. Słyszałam także opinie, że Polacy nie chcieli ciemnoskórego na przewodniczącego. Nie sądzę, że tak było. Wiem natomiast, że nie mieli pełnego zaufania do pisarzy z krajów postkolonialnych, bo to była strefa wpływów Związku Radzieckiego.
W „Ślimakach i śniegu” powracasz wciąż do konfliktów, sprzeczności, w życiu zawodowym i prywatnym, a także w sobie samej. Co dały Ci w życiu?
Konflikty są bardzo cenne, dzięki nim stajemy się mniej niewinni, konfrontujemy się sami z sobą. Uderzają w człowieka, sprawiają ból, ale uważam, że należy wypowiadać nawet najmniej wygodne prawdy. PEN jest właśnie taką niewygodną organizacją, bo konfrontuje się z systemami, jest niezależny, a przy tym gromadzi mądrych, odważnych ludzi. Czasem myślę sobie, jaki to cud, że PEN przetrwał ponad sto lat i wciąż się rozwija. Większość takich niewygodnych instytucji znika, świat się zmienia, wszystko się rozprasza.
W wieku dwudziestu ośmiu lat na konferencji w Finlandii zasiadłaś do dyskusji między Claude’em Simonem a Mariem Vargasem Llosą. Przez dekady byłaś krytyczką literacką, ale też niestrudzoną uczestniczką debat i dyskusji, społecznych i politycznych, w telewizji i na łamach prasy. Skąd w Tobie tyle odwagi?
Odpowiem jak Szymborska: nie wiem. Domyślam się, że to musiało zacząć się jakoś w dzieciństwie. Nauczyłam się, że należy dostrzegać pojedynczego człowieka, w porę wyczuć, że ziemia usuwa się nam spod nóg, że wszystko się zmienia, że trzeba umieć przyznać się do niewiedzy. A w tej swojej niewiedzy musimy mieć jakieś drogowskazy.
Wielkimi postaciami o silnych, wspaniałych osobowościach byli dla mnie Václav Havel i Nelson Mandela. Nadali swojemu życiu kurs i byli nieugięci. Człowiek musi zadawać sobie pytanie, dlaczego coś jest takie, jakie jest, to najważniejsza siła napędowa ludzkości. Jeśli świat zaczyna cię uwierać jak niewygodny but, musisz umieć się mu sprzeciwić.
Czy byłam odważna? Nie zawsze. W młodości często ulegałam poglądom innych. Ale dziś wciąż powtarzam wnukom, że nie należy się bać.
Jaką rolę odgrywa w tym literatura?
Najważniejszą. Całą wiedzę, jaką posiadamy, czerpiemy z literatury. Dlatego tak bardzo martwi mnie, że młodzi nie czytają. Kurs mojemu życiu nadała najpierw Anne Frank. Jej „Dziennik” tak bardzo mnie poruszył, że napisałam o nim wypracowanie, jedyne w mojej szkolnej karierze, które oceniono najwyższym stopniem. W dorosłości niezwykłą rolę odegrała twórczość Birgitty Trotzig. Diametralnie zmieniła moje myślenie o religii, uświadomiła mi, że ona nie zamyka ludzi, a właśnie otwiera ich na świat.
Tekst powstał we współpracy z Polskim PEN Clubem w roku 100-lecia jego istnienia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















