George Saunders jest dziś bez wątpienia jednym z najważniejszych pisarzy na świecie. Nie bez powodu uważa się go za spadkobiercę Thomasa Pynchona czy Kurta Vonneguta. Sam pisarz podkreśla przywiązanie do amerykańskiej tradycji minimalistycznej spod znaku Raymonda Carvera czy Ernesta Hemingwaya, mimo że jego własne opowiadania bywają raczej rozbuchane niż chłodne i analityczne. Ważnym punktem odniesienia jest dla niego także wielka literatura rosyjska, której poświęcił tom esejów – będący swego rodzaju podręcznikiem twórczego pisania – „Kąpiel w stawie podczas deszczu”. Przy tym wszystkim, w wypowiedziach prasowych pozuje na naturszczyka. I niewątpliwie stworzył własny, niepowtarzalny sposób pisania.
Urodzony w 1958 r., debiutował tuż przed czterdziestką. Wcześniej pracował jako inżynier geofizyk, dekarz, portier i pracownik rzeźni. Od samego początku przywiązany do krótkich form, jest autorem pięciu zbiorów opowiadań, z których po polsku ukazały się dotąd trzy. Na teren dłuższej formy zapuścił się raz, ale już przy pierwszym podejściu stworzył arcydzieło. Powieść „Lincoln w Bardo” przyniosła mu Nagrodę Bookera i rozgłos znacznie większy niż opowiadania.
Saunders od lat uczy młodych pisarzy i pisarki. Jeśli wierzyć opowieściom, w których przedstawia się jako samouk bez usystematyzowanego intelektualnego zaplecza, trzeba przyznać, że jako wykładowca literatury ma co najmniej jedno wybitne osiągnięcie dydaktyczne – nauczył doskonale pisać siebie.
Powtarzalne, niepowtarzalne
Jerzy Maksymiuk zwykł mówić, że w muzyce nie ma czegoś takiego jak powtórzenie – jest jedynie zwielokrotnienie. Kolejne odegranie tego samego tematu nie unieważnia poprzednich odtworzeń ani ich nie zastępuje, raczej się na nie nakłada. Nawroty motywu pracują w umyśle słuchaczek i słuchaczy łącznie, czego efektem jest spotęgowanie oddziaływania intelektualnego i emocjonalnego.
Podobnie pracują motywy w najnowszym tomie opowiadań Saundersa, który właśnie ukazał się w polskim tłumaczeniu. Wiele jest w „Dniu wyzwolenia” tematów i dekoracji dobrze znanych z poprzednich zbiorów pisarza. Te liczne nawiązania sprawiają, że czytającemu książkę Saundersa przypominają się znakomite tomy poprzednie – choćby „10 grudnia” i „Sielanki”.
Zamiast śledzić te nawiązania – by nie powiedzieć autoplagiaty – spróbujmy nazwać motywy i tematy, do których Saunders w kolejnych tomach obsesyjnie powraca. Być może w ten sposób uda się lepiej zrozumieć tę niezwykłą, łamiącą wszelkie schematy twórczość. Czytając książki Saundersa mamy bowiem pewność, że obcujemy z literaturą najwyższych lotów, ale bardzo trudno jest to przekonanie metodycznie uzasadnić. Wiemy, że to jest dobre, ale, no właśnie, dlaczego?
Używając określenia Ernesta Sábato: „Oto przed nami pisarz i jego zmory”.
Już pojutrze
Pierwszym, co rzuca się w oczy przy lekturze dowolnego tomu próz Saundersa, jest niedookreśloność miejsca i czasu. Zwłaszcza czasu. Fabuły rozgrywają się w jakiejś przyszłości – a raczej równoległości, czyli teraźniejszości potencjalnej. Autor zdaje się mówić: może i tak nie jest, ale niedługo już będzie. Może tak nie jest, ale przecież mogłoby być. Rysowana w ten sposób przyszłość z pewnością jest przyszłością nieodległą. Czytelników Saundersa dzieli od jego postaci ledwie chwilka. Jakiś przełomowy wynalazek, wydarzenie polityczne – coś, co zmienia dekoracje ludzkiego życia, ale nie całkiem przemeblowuje jego fundamenty psychologiczne czy socjologiczne.
Bohaterowie Saundersa to zawsze ludzie tacy jak my, tyle tylko, że umieszczeni w świecie różnym od naszego o jakiś istotny szczegół. Pod tym względem jego prozy przypominają serial „Black Mirror”. Oglądamy to, czego jeszcze nie ma, ale przecież już zaraz może być. Zwłaszcza że Saunders bardzo chętnie opisuje przełomowe wynalazki, które już niedługo zmienią – lub potencjalnie zmienią – niektóre aspekty ludzkiego życia, inne zaś pozostawią całkiem nienaruszone. Zmienią oczywiście na gorsze.
Opowiadania bardzo często opisują świat, w którym rozwój technologiczny nie całkiem zaradził dzisiejszym nieszczęściom, a raczej parę nowych nieszczęść stworzył, bazując na dobrze znanych nam, odwiecznych cechach ludzkości – głupocie, chciwości, małości. Pisarz wielokrotnie opisuje jakiś rodzaj totalitaryzmu, tyle że niemal zawsze jest to totalitaryzm „miękki”, oparty na triumfie populizmu i kapitalizmu, a nie przemocy fizycznej. Raczej w duchu „Nowego wspaniałego świata” Huxleya niż „1984” Orwella.
Ludzkość osiąga u Saundersa absurdalne poziomy zniewolenia w pogoni za dobrobytem, z powodu chęci zaimponowania sąsiadom, z wygodnictwa, tchórzostwa. W „Dniu wyzwolenia” bogaci ludzie wieszają sobie na ścianach innych ludzi – z wykasowaną pamięcią – aby wykorzystywać ich do widowisk narracyjnych, mających zapełnić pustkę intelektualną i emocjonalną. W „Dziewczętach Sempliki” podobni ludzie wieszali sobie innych ludzi w klatkach. W „Elliocie Spencerze” – również wykorzystującym motyw kasowania pamięci – ludzkość niedalekiej przyszłości wykorzystuje ludzi bezdomnych, biednych, uzależnionych, czy na inne sposoby wykluczonych, do przewrotnego marketingu politycznego, swego rodzaju domowej wojny hybrydowej.
Najsilniej motywy polityczne są jednak zarysowane w „Liście miłosnym”. Tytułowy list pisany jest przez dziadka do wnuczka w epoce po upadku demokracji, po jej utraceniu w wyniku nieuwagi, zaniechań, niedbalstwa. Dziadek sugeruje wnuczkowi bierność i oportunizm jako narzędzia przetrwania w nowym społeczeństwie totalitarnym, równocześnie mimowolnie przyznając, że to właśnie bierność i oportunizm pozwoliły się dyktaturze narodzić i zatriumfować. Ogromnym atutem obu tych opowiadań jest bardzo bliskie skojarzenie z naszą dzisiejszą rzeczywistością.
Saunders tworzy antyutopie przyczajone w naszym jutrze, najwyżej pojutrze. Manipulatorów z „Elliota Spencera” od dzisiejszych specjalistów od politycznego marketingu dzielą jedynie możliwości techniczne. Możliwości, które bez wątpienia w najbliższych latach będą się stale zwiększać. Akcja „Listu miłosnego” nie rozgrywa się zaś wcale za kilkaset lat, ale raczej za lat kilka, najwyżej kilkanaście. Aluzje do postaci Donalda Trumpa nie są trudne do odczytania.
Nie bój się happy endu
Opowiadania Saundersa dokładnie pokazują trywialne podglebie ogólnoludzkich katastrof – naszą małość, zwyczajność, przeciętność. Globalne katastrofy biorą się tu nie tyle z dramatycznych zwrotów historycznych, ile z chęci prześcignięcia znajomych albo rodziny, przypodobania się komuś albo pragnienia, by uczynić życie znośniejszym, bardziej komfortowym. Z pragnienia odrzucenia wolności na rzecz iluzorycznego poczucia bezpieczeństwa.
Saunders pokazuje więc ludzi najzwyklejszych i w swej zwykłości raczej odpychających. Bohaterowie „Dnia matki” odgrywają przed naszymi oczami kalejdoskop wielkich dramatów, nieodmiennie zanurzonych w najpowszedniejszej życiowej szarzyźnie. Te „wielkie sprawy małych ludzi” bywają komiczne, gdy rzecz dotyczy sfery uczuciowej czy stosunków służbowych – jak we „Wtopie w pracy” – ale zarazem pokazują, że przeciętny człowiek jest zawsze zdolny do nieprzeciętnych podłości. To na tym gruncie mogą, zdaniem pisarza, wyrosnąć totalitarne koszmary nieodległej przyszłości. O ile na to – brakiem odzewu – przyzwolimy, do czego zachęca dziadek z „Listu miłosnego”.
Pasywność, niezdolność do działania, nieumiejętność podjęcia decyzji – to zresztą kolejny obsesyjnie nawracający temat Saundersa. W „Wodospadzie” spacerowicz może uratować tonącą dziewczynkę, w innym opowiadaniu chłopak może uratować swoją porywaną koleżankę. Ale to jest trudne, bo trzeba coś w sobie przezwyciężyć, odrzucić wstyd, poczucie bycia ocenianym, przełamać naturalną dla każdego człowieka potulność. Saunders dowodzi, że aby uratować tonące dziecko, trzeba stoczyć z samym sobą zażartą walkę. O bardzo niepewnych rezultatach.
Akcja bardzo często toczy się na obrzeżach i marginesach. Po pierwsze, rozumianych dosłownie. Spacer za miastem, nieprzenikniona dzicz ledwie kilka minut drogi od cywilizacji – to typowa sceneria Saundersa. Tak jak jego dystopie są w czasie oddalone od nas ledwie o kilka potencjalnych lat, tak i pustkowia, na które rzuca nieraz swoich bohaterów, oddalone są od bezpiecznego życia o kilkanaście minut spaceru. Po drugie zaś, są też i tu obrzeża rozumiane metaforycznie – dramaty rozgrywają się pośród ludzi ubogich, wykluczonych, zniewolonych. Ten ostatni motyw – zniewolenie – powraca w niemal każdym opowiadaniu Saundersa.
Różne są zresztą przyczyny uwięzienia – niekiedy rodzinne, innym razem ekonomiczne. Poddawani brutalnym eksperymentom bohaterowie „Ucieczki z Pajęczej Głowy” czy „Elliota Spencera” podpisują na wszystko odpowiednie zgody. Podobnie jak i uwięzieni w „Dniu wyzwolenia” czy „Dziewczętach Sempliki”. To wszystko się dzieje dobrowolnie. Ludzie z obrzeży nie mają innego wyboru, ale cały czas podkreśla się, że dokonują wyboru. Niekiedy zresztą obrzeża metaforyczne spotykają się u Saundersa z literalnymi – bohaterowie „Upiora” żyją dosłownie pod ziemią.
Cały ten cieplarniany horror nieodległej futurystyki nie jest jednak niczym przesadnie oryginalnym. Wielu dzisiejszych pisarzy i filmowców eksploruje podobne światy. Na czym więc polega oryginalność Saundersa? Co go właściwie wyróżnia?
Przede wszystkim jakiś rodzaj optymizmu. Współczesne utopie są bowiem bez wyjątku pesymistyczne. Żyjemy w bardzo pesymistycznej epoce, co łatwo sprawdzić porównując współczesnych utopistów z pisarzami końca XIX wieku, takimi jak choćby Juliusz Verne. Wówczas dość powszechnie do głosu dochodziło przekonanie, że już niebawem triumfy nauki pozwolą zlikwidować wszystkie dotychczasowe bolączki ludzkości.
Dzisiejsi twórcy, bogatsi o doświadczenia XX wieku, sądzą zaś, że kolejne odkrycia nauki pozwolą ludziom zakuwać ludzi w coraz doskonalsze kajdany. Saunders podziela to przekonanie, ale w swoich najbardziej ponurych wizjach zawsze zostawia furtkę nadziei. I nie boi się happy endów. Nieszczęście jest umieszczone poza przestrzenią tekstu. W jego ramach wszystko kończy się mniej więcej dobrze.
Po prostu „nie”
Do wypowiedzianych albo niewypowiedzianych happy endów prowadzi jakaś pojedyncza, niełatwa decyzja. Ktoś decyduje się na sprzeciw, gest buntu. Bohater wydostanie się z pułapki, wstanie i sobie po prostu pójdzie. I za każdym razem okazuje się, że wobec takich najprostszych buntowniczych gestów pracowicie budowany system opresji jest bezradny. Najnowsze technologie całkowicie nas kontrolują i wiedzą o nas wszystko. Ale wobec zwyczajnego „nie” są bezbronne.
W „Liście miłosnym” dziadek wytrwale namawia swego wnuka do posłuszeństwa i pasywności, ale z każdym akapitem mamy coraz większą pewność, że na dłuższą metę wnuk go nie posłucha. I pewnie na tym polega największa siła opowiadań Saundersa: potrafi zaszczepić w nas przekonanie, że pojedynczy człowiek będzie mógł zawsze – ale to zawsze – zburzyć dowolny system jednym nonkonformistycznym gestem.

George Saunders DZIEŃ WYZWOLENIA
przeł. Michał Kłobukowski, Znak, Kraków 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















