Michele Mari: najbardziej pociągają go przygody, dalekie rejsy i fantastyczne krainy

„Muszę żyć na atolu, poza swoim czasem” – twierdzi włoski pisarz Michele Mari. I deklaruje: „Nie znoszę ogólnie przyjętych poglądów, wspólnych horyzontów, wspólnego języka”.
Czyta się kilka minut
Michele Mari. Wenecja, październik 2018 r. // Fot. Leonardo Cendamo / Getty Images
Michele Mari. Wenecja, październik 2018 r. // Fot. Leonardo Cendamo / Getty Images

Michele Mari, jeden z najbardziej dziś utytułowanych włoskich pisarzy, przyznaje, że wciąż ma swoje ołowiane żołnierzyki i pluszowego misia. Wydany właśnie po polsku zbiór opowiadań „Ty, krwawe dzieciństwo” pełen jest starych zabawek, pieczołowicie przechowywanych komiksów, szklanych kulek i albumów z naklejkami. To talizmany, które każą przemówić pamięci. Bo Mari przeżywa życie – tak deklaruje – w nieustannej żałobie za dzieciństwem.

Nie jest to jednak tęsknota za krainą szczęśliwości. „Za najwyższą formę literatury uważam tę, która poddaje się swoim obsesjom” – prowokuje pisarz. We wprowadzeniu do zbioru szkiców o bliskich sobie pisarzach „I demoni e la pasta sfoglia” (Demony i ciasto francuskie) wskazuje na grecki źródłosłów obsesji: jej naukowa nazwa, anakastia, pochodzi od ananke – los. Bliscy Mariemu autorzy nie walczą z demonami, lecz pozwalają im się posiąść. Sami się w nie zmieniają.

Niepokój towarzyszy nam więc od pierwszej strony: oto bezimienny profesor skrzętnie ukrywa ulubione komiksy przed mającym się narodzić synem. „To kwintesencja marzeń, jedyny niesmutny poblask mojego życia; to dokumenty, skamienieliny domagające się litościwego hołdu; to mizeroty opierające się śmierci; a czym są, wiem tylko ja”. Świadomy śmieszności, profesor pielęgnuje namiętne przywiązania.

Zbieranie jest odpowiednikiem pamięci, gromadzenia doświadczeń. Mały Michelino wspomina ulubione samochodziki, ale także dziecięce tragedie: nieuczciwą wymianę z kolegą, autko, które wpadło do studzienki, zabawkę, którą dorośli polecili oddać młodszemu dziecku, bo „już się nią nie bawi”. Te dramaty to nie jest materiał dla anegdoty, lecz rany, które należy pielęgnować.

Tylko wyjątkowe

Dzieciństwo miał samotne i pełne lęków. Matka, ilustratorka Iela Mari, przekazała mu wrażliwość na słowo, upodobanie do surrealistycznych językowych akrobacji. Z kolei zainteresowanie przedmiotami, przywiązywanie wagi do kształtu rzeczy odziedziczył po ojcu. Enzo Mari był wybitnym designerem. W latach 50. zaprojektował mobilną bibliotekę dla wydawnictwa Bompiani. Także Michele konstruuje własne meble: biblioteczki nieomal „na oko”, wymierzone i docięte co do milimetra.

Mari-senior początki miał skromne: woził kapustę, sprzedawał mydło i kładł cegły. Jednocześnie przyglądał się, jak ludzie używają codziennych przedmiotów. Chwytał się każdej rzemieślniczej roboty: szyld dla winiarza, wsporniki do wystawy sklepowej. Zależało mu na prostocie: jeden z jego najsłynniejszych projektów to metalowa taca wycięta z metalowego kształtownika. Twierdził, że masowo produkowane meble „są tanie dzięki ludzkiej krwi”, ale nierzadko obrażał też kolegów po fachu, luksusowy design nazywając „pornografią”. Przypominał o prawach robotników i domagał się wzornictwa dla każdego. W podręczniku „Autoprogettazione” pokazywał, jak z kawałków sklejki samodzielnie zrobić krzesła i stoły.

Jeden z jego ikonicznych projektów to zestaw szesnastu drewnianych zwierzątek, których kształty można dopasować i ułożyć w pudełku. Produkowane przez firmę Danese puzzle to dziś nie tyle zabawka dla maluchów, ile ikona designu, którą można nabyć za prawie 400 euro. Wymagający wobec innych i samego siebie, projektant przyznawał, że pochwały budzą tylko jego niepokój: skoro wszystkim się podoba, to znaczy, że wyszło banalnie… Także syn zachował sporo z wpojonej mu potrzeby szukania tego, co, wyjątkowe. Jak przyznał w wywiadzie, „kiedy coś robi się modne, od razu mam wrażenie, że staje się towarem”.

Rodzice stworzyli wspólnie obrazkowe książeczki „Jabłko i motyl” oraz „Jajko i kura”. To przedsięwzięcie pionierskie jak na końcówkę lat 50.: szukali obrazkowego języka prostych kształtów i wyrazistych kolorów, aby książka „przemawiała” do nieczytających jeszcze maluchów. Michele z siostrą nieraz bywali z ojcem w studiach Danese, wypróbowywali projekty dla dzieci. Pisarz uwielbiał patrzeć, jak modele z masy plastycznej czy drutu przybierają ostateczny kształt. Jak dziś zdradza, on sam nie „projektuje” swoich książek, opowieść zaczyna nieraz od zbitki słów, a nawet od pojedynczego dźwięku. Przyglądając się pracy rodziców i wuja (również grafika), doszedł do wniosku, że musi pójść inną drogą.

Utalentowani rodzice nie stworzyli ciepłego, rodzinnego domu. Michele chował się w książkach, ale ze swoją potrzebą prawdziwych, żywych ludzi, zmysłowego, cielesnego doświadczania świata czuł się „najgorszym wyrzutkiem”. Ojciec pracował całymi dniami, nie otwierał nawet okna, nie wychodził do toalety, nie robił przerwy na kawę. W „Ty, krwawe dzieciństwo” jest imponujący, groźny i prawie nieobecny. Jak przyznaje dorosły już chłopiec, z jego „upiorną postacią łączył mnie niemożliwy związek budowany na obezwładniającym strachu i bezwładzie niewypowiedzianych uczuć, na zajadłym antagonizmie, a w konsekwencji na niegodnych zmaganiach z poczuciem winy”.

W atolu

Choć ojciec publicznie serce miał zawsze po lewej stronie, dzieciom wdrażał dosyć elitarystyczną wizję kultury. Z tym nie warto się zadawać, bo brzydko mówi, tamten to idiota, od grupy lepiej się trzymać z daleka, bo to przeciętniacy. Nastoletni Michele Mari miał przeczytanego Plutarcha i Leopardiego – czuł się lepszy od rówieśników. Nie przeklinał, nie palił, nie tańczył, nie jeździł na motorynce. Bez szans na towarzystwo, miał za to wpojony ideał heroicznej samotności: „Z pewnością duch tytaniczno-arystokratyczny pozwolił mi przeżyć, obracając moje słabości i wyrzeczenia w siłę”.

Pielęgnował swoją osobność: „Muszę żyć na atolu, poza swoim czasem”. I deklaruje: „Nie znoszę ogólnie przyjętych poglądów, wspólnych horyzontów, wspólnego języka”. Unika literackich koterii, zazdrości o nagrody i dobre recenzje. Fascynują go pisarze dziwaczni, heretycy, gotowi obalać świętości. Imponuje mu wyniosły, arystokratyczny Gombrowicz – w 2020 r. ukazała się „Ferdydurke”, którą Mari przełożył wspólnie z Irene Salvatori. Pragnie pozostawać poza jakimkolwiek nurtem. Nie wierzy w ideę literackiego pokolenia.

Mały Michele był „jak żołnierzyk, który zawsze słuchał rozkazów”. Ojca postrzegał jako wroga, a zarazem podziwiał jego inteligencję i charyzmę. W domu wszystko mówiło się serio, pisarz dorastał w przekonaniu, że ludzie mądrzy nie żartują. Matka – psychicznie krucha, wiecznie smutna, poddana domowemu tyranowi. Mąż chyba nawet nie wiedział, że jako dziewczyna profesjonalnie się wspinała, a jednym z towarzyszy jej wędrówek był Dino Buzzatti. Syn przywołuje ją w opowiadaniu „Niektóre zielenie”, gdzie matka wraz z synem nałogowo układają skomplikowane, wielotysięczne puzzle. Piętnastoletni Mari dostał w prezencie puzzle „zrób to sam”– na białych kawałkach mazakami narysował rodziców. Ojciec: brodaty, skupiony, „niczym połykacz ognia”, za plecami ma swoje prace, w dłoni ołówki. Matka prawą ręką rysuje, a lewą miesza gotującą się potrawę.

Nigdy nie odbudowała się po rozwodzie. Zawsze smutna, nadal przyrządzała zupy chlebowe, z biegiem lat coraz bardziej zatopiona w sobie, odcięta od emocji. W domu ojca było smaczniej i pikantniej, z pasta all’Amatriciana, z jego dyktatorskimi sądami, wyśrubowanym poziomem dyskusji. Nie wypadało się przyznać do oglądania kreskówek Disneya albo czytania komiksów.

Wyrastał w bibliotece, tam znajdował ucieczkę i tajne rozkosze. Choć czytał Stendhala, Flauberta, Tołstoja, to najbardziej pociągały go przygody, dalekie rejsy i fantastyczne krainy. Poniekąd buntując się przeciw ojcu, nie gardził literaturą popularną. Komiksy wprost pochłaniał: „Supermana” i „Batmana”, „Popeye’a” i „Tintina”. Teraz lubi przytaczać anegdotę o starciu Roberta Louisa Stevensona i Henry'ego Jamesa, który ubolewał, że tak doskonały stylista jak Stevenson traci czas na głupstwa w rodzaju „Wyspy skarbów”. Stevenson odparł, że w ten sposób wraca do dziecięcych igraszek. „Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie bawiłem się w piratów, nigdy nie szukałem ukrytych skarbów” – odparował James. Stevenson zamknął dyskusję: „To teraz wiemy, że pan James nigdy nie był dzieckiem”.

Michele Mari nigdy nie zapomniał o dziecku w sobie. Jego zabawy były jednak samotne, miał trudności w kontaktach z rówieśnikami. Zaczął pisać, aby zaistnieć, zostać zauważonym. Skrępowany, speszony, również w dorosłym życiu bliskich relacji miał mało. Ale literatura pozwalała także odreagować emocje: „Pisanie jest dla mnie wyzwoleniem i rozkoszą. I odwetem. Nie jest to trudne, bo gdy już podejmie się wątek cierpienia, a potem ewentualnie podda tematyzacji, to – w moim wypadku – pisanie rozwija się samoistnie”. W trakcie pisania czuł się wolny od neuroz i zahamowań, zapominał o swoim pancerzu.

Trzymać, mocno trzymać…

Pierwsze opowiadanie, „L’incubo nel treno” (Koszmar w pociągu) Mari napisał mając dziewięć lat i dał ojcu pod choinkę. Trzydzieści lat potem, na czterdzieste urodziny syna, ojciec wydał książkę w osiemdziesięciu bibliofilskich egzemplarzach. Opublikowana w 1989 r. pierwsza powieść Mariego „Di bestia in bestia” (Od bestii do bestii) rozgrywa się w gotyckim zamku na lodowej skale. Jej bohater ukrywa monstrualnego brata bliźniaka, ale przede wszystkim jest więźniem swojej ukochanej biblioteki i pada jej ofiarą. Sam Mari chętnie mówi głosami bliskich sobie pisarzy: nazywa to „literackim wampiryzmem”. Jak pisze jego tłumacz Brian Robert Moore, Mari sięga po nie, „by wniknąć w to, co opowiedziane inaczej byłoby zbyt brutalne, pospolite albo dotkliwe: jego metoda sublimuje te tematy, a zarazem sprawia, że stają się bardziej znośne, czy wręcz podszyte humorem”.

„Grynszpan” („Verderame”, 2007) to kolejna opowieść samotnego dzieciństwa: mały Michelino spędza wakacje u dziadków nad Lago Maggiore. Osamotniony, snuje się po ogrodzie, towarzysząc staremu dozorcy Felice. Wyobraża sobie jego przygody, z powidokami lektur Dickensa, Lovecrafta czy Tołstoja: „na własny użytek stworzyłem sobie małą dziewiętnastowieczną powieść” – przyznaje. Monstrualny i fascynujący, Felice powoli traci pamięć. Michelino tworzy dla niego „pałac pamięci”, skomplikowaną sieć skojarzeń, które mają go utrzymać w kontakcie z rzeczywistością. Tymczasem coraz bardziej oderwany od materialnego świata i werbalnej komunikacji stary człowiek pokazuje mu skrytkę na strychu, gdzie ukryte zostały zasuszone truchła zabitych Niemców: prawdziwy pałac wypartej pamięci, niewypowiedzianego horroru. Poszukiwanie przygody, wyimaginowany „równoległy żywot”, który Michelino wymyśla dla starego przyjaciela, staje się metaforą życia poprzez literaturę.

Motywy rozdwojenia, dzieciństwa, zmagania z własnymi demonami obsesyjnie powracają u Mariego. Ale nie stworzył jednego stylu, miesza gatunki i rejestry. Ma w dorobku gotycką powieść, fantazyjną biografię zespołu Pink Floyd, ale także łotrzykowskie „Roderick Duddle” – pobrzmiewające Dickensem przygody sieroty. I wreszcie tom poetyckich listów – pamiątkę wielkiej, niedokonanej miłości. Co je łączy?

„Przedmioty zawsze były moimi uprzywilejowanymi interlokutorami” – przyznaje pisarz. Gdzie indziej dodaje: „Tematem wszystkich moich książek jest dusza powierzona przedmiotom”. W 2015 r. we współpracy z fotografem Francesco Pernigo wydał autobiograficzną książkę „Asterusher. Autobiografia per feticci” (Asterusher. Autobiografia w fetyszach), w której pokazuje zakamarki swojego mieszkania w Mediolanie oraz domu dziadków w prowincji Varese. Widok domu ze starannie uporządkowaną biblioteką i meblami w starym drewnie sugeruje poczucie bezpieczeństwa. W takim wnętrzu wszystko powinno pozostawać niezmienione, zatopione w wiecznej pamięci dzieciństwa.

Bohater „Locus disperatus” (2024) jest zmuszony opuścić urządzone ze smakiem mieszkanie, przedmioty pieczołowicie zbierane lub te, które się nagromadziły, bezsensowne, nieużyteczne, jak zbiór metalowych numerków oznaczających drzwi mieszkania. Wszystkie noszą odciski palców, zapis lęków i obsesji. Są tu materialne dowody neurozy, jak choćby słój pełen starannie zatemperowanych ołówków. Mari „czuje, jak osacza go obfitość, która uzasadnia jego istnienie, jak woda uzasadnia istnienie ryby”.

W „Piłkach pana Kurza” sąsiad nie oddaje chłopcom piłek, które spadają na jego posesję. Okazuje się jednak, że pan Kurz zachowuje piłki nie dla złośliwej uciechy: opatrzone datami, pieczołowicie wyeksponowane, tworzą niezwykłą kolekcję, album cudzego dzieciństwa. Narrator „Eurydyka miała psa” odwiedza staruszkę Florę, podziwia jej mieszkanie pełne staromodnych przedmiotów i skrycie pragnie, by to miejsce trwało zawsze.

„Właśnie tak, rzeczy znikają. Cały sekret polega na tym, żeby zachować czujność, żeby ani na chwilę nie przestać pilnować… Wiedzieć zawsze, co się ma, gdzie się ma… A to, co kochałeś choćby przez jeden poranek, trzymać mocno przy sobie i nie puszczać aż do śmierci. Trzymać, mocno trzymać…” – tłumaczy dorosłemu już Michelino wyimaginowany ojciec. Pamiątkowe drobiazgi zmieniają się w kotwice pamięci. Jedyną szansę zachowania czegokolwiek przed zmianą daje literatura.

„W literaturze jestem przywiązany do całej serii staromodnych, nieomal pornograficznych wartości – przyznaje Mari w jednym z wywiadów – powołanie, inspiracja, przeznaczenie. Zdaję sobie sprawę, że jest to wizja nieomal mistyczno-ascetyczna: zostajesz wezwany, to jest najważniejsza sprawa w twoim życiu. Nie jest tak, że w jednym roku jeździsz na nartach wodnych, a w następnym dostaniesz nagrodę literacką. Nigdy nie chciałem prowadzić zajęć w szkole pisania, bo wydawało mi się niedorzeczne, by uczyć się pisać w szkole. W tym, co robię jest taka jedność, że jedynym sposobem, by nauczyć pisania, byłoby sklonować mnie samego. A to ostatnia rzecz, na której by mi zależało. Chcę być sam i chcę być unikatowy”. 

Michele Mari TY, KRWAWE DZIECIŃSTWO przełożyła Katarzyna Skórska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024

Michele Mari, Ty, krwawe dzieciństwo, przełożyła Katarzyna Skórska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024.

Cytaty w tekście podano w przekładzie Anny Arno i Katarzyny Skórskiej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dusza powierzona przedmiotom