Dzień łosia

To nie jest normalne, że o tej porze roku mamy tu tyle wody – słyszę, gdy obuci w wodery chlupoczemy na bagienne spotkanie z tutejszym.

06.09.2021

Czyta się kilka minut

 / CHRIS HARRIS / EAST NEWS
/ CHRIS HARRIS / EAST NEWS

Przez kilka lat przy Carskiej Drodze nad Biebrzą można było spotkać łosia, który wcale nie bał się ludzi. Terytorium klępy było bagno Ławki, ale często wpadała na żer przy ciągnącej się równolegle do rzeki drodze. Zjadała wierzbowe pędy, przysmak każdego łosia, oraz świeże zioła porastające pobocze. Za matką szły łoszaki. Dla nich ta brawura często kończyła się tragicznie. Nieobyte z zagrożeniem, ginęły pod kołami samochodów.

Którejś wiosny dwoje dzieci klępy zginęło jedno po drugim w ciągu tygodnia. Przez kolejne dni samica nie odklejała się od szosy, niemal podbiegając do kolejnych przejeżdżających aut. Z jej zachowania można było wywnioskować, że któreś z młodych zostało po potrąceniu zabrane do samochodu i wywiezione z miejsca zdarzenia. Żałoba trwała do chwili, gdy sama padła ofiarą wypadku. Jej głowa, skóra i kończyny trafiły do przydrożnego rowu. Reszta zwierzęcia najprawdopodobniej do czyjejś zamrażarki.

Przeczytałem tę historię w książce Piotra Dombrowskiego i Pawła Średzińskiego, opowieści o biebrzańskiej populacji łosia. Taki duet: Dombrowski, strażnik w Biebrzańskim Parku Narodowym, z wykształcenia leśnik i myśliwy, który broń zawiesił na kołku, oraz Średziński, aktywista przyrodniczy, były rzecznik prasowy międzynarodowej organizacji ekologicznej, obecnie związany z Fundacją Dziedzictwo Przyrodnicze, zaangażowany w działania na rzecz ochrony lasów w Karpatach Wschodnich. „Łoś. Opowieść o gapiszonach z krainy Biebrzy” łączy więc w sobie obycie terenowca z doświadczeniem działacza na rzecz ochrony przyrody w realiach polskiego prawa. Ale to nie znaczy, że dla Średzińskiego łoś jest bytem odległym. Jako nastolatek w ramach wolontariatu w rezerwacie pokazowym Białowieskiego Parku Narodowego opiekował się osieroconym łoszakiem Alfredem. Do dziś przechowuje list, który w odpowiedzi na pytanie o możliwość pracy w parku przesłał mu wtedy ówczesny dyrektor Czesław Okołów.

Centymetr gumy

Rytm „Łosia” wyznacza roczny kalendarz, zarówno tytułowego gatunku, jak i ekosystemu okolic Biebrzy, ostatniej w tej części świata rzeki, która swobodnie tworzy tak rozległe rozlewiska. Po śnieżnej i mroźnej zimie przyszła wyjątkowo mokra wiosna, podczas której biebrzańskie bagna nabrały podręcznikowych kształtów. Największy polski park narodowy zamienił się w bezkresny ocean bagien. W czerwcu, zgodnie z hydrologicznym rytmem tych stron, poziom wody zaczął opadać. Ale potem przyszły serie gwałtownych burz i nawałnic. Dostało się niektórym wyprowadzającym późne lęgi ptakom, bo woda zmyła ich gniazda. W efekcie stara zimowa droga, którą z prywatnych lasów parkowej otuliny wywozi się drewno, niczym nie wyróżnia się z otoczenia. Trzeba badać stopami dno, unikać zwalonych kłód i walczyć o równowagę, jednocześnie rozgarniając ramionami wysokie na dwa metry bagienne trawy.

– To nie jest normalne, że o tej porze roku mamy tu tyle wody – mówi Piotr, gdy obuci w wodery, sięgające pachwin gumowe spodnie, chlupoczemy na spotkanie z łosiami. Miesiąc wcześniej wędrował tędy w zwykłych gumiakach, w wodzie po kostki. Tłumaczy też, że Biebrza Biebrzy nierówna. Środkowy basen rzeki a dolny, w którym właśnie jesteśmy, to dwa różne światy. Na północ od Goniądza wiosna i lato przychodzą nawet parę tygodni wcześniej niż tu, bliżej ujścia rzeki do Narwi. Kiedy jego koledzy z parku po łąkach jeżdżą już samochodami, on wciąż musi brodzić w woderach.

Nikt nie wie, ile łosi żyje w Biebrzańskim Parku Narodowym. Oficjalne dane mówią o kilkuset osobnikach, jednak to zgadywanie. Żeby rachunki były miarodajne, trzeba by je prowadzić z samolotu. Tak się robi w Skandynawii, ale w polskich realiach nikt nie ma na to pieniędzy. Liczenia przeprowadza się za pomocą tzw. pędzeń, przepłaszając zwierzęta na niedużym, z góry określonym obszarze. I to w zimie, gdy z braku pokarmu na bagnach przenoszą się do borów.

– Podczas pędzeń – zauważa Paweł – łatwo przeszacować wynik, wyciągając średnią na podstawie obszarów o znanym dużym zagęszczeniu.

Takich jak nieduży lasek we wsi Downary, gdzie zimą na 300 hektarach spotkać można nawet kilkadziesiąt łosi. Ale to nie znaczy, że podobne zagęszczenie charakteryzuje każdą nadbiebrzańską sośninę. Ten roczny cykl – lato na bagnie, zima w lesie – jest typowy dla tutejszej populacji. Łosie z Puszczy Kampinoskiej czy Polesia nie muszą tak wędrować, bo ich siedliska to mozaika krajobrazów. Tu górka, tam dołek, tu woda, tam piach. Łoś biebrzański musi się tymczasem nachodzić, i również za nim trzeba się nachodzić.

Jednym z bodźców, który skłonił Pawła i Piotra do wspólnego wysiłku twórczego, były próby zniesienia moratorium na odstrzał łosia. Wprowadzone w 2001 r. zakazuje polowań na zwierzę, które formalnie wciąż jest gatunkiem łownym. Lobby łowieckie parokrotnie próbowało przeforsować odwołanie moratorium. Ostatni raz – w 2017 r. – było tak pewne sukcesu, że prasa myśliwska zaczęła nawet publikować przepisy na łosinę. Rozporządzenie znoszące zakaz zostało jednak w ostatniej chwili odwołane. W niejasnych okolicznościach. O tym, że temat prędzej czy później wróci, niech świadczy internetowy katalog tzw. medalowych, a więc najładniejszych trofeów łowieckich pozyskiwanych w ośrodkach hodowli zwierząt Lasów Państwowych. Choć rubryka „łoś” jest w nim pusta, szokować może sama obecność objętego moratorium gatunku w takim zestawieniu.

Upał albo komary

Kiedy wody pod nogami robi się mniej, to znak, że wychodzimy na grąd. W biebrzańskich realiach nazywa się tak nieduże, zalesione pagórki wyrastające ponad bagno. Wcześniej jednak przechodzimy przez zagłębienie o żwawym nurcie w kierunku rzeki. Jak mówi Piotr, w miejscach takich jak to łatwo wyciągać wnioski na temat aktualnej sytuacji. Na wiosnę woda powinna płynąć od Biebrzy w stronę bagna Ławki, a po paru miesiącach w przeciwnym kierunku. Jeśli pod koniec marca widzimy nurt od bagna do rzeki, zwiastuje to katastrofę.

W grądzie jest ciemno, chłodno i komarowo. Dla łosia taki obszar to oaza. Mówimy o gatunku północnym, zimnolubnym. Jego masywne ciało ma chronić przed wyziębieniem, a nie przegrzaniem. 17 stopni Celsjusza wzwyż to dla niego upał. Kiepsko radzi sobie wtedy z chłodzeniem ciała. Nie wypoci nadmiaru ciepła, może jedynie dyszeć i szukać cienia. Grąd, w którym jest kilka stopni mniej niż na otwartej przestrzeni, to ratunek. Ale są też minusy – wśród drzew nie ma wiatru, więc są komary. Czasem jest ich tyle, że pracownikom parku trudno prowadzić nasłuch ptaków. Wszystko przykrywa bzyczenie.

Trafiamy na dwa placki wyleżanej trawy, na której odpoczywały jakieś zwierzęta. Są też tropy łosia i odchody, o tej porze roku – z uwagi na pełną drobnej zieleniny dietę – przypominające nie bobki, a końskie placki. Grąd nosi też ślady ludzkiego bytowania – przecina go zygzakowata linia okopów z czasów, gdy przebiegał tędy front niemiecko-rosyjski. Pod samotnym rozłożystym dębem, nieopodal opuszczonej borsuczej nory, widać resztki świeższego obozowiska. Najwyraźniej w ostatnich miesiącach dotarł tu jakiś miłośnik bushcraftu, leśnej szkoły przetrwania.

To musiało być w styczniu albo lutym, wnioskuje Piotr; wbrew pozorom droga do grądu nie jest wtedy łatwiejsza. – Lód, który tworzy się tu zimą, na ogół nie utrzymuje człowieka. Zdarzało mi się chodzić po nim w rakietach śnieżnych i nieraz musiałem je potem wyławiać z wody. I nawet w tak ekstremalnych warunkach spotykałem wtedy łosie. Lód się pod nimi łamał, brnęły przez niego po kolana, ale i tak były. Bo jak łoś nie musi, to nigdzie nie idzie – opowiada.

Przez ostatnie trzy sezony park miał problemy z koszeniem łąk. Chętni wygrywali przetargi, ale potem nie podpisywali umów. W efekcie łąki zarosły wierzbą. Na bagnach pojawiło się sto hektarów krzaków – i duża część łosi zostawała na zimę na otwartej przestrzeni. Łoś wcale nie jest uzależniony od sosny. A kiedy się w sośninie pojawia, wcale jej całej nie zjada.

– Gdyby w łosiowych ostojach rosło trochę wierzby i innych nieiglastych gatunków, leśnicy nie musieliby martwić się o swoje sosny – mówi Paweł. Sęk w tym, że wierzba jest traktowana jak chwast. Podobnie osika. Łosiowi nie zostawia się więc dużego wyboru. A ten woli samosiewy, o czym mówił mi Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Kiedy razem z zespołem badawczym obrożowali łosie do badań telemetrycznych, najłatwiej im było to robić w samosiewach.

Żeby odciągnąć łosie od lasów gospodarczych poza parkiem, pracownicy BPN co roku ścinają kilkanaście sosen na sto hektarów, które zostawiają zwierzętom do zjedzenia. Przysmakiem bywa też jałowiec. Trzęsę się, przyznaje Piotr w książce, nad każdym hektarem wierzbowych krzaków nad Biebrzą, bo jeśli kiedyś przywrócone zostaną legalne polowania na łosie, wierzby w parku musi być tyle, by zwierzęta nie miały potrzeby szukać zimowego żeru poza granicami obszaru chronionego.

Gapiszon bez akcji

Jeśli pominąć nadludzki wysiłek forsowania bagna, wytropienie łosia przychodzi nam nadzwyczaj łatwo. Po dwóch godzinach brodzenia, meandrowania, chlupotania i energicznego odganiania komarów przystajemy na skraju piaszczystego grądu. Kilkaset metrów od nas w wodzie i trawach po pierś stoi klępa. Prawdopodobnie podniosła się, gdy wiatr przyniósł w jej stronę pogłos naszej rozmowy. Choć zdaje się, że zwierzę patrzy prosto w naszą stronę, nie ma szans nas zobaczyć. Oczy łosia znajdują się po bokach głowy, pole widzenia jest zupełnie inne od ludzkiego. W naszą stronę kieruje łódkowate uszy. Gapiszon bez akcji, piszą w książce, sugerując, że ospałość łosia czyni z niego wyjątkowo wdzięczny obiekt obserwacji.

Stoimy od siebie w odległości, z której – jak zauważa Piotr – spokojnie można by oddać strzał. On sam dawno przestał nie tylko strzelać, ale i fotografować. – Jeśli na dobre zajmiesz się fotografią – tłumaczy – aby mieć coraz lepsze zdjęcie, będziesz podchodził do zwierzęcia coraz bliżej. Zaczniesz odwiedzać czatownie budowane przy żerowiskach czy ptasich koloniach. Będziesz chodził tam, gdzie nie powinieneś. Widziałem fotografów, którzy pochylając się nad wylinką ważki czy drobną rośliną, niszczyli i usuwali wszystko dookoła, żeby mieć ładne tło.

Klępa powoli usuwa się z kadru, być może zaalarmowana reakcją młodego byka, który najwyraźniej również nas usłyszał. Ona idzie w lewo, on w prawo, jedno i drugie nie bardzo wiedząc, co je spłoszyło. Byk parokrotnie przystaje, zamiera i czeka, by po chwili odbiec kawałek dalej. Wreszcie niknie w olszynie.

– Łoś ma w sobie coś prehistorycznego – przekonuje Paweł. – Dzięki niemu człowiek może odbyć podróż w czasie. Sympatyczny, atrakcyjny, tak duży, że niemal zawsze budzący sensację. Dziwię się, że nie stał się symbolem polskiej przyrody, nadaje się do tego na równi z żubrem. Jest też od niego o wiele bardziej rozpowszechniony. Cała północno-wschodnia Polska to kraina łosia. Od Puszczy Boreckiej i Rominckiej aż po Bug i Lubelszczyznę.

Pawłowi marzy się rozwój łosiowej turystyki, ale nawet nad Biebrzą brakuje tablic informacyjnych. Przy bagnie Ławki, łosiowym eldorado, możemy poczytać o wodniczce i paru innych gatunkach ptaków. O łosiu informują tylko znaki przy Carskiej Szosie. A raczej ostrzegają.

Łosia powinniśmy badać na lewo i prawo. Tym bardziej że ten znad Biebrzy jest reliktem dawnego, polodowcowego zasięgu gatunku. – To, że udało nam się uratować je przed wyginięciem – zauważa Paweł – zakrawa na cud. II wojnę światową przetrwało raptem kilka łosi nad Biebrzą. Teraz, po latach, mamy możliwość przyjrzenia się sporej populacji dużego ssaka, który od kilkunastu lat nie jest już w żaden sposób „użytkowany” przez człowieka. A to gatunek, który wymyka się schematom. Indywidualista, którego nie da się na dobre oswoić. Ani zagłaskać. Tymczasem w Polsce monopol na zajmowanie się łosiem mają niemal wyłącznie myśliwi. Nasza książka to pierwsza niełowiecka pozycja o łosiu!

Piotr: – Panuje przekonanie, że polskie byki nijak się mają do tych amerykańskich. Że u nas żyją same badylarze, o mikrych porożach, podczas gdy po drugiej stronie Atlantyku zwierzętom wyrastają na głowach imponujące łopaty. Tymczasem wystarczyło kilkanaście lat obowiązywania moratorium, by dało się usłyszeć, że od niepamiętnych czasów nie było w polskich lasach tak pięknych byków jak dziś. Wcześniej jak tylko któryś podrósł, to się go zabijało. Łopataczom nigdy wcześniej nie daliśmy szansy. A teraz, widząc imponujące poroża, co drugi myśliwy chciałby takie trofeum zawiesić na ścianie. Stąd lobbowanie przeciw moratorium.

Paweł: – Ale myśliwi wiedzą, że opowiadając o pięknych trofeach nie przekonają społeczeństwa. Ani pomstując na szkody w leśnictwie. Dlatego coraz częściej słyszymy, że łosie są sprawcami rosnącej liczby wypadków drogowych. Zupełnie jakbyśmy byli świadkami jakiejś inwazji. Łosie mnożą się na potęgę, mówią, a przecież to bzdura. Statystyki policyjne są dla takich stwierdzeń bezwzględne.

Rzeczywiście, wszelkie dane, jakimi dysponuje drogówka, mówią o kolizjach ze zwierzętami bez podziału na gatunki. Nie da się ustalić, ile samochodów zderza się z łosiami, bo nikt nie zbiera takich informacji. Co więcej, jak skrupulatnie odnotowują autorzy „Łosia”, udział wypadków śmiertelnych w wyniku najechania na zwierzę – nie tylko dzikie! – stanowi niewielki odsetek wszystkich zdarzeń na polskich drogach. W 2016 r. zarejestrowano ich dwanaście, a w kolejnych latach dziesięć i piętnaście. Z kolei wszystkich wypadków z udziałem jakiegokolwiek zwierzęcia, nie tylko ze skutkiem śmiertelnym, było w 2019 r. ledwie ponad dwieście (to 0,7 proc. wszystkich wypadków drogowych w kraju).

– Jeśli przyjrzymy się tym nielicznym, okaże się, że rzadko jedynym winowajcą jest zwierzę. Jak się człowiek rozpędzi i zacznie wyprzedzać na podwójnej ciągłej, to mała różnica, czy zderzy się ze zwierzęciem, drzewem czy innym autem. Efekt będzie taki sam.

Zapobiec nielicznym kolizjom z łosiem pomaga dokładne wykaszanie szerokich poboczy, jak to miało miejsce w okolicach wspomnianej już wsi Downary. To metoda podpatrzona na północy, w Estonii, gdzie populacja gatunku jest o wiele większa niż w Polsce.

Nowa tradycja

Z łosiem łączy się jeszcze jeden biebrzański epizod. Ten, którym w ubiegłym roku żyła cała Polska. W kwietniu pożar strawił ponad 5 tysięcy hektarów wyjątkowo suchych w tamtym czasie bagien. Jego gaszenie trwało tydzień, na akcję ratowniczą zrzucali się m.in. internauci. W powszechnej świadomości za pożar odpowiadali rolnicy, wciąż stosujący nielegalne wypalanie trawy. Biegli potwierdzili, że do podpalenia doszło w paru miejscach naraz.

– Moim zdaniem wcale nie chodziło o trawy, tylko o zrzuty – przekonuje Piotr. – Zbieraczom jelenich i łosiowych poroży zdarza się podpalać zakrzewienia, żeby łatwiej szukało im się zdobyczy. To był właśnie ten przypadek. Jeszcze się paliło, a już w Dolistowie lokalni wsiadali na quady, żeby zbierać zrzuty. Widać je było z daleka, tak się świeciły. Okolica się wtedy obłowiła, bo jedno takie poroże to w skupie kilkaset złotych.

Wpatrując się w bezkres bagna Ławki, wspomina jeszcze jeden pożar: – To był 2004 rok. Ogień szedł od olsu, płonęło wszystko, co teraz widzisz. Ale nie doszedł do szosy, tylko zawrócił. Jak na Olszowych Drogach zobaczyli, że się pali, to postanowili skorzystać i ze swoimi suchymi trawami do pożaru dołączyć. Ktoś podpalił i poszło. Spalił się cały dolny basen Biebrzy. Ale wtedy nie było internetu, więc obrazki nie poszły w Polskę. Nie mogliśmy nic zrobić, tylko patrzyliśmy i czekaliśmy, aż zgaśnie.

Po półgodzinnym relaksie na grądzie pora wracać do cywilizacji. Czeka nas parę kilometrów przez bagno. Piotr i Paweł opowiadają o Dniu Łosia, jeszcze jednej inicjatywie na rzecz popularyzacji gatunku. Jego korzenie sięgają walki o utrzymanie moratorium; pierwsze święto łosia odbyło się w 2018 r. nad Biebrzą i na Polesiu. We wrześniu, gdy zegar biologiczny nakazuje zwierzętom przystąpić do bukowiska, czyli godów. Przedsięwzięcie było niskobudżetowe, ale frekwencja podczas spacerów w poszukiwaniu łosia dopisała. Rok później w święto zaangażowały się już trzy parki narodowe, a ambasadorami Dnia Łosia zostali znany z ekologicznych sympatii aktor Marcin Dorociński oraz przyrodnik i filmowiec Marcin Kostrzyński.

Żeby dopiero co powołane do życia święto łosia nie umarło wraz z pandemią, w 2020 r. Paweł i Piotr postanowili tymczasowo nadać mu nową formułę. W teren poszli sami. Ruszyli Groblą Honczarowską w stronę Biebrzy, w gęstej mgle zaskakująco ciepłego poranka. Pośród brzóz usłyszeli miarowe stękanie, a potem z mleka wyłoniła się sylwetka kierowanego nadmiarem hormonów samca. Gapili się potem oni na niego, on, gapiszon bez akcji, na nich. ©

Tegoroczna, czwarta edycja Dnia Łosia odbędzie się 11 września. W obchodach wezmą udział cztery parki narodowe: Biebrzański, Kampinoski, Narwiański i Poleski, oraz Instytut Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Polecam: Piotr Dombrowski i Paweł Średziński „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, Paśny Buriat 2021.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2021