Lena Gontarek: Często Pan słyszy: „sport to nie dla niej”, „lepiej niech zajmie się nauką”?
Sebastian Snaczke: Wiele osób wciąż uważa, że sport przeszkadza dziewczynkom w rozwoju. Zwłaszcza w okolicach końca podstawówki, początku szkoły średniej – nagminnie słyszymy od rodziców, że to moment, kiedy trzeba postawić na naukę, poświęcić temu wszystkie moce.
Gdy w ramach Girls Academy zaczynamy zajęcia z trzylatkami, takie słowa słyszymy rzadko. Tu siłą rzeczy to rodzic przyprowadza dziecko, więc musi dawać zgodę na to, żeby jego córka chodziła na zajęcia sportowe. Ale jeszcze kilka lat temu, kiedy tworzyliśmy wyłącznie klub dla starszych dzieci, słowa o tym, że sport tylko wadzi, padały częściej. A przecież to inwestycja w przyszłość.
Np. w zdrowie – i to nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Badania pokazują, że dorośli, którzy w dzieciństwie i młodości uprawiali sport, mają mniej objawów depresji i lęków.
Uprawianie sportu kształtuje też osobowość: buduje pewność siebie, dyscyplinę, uczy radzenia sobie z presją. Czy np. dwie godziny w tygodniu, które pozwalają zadbać o równowagę psychiczną, relacje z rówieśnikami, to dużo? A może dzięki temu w dorosłości będę mieć mniej wypalony umysł?
Tymczasem często słyszymy jeszcze jedno: „Z tej mojej Kamilki to sportowca nie będzie”. Powiedziałaby pani o siedmio-, ośmioletnim dziecku, że na pewno nie zostanie lekarzem? Na pewno nie. A jeśli chodzi o sport, takie słowa padają.
Zresztą, to mówią również rodzice chłopców. Pokazuję im wtedy zdjęcia wielkich sportowców w dzieciństwie, np. Nikoli Jokicia [serbski koszykarz – red.] czy Roberta Lewandowskiego, którzy na tle rówieśników zdecydowanie nie wyglądali na tych, którzy zrobią wielkie sportowe kariery. Takie przykłady są również wśród kobiet.
Otylia Jędrzejczak trafiła na basen, bo doradził jej to lekarz, który zdiagnozował u niej astmę. Czy nadawała się do sportu? Ktoś mógłby powiedzieć, że nie. Simone Biles, najwybitniejsza gimnastyczka w historii, ma 142 cm, zawsze była mniejsza od wszystkich. Niewielu twierdziło, że ma jakąś szansę w sporcie.
Przede wszystkim jednak powtarzam rodzicom: nie zapisujecie dziecka na sport po to, żeby zostało mistrzem świata. Zapisujecie je, żeby nauczyło się wierzyć w siebie, współpracować z innymi i radzić sobie z trudnościami. By zbudowało relacje z rówieśnikami na lata. By miało kiedyś masę pięknych wspomnień. A jeśli przy okazji pojawi się talent – tym lepiej. Ale najważniejsze rzeczy w sporcie dzieją się dużo wcześniej, niż przychodzą medale.
Co robi dziewczynkom brak wiary dorosłych w ich możliwości sportowe?
Zabiera radość z ruchu. Dziewczynki nie porzucają aktywności fizycznej przez brak talentu, ale dlatego, że nie czują się u siebie. Albo dlatego, że nie chcą zawieść oczekiwań, które ma wobec nich środowisko.
Swoje robi też presja oceny przez rówieśników, zwłaszcza gdy dziewczynki dojrzewają, ich ciało się zmienia, pojawia się menstruacja. Szybciej niż u chłopców pojawia się u nich problem wstydu i dotyczy większej liczby czynników. Mniej więcej w klasach 4-6 dużo większe znaczenie zaczynają mieć kwestie związane z higieną, dbaniem o wygląd.
Pamiętam z lekcji basenu w podstawówce, jakim stresem było dla nas, dziewczynek, powiedzenie nauczycielowi, że mamy okres. Mówiłyśmy: „jestem niedysponowana”, żeby przy chłopcach nie mówić słowa „okres” ani „miesiączka”.
Duże znaczenie ma tu wsparcie i podejście nauczyciela czy trenera, wyrozumiała postawa i przede wszystkim wiedza, co się dzieje z organizmem aktywnej sportowo dziewczyny w kolejnych fazach cyklu. Bez tego trudno budować mądre i wspierające środowisko treningowe. Istotne jest też to, jak reagują chłopcy z klasy, klubu czy drużyny. I tu potrzebna jest edukacja zdrowotna, żeby i oni wiedzieli, rozumieli i szanowali to, co dzieje się z koleżankami.
W koedukacyjnych zajęciach dochodzi jeszcze jeden element – porównywanie się z chłopcami, którzy w pewnym wieku zaczynają być szybsi czy silniejsi. Dla części dziewczynek to bywa zniechęcające, zwłaszcza że sport od początku koncentruje się głównie na tych aspektach: kto lepszy i pierwszy, kto wygrał.
Badania nad zachowaniami zdrowotnymi młodzieży szkolnej pokazują, że im dzieci starsze, tym mniej sportu uprawiają, ale płeć ma tu znaczenie – odsetek dziewcząt uprawiających sport jest niższy niż odsetek chłopców.
Spotkałem nauczycieli WF-u, którzy mówią, że w ich klasach licealnych większość dziewcząt nie ćwiczy. Sam znam szkoły, w których zwolnienia z wychowania fizycznego stały się niemal normą.
Problem nie polega na tym, że dziewczynki „mniej chcą sportu” albo „się do niego nie nadają”, ale na tym, że przez lata projektowaliśmy system sportowy – sposób treningu, komunikacji i rywalizacji – przede wszystkim pod potrzeby chłopców. Tymczasem dziewczynki potrzebują często czegoś innego.
Czego?
Jeśli spojrzymy na najmłodsze dzieci, to często widać różnice w tym, co je w sporcie pociąga. Wielu chłopców spontanicznie chce rywalizować: kto strzeli więcej goli, kto jest szybszy, kto silniejszy. Dziewczynki częściej szukają w ruchu zabawy, relacji, współpracy, poczucia bezpieczeństwa. Nie potrzebują od razu odpowiedzi na pytanie, kto jest najlepszy. Częściej potrzebują odpowiedzi na pytanie: „czy ja tu jestem bezpieczna i mile widziana?”.
Ważniejsze niż sama rywalizacja jest to, czy mają obok siebie grupę, w której czują się „u siebie”, czy trenerzy mówią do nich tak, że one rosną, a nie się kurczą, że ktoś je zauważa, docenia, ale też daje prawo do popełniania błędów. Oczywiście nie jest to reguła – wiele dziewczyn uwielbia rywalizację, a wielu chłopców potrzebuje relacji i bezpieczeństwa. Ale statystycznie te akcenty rozkładają się inaczej i sport powinien to uwzględniać.
Co więcej: sprawdzanie postępów jest częścią sportu, tego nie da się uniknąć. Problem pojawia się wtedy, kiedy wynik staje się jedyną osią całego doświadczenia.
Jak w takim razie stworzyć środowisko sportowe przyjazne dziewczynkom?
Kapitalna jest w tym rola trenerów i nauczycieli. W szatni żeńskiej nie można funkcjonować na tych samych zasadach, co w męskiej. Jeśli ktoś myśli inaczej, trudno mu wróżyć sukces. Najważniejsza jest uważna, wspierająca komunikacja zamiast deprymujących haseł i presji.
Dobrze też tworzyć przestrzeń, w której dziewczynki mogą realizować swoje potrzeby – np. wspierać budowanie relacji między sobą. Mam w głowie przykład Andrzeja Niemczyka, świetnego trenera reprezentacji kobiet w siatkówce, z którym zawodniczki dwukrotnie zdobyły złoto na Mistrzostwach Europy [w 2003 i 2005 r. – red.]. On bardzo dbał o taką „kobiecą” energię w zespole. Namawiał zawodniczki, by się malowały, żeby czuły się atrakcyjne – i żeby przeciwniczki były zazdrosne o ich wygląd.
Zachęcał, żeby na bankiety ubierały się w eleganckie sukienki, nie dresy, podobno zabierał dziewczyny do dyskotek, żeby mogły się wytańczyć i zrelaksować, wprowadził wizyty rodzinne podczas zgrupowań, żeby mogły zaspokoić tęsknotę. Chodziło mu nie o powierzchowne rzeczy, ale o to, by zawodniczki czuły się dobrze same ze sobą i nie musiały rezygnować ze swojej kobiecości, by być świetnymi sportowcami. I to przynosiło efekty.
Gdzie w tym wszystkim jest rodzic?
Rodzic przede wszystkim musi dostrzec w całym procesie własne dziecko, a nie skupiać się na jego wynikach. Ma dawać komfort i poczucie bezpieczeństwa, być „przystanią”. Dziecko nie potrzebuje drugiego trenera – w domu. To dotyczy i dziewczynek, i chłopców – zresztą nie tylko w kontekście sportu.
Rolą rodzica jest też kształtowanie od najmłodszych lat pozytywnego stosunku dziecka do aktywności fizycznej. Z różnych badań wiemy, że sprawa ta wygląda inaczej w przypadku dziewczynek i chłopców.
Naukowcy z Uniwersytetu Emory’ego i Uniwersytetu Arizony (USA) w badaniu opublikowanym na łamach „Behavioral Neuroscience” wykazali m.in., że ojcowie inaczej traktują córki, a inaczej chłopców. Dziewczynkom poświęcają więcej uwagi i używają emocjonalnego języka, z chłopcami częściej bawią się w gry i zabawy zręcznościowe, fizyczne i używają języka skoncentrowanego na sile i osiągnięciach.
Chłopców socjalizujemy do bycia silnymi, pewnymi siebie, wybaczamy im w pewnym sensie więcej – ich ruchliwość, żywotność, brak skupienia, przeszkadzanie na lekcji, bo nie mogą wysiedzieć w jednym miejscu. To dla chłopców „stan naturalny”.
Dziewczynka szybciej w takiej sytuacji usłyszy, że jej „nie wypada”. Bo ją staramy się od małego ugrzecznić, przysposobić do roli spokojnej, zrównoważonej, mądrej, delikatnej. To potem przekłada się na odwagę podejmowania wyzwań, również tych sportowych, ale też gotowość rodziców do postawienia wszystkiego na jedną kartę i wspierania wszelkimi siłami córki, która ma potencjał w jakiejś dyscyplinie sportowej.
W efekcie sportowczyń odnoszących sukcesy, o których słyszymy, jest znacznie mniej – nie dlatego, że kobiety są mniej zdolne, ale dlatego, że wiele z nich nie miało przestrzeni, żeby się rozwijać. Brakuje w przestrzeni publicznej wzorców – kobiet, które osiągnęły wymierny sukces w sporcie i mogłyby inspirować kolejne pokolenia.
Najbardziej znaną polską sportowczynią jest aktualnie Iga Świątek. W raporcie „Sport kobiet oczami kibiców” czytamy, że zna ją aż 98 proc. Polaków, ale spontanicznie wymienia ją zaledwie 35 proc. Resztę sportowczyń wymieniało jeszcze mniej osób.
Osoba Igi Świątek niesie za sobą ogromny potencjał, jeśli chodzi o korzyści społeczne – według mnie niewykorzystany. Jest ona przykładem sportsmenki, która łączy wybitne wyniki z dojrzałością, inteligencją i autentycznością. Dla bardzo wielu dziewczynek mogłaby być naturalnym punktem odniesienia – kimś, kto pokazuje, że sport może być częścią ambitnego, świadomego życia, a nie tylko drogą do wyniku.
W wielu krajach sukcesy wielkich zawodniczek stają się impulsem do znacznie szerszych działań: programów społecznych, kampanii zachęcających dziewczynki do aktywności, projektów w szkołach czy programów mentoringowych pokazujących różne ścieżki sportowej kariery. Dobrym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie mówi się nawet o tzw. Serena Williams effect. Sukcesy Sereny i Venus Williams sprawiły, że tenis przestał być postrzegany jako sport elitarny, a tysiące dziewczynek z różnych środowisk zaczęło wierzyć, że to także ich przestrzeń.
Podobny mechanizm można było obserwować w piłce nożnej kobiet w Anglii po zwycięstwie reprezentacji w Euro 2022. Sukces drużyny, nazywanej „Lionesses” (Lwice), przełożył się na wyraźny wzrost liczby dziewczynek zapisujących się do klubów, a rząd uruchomił program wprowadzający piłkę nożną dla dziewcząt do wszystkich szkół. Pokazuje to, że sukces sportowy może stać się impulsem do realnych zmian społecznych, jeśli potrafimy go mądrze wykorzystać.
Ale inspiracja w sporcie dziewcząt nie działa wyłącznie na poziomie gwiazd. Z moich obserwacji – i z rozmów z wieloma trenerami – wynika, że dla dziewczynek ogromne znaczenie mają także dużo bliższe autorytety: starsza koleżanka z klubu, zawodniczka z lokalnej drużyny, dziewczyna z liceum, która już coś osiągnęła w sporcie.
Często to właśnie takie osoby sprawiają, że dziewczynki zaczynają myśleć: „skoro ona może, to chyba ja też”. Mam wrażenie, że tego potencjału również nie wykorzystujemy w pełni – rzadko budujemy kulturę sportu opartą na lokalnych wzorcach i inspiracjach.
W 2023 r. Polska zajęła trzecie od końca miejsce wśród krajów UE pod kątem liczby kobiet na stanowiskach kierowniczych w krajowych federacjach sportowych wśród dziesięciu najpopularniejszych sportów olimpijskich – było ich 9,5 proc. Od początku zeszłego roku działa nowelizacja ustawy o sporcie, która miała spowodować, że w zarządach polskich związków sportowych będzie co najmniej 30 proc. kobiet. Teraz to ok. 27 proc.
To nadal poniżej średniej unijnej, choć liczby idą w górę. Ale parytety w związkach to nie wszystko, bo żeby ktoś przy tym stole siedział, to najpierw trzeba wykonać ogrom pracy u podstaw. Tam trzeba zacząć wyrównywanie szans – to zresztą widać w liczbach, bo na niższych szczeblach kobiet jest procentowo jeszcze mniej niż w zarządach – wśród trenerów, instruktorów, sędziów czy zawodników.
Zawód trenera jest jednoznacznie kojarzony z mężczyzną – i z tym stereotypem nie da się walczyć inaczej niż wzmacnianiem dziewczynek w sporcie. W Girls Academy uruchomiliśmy program „Growth Up”, w ramach którego wdrażamy w funkcję trenerek dziewczyny wchodzące w dorosłość, które mają do tego predyspozycje i chęci.
Umożliwiamy im kursy trenerskie, zapewniamy praktykę u boku bardziej doświadczonych trenerów i trenerek – w skali naszego niewielkiego w sumie miasta, Bystrej koło Bielska-Białej, mamy już dziewięć młodych kobiet, które najpierw z nami trenowały piłkę ręczną, a w ostatnich latach zdobyły kompetencje instruktorskie i trenerskie. Może to będzie dla nich wyłącznie sposób na dorobienie sobie w trakcie studiów, a może początek pięknej, życiowej przygody. Ja wierzę, że to drugie jest możliwe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















