Dylan nie ma nam nic do powiedzenia

Dylan nie ma nam nic do powiedzenia

12.12.2016
Czyta się kilka minut
Mieliśmy nadzieję, że podczas sobotniej noblowskiej gali Bob Dylan przemówi do nas słowami krytyki lub pociechy, że potępi lub pokrzepi, że udzieli wywiadów, podgrzewając atmosferę, że wywoła skandal, a może nawet skomentuje amerykańską kampanię prezydencką.
Kartonowy wizerunek przedstawiający Boba Dylana przed hotelem w Sztokholmie, w którym zatrzymują się laureaci Nagrody Nobla, 08.12.2016 r. / Fot. Yomiuri Shimbun /AP/FOTOLINK/EASTNEWS
Z

Zaczęło się od utyskiwań na sam werdykt. Dlaczego Bob Dylan, a nie – dajmy na to – John Ashbery, o którym Harold Bloom napisał (i to nie raz!), że jest jedynym żyjącym dziś spadkobiercą silnych poetów przeszłości? Albo Thomas Pynchon, trzymający się z dala od mediów geniusz amerykańskiej prozy eksperymentalnej? Albo chociaż Don DeLillo, w którego powieściach przegląda się współczesna Ameryka? A jeśli już żaden z nich, to może chociaż Cormac McCarthy, portretujący amerykańsko-meksykańskie pogranicze, które w opowiadanych przez niego historiach przypomina przedpiekle (jedni próbują się tu przed upadkiem w otchłań uratować, drudzy biorą rozbieg, by w nią czym prędzej wskoczyć). A jest przecież jeszcze Philip Roth, którego ironiczny obraz skarlałego świata może być odtrutką na ideologiczną czkawkę, która dobywa się dziś z trzewi politycznej bestii. 

Są i inni, młodsi, niewymieniani do tej pory w noblowskich rankingach. Np. Elizabeth Strout, która jak nikt inny potrafi pokazać wpływ traumy na życie amerykańskiego mieszczaństwa. Siri Hustvedt, poetka, eseistka i powieściopisarka, która zajmuje się problemem tożsamości (umieszczając go w kontekście historycznym, politycznym, ideologicznym i egzystencjalnym). Etc. 

Słowem: Stany Zjednoczone mają wspaniałą reprezentację pisarek i pisarzy, w których Akademia Szwedzka mogła do woli przebierać. A jednak postawiła na Boba Dylana, co do którego nie ma wcale pewności, że w ogóle jest poetą. Przeciwnicy tego werdyktu sugerowali, że zaważyły względu pozamerytoryczne: by przyciągnąć uwagę kulturalnej publiczności, jurorzy wybrali popularnego muzyka. Zapewne chodziło o to, by ożywić nieco skostniałą formułę nagrody. 

Ale stało się. Literacki Nobel trafił w ręce Dylana. Niebawem o brzeg uderzyła druga fala krytyki. Tym razem do głosu niezadowolonych dołączyli sami akademicy. Okazało się bowiem, że muzyk zamiast od razu podziękować za zaszczyt – milczy. Więcej: wymownie przeciąga milczenie. Czy przyjmie nagrodę – zastanawiali się eksperci od nagród? Czy jest onieśmielony? Być może – sugerowali co poniektórzy – uważa, że nie zasłużył i właśnie dlatego nie komentuje kontrowersyjnej decyzji Akademii. Albo grzeszy pychą i pokazuje wszystkim, że Dylan znaczy więcej niż Nobel. Spekulacjom położył kres wywiad, w którym artysta uprzejmie, ale powściągliwie podziękował za wyróżnienie. 

Trzecia fala negatywnych emocji pojawiła się wraz z informacją o tym, że muzyk nie weźmie udziału w uroczystej ceremonii wręczenia nagrody. Kto odbierze ją w jego imieniu? Czy Dylan wyśle tradycyjny wykład, który wygłaszają laureaci? A jeśli tak, to co w nim powie? Kto odczyta jego słowa? Chyba nigdy wcześniej kwestie związane z organizacją wydarzenia nie były tak obficie dyskutowane.

I wreszcie nadszedł wyczekiwany wieczór noblowski. Dylana rzeczywiście nie było. Wykładu też nie. Przesłane przez niego podziękowania odczytał podczas bankietu ambasador USA. Artysta znów był uprzejmy i powściągliwy. Opowiadając krótko o swojej pracy, posłużył się przykładem Szekspira, który pisząc swoje sztuki, nigdy nie zastanawiał się, czy tworzy literaturę. Jego głowę zaprzątały kwestie praktyczne. Kto najlepiej nadaje się do danej roli? Jak wystawić wymyśloną historię? Gdzie umieścić akcję? Podobnie Dylan: pisząc piosenki, nie zadawał sobie pytań o ich literackość, pozostawiając tę kwestię do rozstrzygnięcia innym. 

Nie powiedział tego wprost, ale w jego słowach pobrzmiewał ton pedagogiczny (coś w rodzaju subtelnego i delikatnego pouczenia). Chodziło mu – jak sądzę – o to, żeby uspokoić emocje organizatorów i komentatorów. I podkreślić niezależność własnej sztuki. Oczekiwaliśmy od niego gestów stosownych do okoliczności. Mieliśmy nadzieję, że przemówi do nas słowami krytyki lub pociechy, że potępi lub pokrzepi, że udzieli wywiadów, podgrzewając atmosferę, że wywoła skandal, a może nawet włączy się w amerykańską kampanię prezydencką. Dylan chce jednak do nas mówić wyłącznie jednym językiem: swoich piosenek (jedną z nich zaśpiewała podczas gali Patti Smith). To w nich odpowiada na problemy współczesności, to za ich pomocą zmusza nas do zmiany sposobu myślenia i działania. Poza tym nie ma nam do powiedzenia nic. 

 

I dobrze. Jego milczenie – jeśli tylko zechcemy się w nie wsłuchać – pozwoli nam być może odzyskać choć odrobinę zbawiennego dystansu. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]