Białe noce nie potrzebują snu. Czekaliśmy na nie przez wiele miesięcy, kiedy słońce w ogóle nie pojawiało się nad horyzontem, a powieki ciążyły mimo kofeiny i regularnej aktywności fizycznej. Czekaliśmy na te kilka tygodni w roku, kiedy w cieniu jest zimno tylko wieczorami, a skóra nie poci się mimo ostrego słońca. Czekaliśmy na kwitnące bzy, łubiny i mewie pisklęta na dachach.
Kiedy w maju sypał śnieg, fantazjowaliśmy o wyprowadzce na południe, ale zapomnieliśmy o niej tuż po tym, jak w czerwcu zazieleniły się drzewa. Lato w Arktyce to jeden dzień, mgnienie oka, którego nie chce się przeoczyć. Mówi się czasem: wyśpisz się po śmierci. My tu mówimy: wyśpisz się zimą.
Bezsenność w Tromsø
Mieszkam w Tromsø od sześciu lat i też zdarza mi się czuwać nocami. To nie tak, że zmrok kończy się gwałtownie i któregoś dnia słońce nagle zaczyna po prostu świecić z północy. Gwiazdy i księżyc gasną stopniowo, w dzień polarny wchodzi się łagodnie do momentu, aż nocny błękit nie pozwala już zasnąć bez czarnych zasłon lub folii aluminiowej na szybach.
Teraz jest początek lipca, dochodzi pierwsza w nocy, siedzę na balkonie i patrzę na rozświetlone góry w dolinie Tromsdalen. To po drugiej stronie miasta. Miasto jest w dole, wiem, że tam jest, ale nawet go nie słyszę, bo w lipcu połowa mieszkańców wyjeżdża na południe i zostawia po sobie dużo powietrza. Jeszcze godzinę temu po zboczu góry o nazwie Fløya piął się żółty wagonik, a w tym samym czasie zjeżdżał czerwony. Mijały się mniej więcej w połowie wzniesienia, jak to robią codziennie od rana do północy.
Kolejka gondolowa Fjellheisen to jedno z tych must see w mieście, które z roku na rok staje się coraz większą atrakcją turystyczną. Przyjeżdża się tu wypatrywać zorzy polarnej, wielorybów, śniegu z prawdziwego zdarzenia, niezdeptanego horyzontu. Wagonik pokonuje dystans w cztery minuty i drenuje kieszeń, ale na szczyt można też dostać się kamiennymi schodami położonymi kilka lat temu przez nepalskich Szerpów. Tysiąc dwieście trzy stopnie prowadzą do tarasu widokowego, restauracji i placu zabaw dla dzieci. Stamtąd można już iść na sam szczyt Fløi i dalej przez kolejne, niekończące się góry, bez obaw, że na mapie zabraknie pofałdowań.
Z mojego małego tarasu widokowego dostrzegam kilkanaście ruchomych punktów. Może to turyści, którzy spóźnili się na ostatnią kolejkę, a może miejscowi, co też nie mogą spać. Stają na krawędzi skał, a sami wyglądają jak kamienie, pewnie robią zdjęcia: #arcticsummer #tromsø #mood. Bezsenność bywa zaraźliwa. Arktyka to też podobno łatwo rozprzestrzenialny wirus. Patrzę na zielone góry, na których kładą się nocne promienie i tylko gdzieniegdzie w załomach skał widzę błyszczące płaty starego śniegu. Wcześniej bywało ich więcej, ale i tutaj lata robią się coraz dłuższe i cieplejsze. W zeszłym roku przez dwa miesiące nie zamykaliśmy drzwi na balkon. Pokolenie przed nami w ogóle nie miało balkonów. Budowało się praktycznie, jak najdalej od morza i wiatru. A teraz wielkie okna, tarasy, laurowiśnie. Wszystko się zmienia, tylko cykl światła pozostaje ten sam. I nie ma na niego adekwatnych słów. Wystarczy, że na początku trudno się przyzwyczaić, potem nie można przestać patrzeć, a w końcu już nie można bez niego żyć. Po piętnastu latach za kołem podbiegunowym jestem gdzieś pomiędzy drugim a trzecim.
Światło, towar luksusowy
Ø to znaczy wyspa. Miejscowości kończące się tą literą często, ale nie zawsze, znajdują się na wyspach. Tromsø – tak. Bodø – nie. We współczesnym norweskim to słowo brzmi øy, ale nazwy miejscowe nadal miewają duńską formę, która przypomina o długiej zależności od południowych sąsiadów. Tromsø to trzecie co do wielkości miasto Arktyki (po Murmańsku i Norylsku), kiedyś centrum wielorybnictwa, punkt wyjścia największych ekspedycji polarnych, dziś istotny ośrodek akademicki, turystyczna – fatalne słowo – destynacja.
W ostatnich latach dalsza północ Norwegii pustoszeje i centralizuje się tutaj, przez co miasto jest ciągłym placem budowy, a ceny nieruchomości nierzadko przebijają te w Oslo. Najdrożej jest na południu wyspy, bo tam po nocy polarnej najwcześniej wraca słońce. Światło to tutaj towar luksusowy. Niektórzy nawet wycinają wiekowe drzewa wokół swoich domów, żeby wpadało go więcej. Od miasta odchodzą dwa długie mosty: Sandnessbrua na Kvaløyę – wyspę wielorybów i Tromsøbrua na kontynent z doliną Tromsdalen i kolejką. Wygląda, jakby Tromsø kurczowo się ich trzymało, by nie zatonąć pod naporem ludzi i budynków.
Wiele razy stałam na Fløi nocą i przyglądałam się miastu z oddali. Ci, którzy znajdują się tam teraz, poza mostami widzą na pierwszym planie podłużny ląd, łagodny na południu, wznoszący się na środku i łagodnie falujący ku północy. Są miejsca soczyście zielone i gęste od zabudowań. Z daleka ta układanka drewnianych domów i bloków wygląda momentami jak porzucona partia w tetrisa. Jakby tylko część zabudowań powstała pod jakimkolwiek nadzorem. W starym centrum najlepiej widać, w jakich warunkach mieszkali północni Norwegowie, nim odkryto złoża i kraj się wzbogacił. Dzisiaj w tych mieszkaniach żyją głównie cudzoziemcy, a miejscowi przenoszą się do wielkich mieszkań z przeszklonymi ścianami. Jedna z moich przyjaciółek wynajmuje poddasze w starym domu w centrum i na cały metraż nie ma ani jednego kąta prostego. Na dodatek do ściany jej sypialni dobudowano szczelnie inny budynek i w jedyne okno wciśnięto wełnę mineralną, tak że nie da się go otworzyć.
Tę łatwopalną zabudowę regularnie w historii nawiedzały pożary, ostatni wielki w latach 60. zeszłego wieku, kiedy na dzień przed obchodami święta narodowego 17 maja ogień strawił dużą część centrum. Mieszkańcy świętowali mimo to, na dogasających zgliszczach, w błocie z dobytku, opowiadał mi świadek wydarzeń. Kilka budynków wskrzeszono, po wielu zostały skwerki i podwórka. W 2024 r. drewniana oryginalna zabudowa miesza się tu z potworkami z lat 70. i współczesną patodeweloperką na turystyczny krótki wynajem, a mimo to i tak wyspa jest za mała i brakuje lądu. Dosypują więc kamieni, utwardzają, zbudowali nową elegancką dzielnicę, stawiają wysokie bloki na wodzie. Często tuż przed oknami tych, którzy niegdyś kupili mieszkania na skraju wyspy z widokiem na morze.
Z perspektywy Fløi ta pędząca nowoczesność wygląda odrobinę mniej brutalnie. Z góry i pod słońce nie widać szczegółów. Również tego, że w Tromsø nie ma zdefiniowanego centrum. Wiele lat temu jego sercem była budka telefoniczna na jednym z placów, gdzie gromadziła się młodzież, której nie było stać na piwo w knajpie. Telefon dzwonił i odbierał ten, kto stał najbliżej. W ten sposób ludzie się znajdowali i zapraszali na domówki. Tromsø jest znane w Norwegii z tego, że niezależnie od pory roku kładziemy się spać ostatni.

Długi bieg w dół
Mieszkam tu od lat, ale nadal zdarza mi się pomylić drogę. Ulice biegną jak chcą, to znaczy jak je w przeszłości wydeptali ludzie i wyjeździły wozy konne. Później, kiedy już upowszechniły się samochody, ścieżki zalano asfaltem, ale nadal czasem nieoczekiwanie się urywają. Niektórzy mówią, że tu się chodzi tylko pod górkę. Coś w tym jest, bo z górki dobrze się zbiega, gdy czoło przejmuje środek ciężkości i miękną kolana. Najbezpieczniej zbiega się na palcach. Ten dobry nawyk widać potem po skarpetkach, przetartych głównie na podbiciu.
Dobrze zbiega się też tymi kamiennymi schodami ułożonymi przez Szerpów. Patrzysz pod nogi, omijasz innych na trasie i zasuwasz, utrzymując równowagę na nierównościach. To nagroda za czterdziestominutową wspinaczkę. Jak się dobrze rozpędzę, czasem nawet przebiegam most Tromsøbrua i wyhamowuję dopiero w centrum. A stamtąd do domu znowu stromo pod górkę. Cała wyspa ma około dziesięciu kilometrów długości i można ją przejść w dwie i pół godziny, w zależności od pory roku i wydolności płuc.
W centrum najłatwiej jest pomylić drogę w okolicach portu, gdzie dzisiejszej nocy cumuje wycieczkowiec, dwa lokalne promy łączące miasto z okolicą i kilkanaście jachtów pod międzynarodowymi banderami. Łodzie przypominają, że kiedyś to morze było tu drogą krajową. Statki i promy przewoziły pocztę, zaopatrzenie, ludzi i ryby. Teraz wożą głównie starszych turystów, którzy u kresu życia licznie przypływają do Arktyki, by upewnić się o galopującym końcu świata. Można ich czasem rozpoznać po identycznych kurtkach z fluorescencyjnymi kapturami, które dostają na pokładzie.
Teraz pewnie też chodzą po mieście, przyglądając się jego nocnemu życiu, ale ani z góry, ani tym bardziej z mojego balkonu tego nie widać. Mijałam ich rowerem kilka godzin wcześniej. Jak zwykle szli grupą nie zauważając chodników. Jedną z pierwszych rzeczy, które pasażerowie statków widzą po zejściu na ląd, jest drewniana konstrukcja o spadzistych ścianach, przypominającą tradycyjne suszarnie do ryb. Takimi stelażami usiane jest całe wybrzeże północnej Norwegii, bo tutejsze zimne wiatry suszą dorsze, a te po wielu tygodniach wędrują w świat jako kulinarny rarytas.
Kąpiel w igliwiu
Suszarnia w porcie nazywa się Pust, czyli oddech i jest pływającą sauną, z której można wskoczyć wprost do morza. Najwięcej chętnych jest zimą, kiedy pomost i metalowe schodki pokrywa gruba warstwa lodu i do wody można się po prostu ześlizgnąć. Teraz latem na wodzie jest sporo oleistych plam po statkach, więc mało kto się kąpie. W Puście oddycha się najlepiej z miejscowymi, bo nie próbują fotografować z ukradka, nie wytykają palcami rozebranych, chodzimy tam więc czasem ze znajomymi, by wygrzać kości i zahartować ducha. Ja nie potrafię dobrze pływać, więc zazwyczaj wystarczy mi wyschnąć na zimnym powietrzu. W arktycznym klimacie również ludzka skóra wysycha na wiór. Zimą sauna jest podświetlona w tęczę, teraz niknie wśród jachtowych masztów. W turkusowej wodzie pływają ławice małych rybek.
Jedynym miejskim akwenem, który zimą skuwa lód, jest jezioro Prestvannet na wypłaszczonym szczycie wyspy. Latem jest to rezerwat ptaków, zimą lodowisko i miejsce do obserwacji zorzy dla niezmotoryzowanych. Tym, którzy stoją na Fjellheisen, jego tafla migocze teraz w nocnym słońcu. Dla tych z centrum to dwudziestominutowy spacer pod górkę. Dla mnie krótka przebieżka, bo mieszkam w okolicy. Chodzę tam regularnie, by obserwować tańce nurów i przeloty czapli. Zjawia się tam czasem też rudy kot, który wzorem mew przesiaduje na gałęziach drzew. To przy Prestvannet zaczyna się ta bardziej zalesiona część wyspy. Drzewa nie są wysokie, ale zdarza się pokaźna sosna, pod którą można się zatopić w ściółce. Nauczyłam się tego od mojej norweskiej znajomej, sześćdziesięcioletniej Hildegunn. Nazywa to furubad – furu-sosna, bad-kąpiel. Po prostu kładziesz się pod drzewem i patrzysz w górę, na powolny ruch gałęzi. Taka kąpiel w igliwiu doskonale oczyszcza myśli, a że nie ma tu zbyt wielu insektów, można się wyleżeć do woli. I dłużej niż w lodowatej wodzie.
Z nocnej Fløi rozciąga się widok na dalsze plany, głównie na wyciosane skały Kvaløi z tym ponad kilometrowym, jeszcze do niedawna najdłuższym mostem w północnej Norwegii. Zbudowano go w latach 70., bo wcześniej garstce ludzi wystarczał prom kursujący kilka razy dziennie. Miastowi czuli się lepsi od przyjezdnych. Starzy mieszkańcy pamiętają jeszcze, że jedni i drudzy nie mogli chodzić tą samą stroną chodnika i że mieli osobne wejścia do kawiarni. Ale to było kiedyś. Teraz jest nas tu prawie osiemdziesiąt tysięcy i reprezentujemy sto czterdzieści narodowości. Przylecieliśmy, dopłynęliśmy, dojechaliśmy trasą europejską E-8. Czasem na ulicy co chwilę spotykam kogoś znajomego, innym razem nie kojarzę nikogo. Mam przyjaciół, którzy tak jak ja są skądś. Lubię tu być i jednocześnie z ulgą zamykam drzwi na dłużej. A kiedy czasem wracam latem z gotującego się południa, lubię posiedzieć na tym balkonie i nie zagadywać ciszy.
W tym roku od kilku tygodni obserwuję też mewy siwe, które uwiły gniazdo na dachu sąsiedniego domu. Najpierw długo szukały miejsca, potem w końcu jedna nie ruszała się z gniazda ani na chwilę, a teraz już obie nadzorują pisklę, które dziarsko maszeruje po blasze dachu i zaczyna machać skrzydłami. Na początku były dwa, ale pewnie porwały je wrony albo większe mewy. Dorosłe siedzą teraz na lampach ulicznych albo krążą w poszukiwaniu jedzenia. Czasem przysiadają na mojej balustradzie i wtedy przez chwilę patrzymy sobie w oczy.
Dochodzi trzecia, nad górami niespiesznie przesuwają się pojedyncze chmury z kształtami do wymyślenia, czasem bezgłośnie przejedzie tesla albo nastolatki na elektrycznej hulajnodze wracające z miasta. Czasem ktoś krzyknie z głębi trzewi. Poza tym, tu na górze wyspy, niewiele się dzieje. Nie ma wiatru. A to wiatr o wszystkim decyduje. Często uspokaja się właśnie nocami.
Paryż Północy
Tym razem nie poszłam nocą w góry. Nie poszłam szlajać się do centrum, nie poszłam na Prestvannet. Chcę się nacieszyć tym balkonem, tym widokiem na trzy strony świata. Przedwczoraj dostałam wypowiedzenie wynajmu (właściciel wybrał jednak krótkoterminowy, bardziej dochodowy wynajem) i znowu muszę szukać nowego domu w mieście, które rozumiem, ale do którego nie należę. Dom to ramiona tego, kogo kocham. Ale dobrze będzie też móc się gdzieś skryć przed zimą. W lipcu dni są już coraz krótsze, balkon od dłuższej chwili jest w cieniu i marzną mi palce.
Wieczorne zimno przypomina o tym, że nawet pod letnią sukienkę warto tu założyć wełniane majtki do kolan. Zwłaszcza w Paryżu Północy, jak na wyrost nazywa się Tromsø na cześć jego wymiany handlowej z innymi krajami i tego, że miejscowe kobiety zawsze ubierały się z klasą, szyły z europejskich materiałów i nadążały za modą. „My się tu stroimy w wełnę” – mawia Joanna, jedna z moich przyjaciółek, balkonowych towarzyszek.
Była tu wcześniej, jeszcze stoi po niej kieliszek wzniesiony za powodzenie w znalezieniu nowego domu. Wpadła tylko na chwilę, bo dzieci w każdej chwili mogą się obudzić. Jeśli nie zasnęła od razu, być może też jeszcze siedzi na własnym balkonie i układa się z tym niekończącym dniem. Ci z Fløi jej nie widzą, bo mieszka po drugiej stronie wyspy. Dobrze czasem posiedzieć w cieniu. Od tych północnych świateł łatwo można oślepnąć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















