W 1871 r. w reklamie prasowej jednej z filadelfijskich firm tytoniowych pojawiła się naga kobieta. W zgodzie z podwójnym estetycznym kluczem flamandzkiego malarstwa oraz popularnych wówczas kart kolekcjonerskich wyłaniała się z morskiej piany na tle zachodzącego słońca. Z perspektywy XX-wiecznej popkultury był to zwiastun niespodziewanego mariażu marketingu ze sztuką; zapowiedź hasła, które jest tak pojemne i do tego stopnia istotne w kształtowaniu naszej świadomości, że musieliśmy wymyślić je wspólnie: sex sells.
Po 154 latach od narodzin tytoniowej Wenus seks wciąż się sprzedaje, choć w kulturze głównego nurtu jego status jest paradoksalny. O ile media społecznościowe oraz internetowa pornografia nie pozwalają o nim zapomnieć, o tyle w amerykańskim kinie jest go najmniej od lat 60. ubiegłego wieku. Jasne, stężenie scen erotycznych oraz nagich ciał na centymetr taśmy filmowej to niezbyt poważne kryterium, ale lepszego nie mamy. No chyba że zaczniemy przerzucać łopatą dwuznaczności i aluzje, albo weźmiemy pod lupę filmy niezależne, w których transgresja bywa punktem wyjścia i dojścia.
Czy to kolejny przyczółek kulturowej wojny? Zmiana odzwierciedlająca globalny wzrost konserwatywnej wrażliwości (zwłaszcza wśród pokolenia Z)? A może jakiś rodzaj systemowego odwrotu od mechanizmów marketingowych, które straciły swoją moc? Jedno jest pewne: gdy następnym razem bohaterowie nowego filmu lub serialu niespodziewanie i bez wyraźnego powodu wskoczą do łóżka, zapamiętajcie tę chwilę. Może się długo nie powtórzyć.
Seks w kinie lat 90.
Milenialsi wyrośli w czasach agresywnej, choć odsuniętej w czasie kapitalizacji owoców seksualnej rewolucji lat 60. W Stanach Zjednoczonych jej symbolem była wielka ikonografia lat 80., obejmująca modę, muzykę, popularny wówczas gatunek thrillerów erotycznych, a także ewoluującą telewizję rozrywkową. Wszystko to mogło być obciążone strachem przed AIDS oraz reaganowską cenzurą, ale i tak nadawało się na towar eksportowy. Nic więc dziwnego, że w państwach bloku wschodniego, na nowych posttransformacyjnych rynkach, stało się popkulturowym dobrem pierwszej potrzeby.
Nawet oglądając w 2024 r. świetną „Substancję” Coralie Fargeat, czyli film o kodach estetycznych, z którymi kojarzymy młodość, starość, seks i przemijanie, nie potrafię uciec myślami z Polski. Oczami wyobraźni widzę „Fitness Club” (1994), czyli jedną z pierwszych rodzimych telenowel, w której Adrianna Biedrzyńska zarażała rodaków pasją do aerobiku (będącego, oczywiście, symbolem frywolnego Zachodu). Obydwie produkcje dzielą trzy dekady, a jednak i film, i serial odsyłają nas właśnie do chwili przełomu, gdy lokalne wypożyczalnie kaset wideo oraz telewizyjne ramówki zostały zalane konfekcją z Ameryki.
Komuś, kto wychował się w takiej rzeczywistości, trudno wyobrazić sobie czasy, w których dolinę San Fernando, czyli mekkę branży porno, od Hollywood oddzielało jedynie kilka przecznic. Nie bez powodu większość filmów podejmujących temat aspiracji przemysłu dla dorosłych traktuje nadejście lat 80. oraz rozwój technologii domowego wideo jak opowieść o końcu niewinności. Oto zmierzch epoki, w której oglądanie hardkorowego seksu w kinie miało być poważnym społecznym rytuałem. W „Boogie Nights” (1997) Paula Thomasa Andersona moment tranzycji w lata 80. ukazany jest niczym armageddon – to blisko dwudziestominutowy festiwal ludzkiego upodlenia, z wywijającą hołubce kamerą oraz trąbami jerychońskimi na ścieżce dźwiękowej.
Mówiąc o tym, co wydarzyło się przez kolejne dwie, trzy dekady – zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy – trudno używać tej samej retoryki. Faktem stała się jednak galopująca erotyzacja kultury głównego nurtu. Jej natura była paradoksalna: seks to „zakazany owoc”, a jednocześnie jego ekspozycja nie ma granic. I nie mówię jedynie o serialach telewizyjnych, reklamach, MTV, czy raczkującej internetowej pornografii, ale o tzw. „kinie środka”, czyli średniobudżetowej produkcji filmowej z komercyjnym potencjałem, zagranicznej i lokalnej.
Pytany o sens i celowość scen erotycznych w swoich filmach, reżyser David Cronenberg odpowiadał: „Jeśli można, to trzeba”. To oczywiście strzał na odlew w rozmowach z irytującymi dziennikarzami, ale i całkiem niezła metafora podejścia do seksu w kinie lat 90. Erotyka była wtedy nie tylko motorem napędowym rozmaitych opowieści oraz fabularną bazą całych gatunków, ale również niezbędnym komponentem „dobrego kina”. Stąd zalew kuriozalnych scen seksu w produkcjach wszelkich kategorii wagowych. A także – po dekadach wstrzemięźliwości powodowanej misyjnymi celami kinematografii – tradycja nieuzasadnionej nagości w polskim kinie.
Trudno wspominać te czasy z rozrzewnieniem. Jeśli o czymś świadczyły, to raczej o niedojrzałości – i widza, i artystów. Dominującą poetyką był wówczas kicz (wszystkie te świece, powiewające firany, jazzowe kawałki, gry światła i cienia na przysłoniętych żaluzjach), zaś granice faktycznej odwagi obyczajowej kończyły się na heteronormatywnych układach i męskocentrycznej optyce.
No i kołdry. Kołdry w kształcie litery L. Ją zakrywały po pachy, a jego do pasa. Wie ktoś, gdzie mogę taką kupić?
Dlaczego pornografia decyduje o rozwoju popkultury
W kwietniu ubiegłego roku dziennikarz Stephen Follows nie miał nic ciekawszego do roboty, więc przeanalizował cały XXI wiek pod kątem ilości scen erotycznych w mainstreamowych amerykańskich filmach. Jego badanie potwierdziło, że przez ostatnie dwie i pół dekady ich liczba systematycznie malała. W 2024 r. było ich aż o 50 proc. mniej niż pod koniec lat 90. i że jest to wartość, którą ostatni raz odnotowano w okresie tużpowojennym. W podobnym czasie swoje badania na temat seksualności pokolenia Z oblikowało wiele naukowych ośrodków, w tym Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles. Wynika z nich, w dużym skrócie, że seks na ekranie zaczął kojarzyć się młodym widzom z dyskomfortem. To znaczy: z milenialsami.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i niemal wszystkie dotyczą gwałtownych zmian kulturowych. Po pierwsze, banalizacja seksu zatacza coraz szersze kręgi, a tabuizowanie pornografii dobiegło symbolicznego końca. Za cezurę uznałbym w tym przypadku włączenie portalu Pornhub w obręb dominującej narracji na temat zdrowia seksualnego jako ważnego narzędzia badawczego (coroczne raporty platformy są przywoływane i w artykułach naukowych, i w publicystyce). Z tej perspektywy kino głównego nurtu pozostaje zbyt konserwatywne obyczajowo, by wnieść coś do tej dyskusji.
Po drugie, żyjemy w czasach dynamicznej technologicznej ekspansji i jak na dłoni widać, że to branża pornograficzna decyduje w dużej mierze o kierunku rozwoju popkultury. To dzięki niej odtwarzacze wideo odniosły ekonomiczny triumf w walce z projektorami kinowymi, kaseta VHS i nośnik Blu-ray wyparły mniej popularne formaty Betamax i HD-DVD, a wirtualna rzeczywistość stała się czymś więcej niż sezonową ciekawostką.
Seksualny influencing, kultura inceli, sextingu, aplikacji randkowych, hook-upów, casual seksu czy anarchii związkowej… Niemal wszystkie zjawiska prowadzące do społeczno-seksualnej atomizacji są efektem technologicznego rozwoju. Nie wspominając nawet o algorytmach personalizujących treści pornograficzne, zalewających internet deepfejkach, erotycznych czatbotach czy seksie ze sztuczną inteligencją. Filmy takie jak „Wstyd” (2011) Steve’a McQueena, w których bohater pada na kolana i złorzeczy Bogu w odwecie za własną impotencję oraz uzależnienie od „klasycznej pornografii”, przypominają dziś niewinne ramotki. Nawet jeśli przyjmiemy, że opowiadają o egzystencjalnym pacie.
Po trzecie, ruch #metoo oraz szeroko pojęta „nowa obyczajowość” przesunęły granice tego, co dozwolone w samej branży filmowej. Coraz częściej pytamy o to, w jakich warunkach kręci się sceny erotyczne, o relacje władzy i podrzędności na planie, o empatię, wrażliwość oraz transparentność strategii artystycznej. I choć nie istnieją żadne badania, które wiązałyby obawę przed zajmowaniem się seksem z krajobrazem tych gwałtownych przemian, to słuchając rozmaitych wywiadów z filmowcami, zaryzykuję stwierdzenie, że musi chodzić o strach.
Erotyka w streamingu? Pożądana we Francji, nie do strawienia w Chinach
Lęk jest potężną motywacją, dlatego trudno sobie wyobrazić, by ktoś podpisał się dziś pod słowami Cronenberga. Przestaliśmy myśleć o kinie jako o strefie ryzyka i niebezpieczeństwa, co ma swoje wady i zalety. Nie widzę nic zdrożnego w zerwaniu z anachroniczną wizją sztuki, wedle której tylko w takiej strefie da się stworzyć arcydzieło. Zwłaszcza, jeśli powstaje w niej pole do nadużyć. Z drugiej strony - ciągłe uniformizowanie i standaryzowanie procesu twórczego (vide nietrafiony pomysł obowiązkowej koordynacji intymności) prowadzi do dalszego uprzemysłowienia sztuki filmowej. Efekty tego procesu widzimy w amerykańskim „kinie środka” ostatniej dekady: nudnym, zachowawczym, wyzutym z seksu i erotyki.
Ryzyko fetyszyzacji rozmaitych elementów kultury erotycznej, stereotypizacji tożsamości seksualnych, queerbaitingu (czyli sugerowania wątków LGBT bez ich faktycznej reprezentacji na ekranie) jest dziś zaporą ogniową w wielkich hollywoodzkich wytwórniach.
Do tego dochodzi miękka autocenzura. Platformy streamingowe lubią ograniczać treści erotyczne już na etapie produkcji, bo ekspansja na międzynarodowe rynki oznacza często konieczność unifikacji treści. Zaś plany dystrybucyjne to jest już temat na książkę. Pożądane we Francji, odważniejsze filmy mogą być nie do strawienia, dajmy na to, w Chinach. Wbrew obiegowej opinii, tendencja ta dotyczy również nowych seriali – z wyjątkami od reguły, które trendują później w mediach społecznościowych (vide balansujący na granicy dobrego smaku pierwszy sezon „Rodu smoka”).
Od literatury pościelowej do erotycznego kiczu w filmie
Za najbardziej liberalny w kwestii podejścia do filmowej erotyki region Stephen Follows uznaje Azję Środkowo-Wschodnią. Za najbardziej konserwatywny – Skandynawię. Polska leży w połowie drogi, a jednocześnie – w wymiarze X. Choć twórczynie formatu Kamili Tarabury („Rzeczy niezbędne”, „Absolutni debiutanci”) czy Olgi Chajdas („Imago”) dbają o to, by pokazywać seks w sposób dojrzały oraz daleki od stereotypów, to przypominam, że mamy za sobą największy boom na erotyczną „naftalinę” w historii rodzimego kina. Mowa o gatunku zwanym ero-polo, który rozpoczął swój zwycięski bieg za sprawą Blanki Lipińskiej oraz jej „365 dni”.
Wyłowiłem z tego nurtu wszystkie perły – od trylogii „365”, przez „Pokusę”, „Heaven in Hell” oraz „Pokolenie Ikea”, po „Miłość, seks i pandemię” Patryka Vegi. To aspiracyjne bajki o żelaznym wilku, zbiory potwornych komunałów na temat wolnej miłości, komunikacyjnej aporii oraz tzw. wielkiego świata, do którego musimy odbyć mentalną podróż. Gdy je oglądałem, raz po raz wracałem myślami do monologu dyrektora szkoły z filmu „Billy Madison”:
„To, co właśnie powiedziałeś, jest jedną z najbardziej idiotycznych rzeczy, jakie kiedykolwiek usłyszałem. W żadnym momencie twojej bełkotliwej, niespójnej wypowiedzi nie zbliżyłeś się do czegoś, co można by uznać za racjonalną myśl. Wszyscy w tym pomieszczeniu są teraz odrobinę głupsi, ponieważ słuchali tego razem ze mną. Nie przyznaję ci żadnych punktów i niech Bóg ma w opiece twoją duszę”.
Oczywiście, dojrzałość narracji to jedno, a reguły wypłacalności – zupełnie co innego. Popularność ero-polo nie może dziwić, zwłaszcza w kontekście popkulturowego statusu „literatury pościelowej”. To jednocześnie punkt graniczny między dwiema wizjami świata. Jako że targetem tych filmów są głównie milenialsi, mają one ugruntować nas w przekonaniu o kiczu jako neutralnym sposobie prezentacji erotyki na ekranie. Nic dziwnego, że nawet drobne odstępstwa od tych estetycznych reguł traktuje się dziś (także w krytyce filmowej) niczym rewolucję.
Seksualne potrzeby pokolenie Z są gdzie indziej
W artykule „Pokolenie seksualnej recesji. Jak generacja Z podchodzi do relacji i zbliżeń?” z magazynu „Vogue Polska” Aleksandra Charzewska, opierając się na rozmaitych badaniach (m.in. na Raporcie Kinseya z 2021 r.), dowodzi, że owa „recesja” jest zazwyczaj mylnie rozumiana. Tak, statystycznie „zetki” uprawiają mniej seksu i znacznie rzadziej szukają treści erotycznych w tekstach kultury. Sęk w tym, że jest to kultura nieodpowiadająca ich seksualnym potrzebom.
„Pokolenie Z często zmaga się z neurotycznymi tendencjami związanymi z wysokim poziomem lęku i dużą potrzebą kontrolowania bodźców, by nie »przejechać się« na czymś, co może wywołać nieprzyjemne konsekwencje. Ta potrzeba kontrolowania sytuacji ma oczywiście pozytywne aspekty, ale w kontekście seksu może prowadzić do problemów. Seks nie odbywa się w próżni – nasze oczekiwania, lęki i doświadczenia wpływają na naszą gotowość do intymności – lub jak w tym przypadku – jej brak” – zapewnia w przytoczonym przez autorkę cytacie seksuolożka Agata Loewe.
Zakładanie, że kino (czy szerzej: popkultura) nie jest za owe lęki współodpowiedzialne, byłoby naiwnością. Dziwi więc oburzenie na rozmaitych forach, że film przestał być uniwersalnym afrodyzjakiem. Zamiast sarkać na purytańskie czasy, trzeba zastanowić się, czego symptomem jest ta erotyczna posucha. A nuż się okaże, że myślimy o okresie przejściowym, w którym popkultura powoli szuka nowego języka opowiadania o intymności; takiego, który pozwoli kolejnym pokoleniom cieszyć się seksem. I w życiu, i w kinie.
Dojrzale o seksie
SEX EDUCATION (2019-2023)

Twórczyni: Laurie Nunn
Ilustrowany przewodnik po wszystkich najważniejszych pojęciach seksuologii XXI wieku. Bezpretensjonalna konwencja i charyzmatyczna obsada działają tutaj cuda – zwłaszcza jeśli widzami są milenialsi.
NORMALNI LUDZIE (2020)

Twórcy: Lenny Abrahamson, Sally Rooney
Melodramat, psychodrama, rom-com bez „rom” i „com”. Jak zwał, tak zwał. Nie ma lepszej panoramy współczesnych związków niż „Normalni ludzie”, czyli opowieść z cyklu „dzieliło ich wszystko…”, tyle że z emocjonalnym oraz formalnym twistem.
PAMIĄTKA: CZĘŚĆ II (2021)

Reżyseria: Joanna Hogg
Ciało jako przedmiot i podmiot sztuki, seks jako strefa pamięci, tożsamości i samostanowienia. Same wielkie sprawy w jednym z najciekawszych filmów ostatniej dekady.
MIĘSO (2016)

Reżyseria: Julia Ducournau
Kanibalizm jako akt seksualny to nieco zwietrzała metafora, ale w „Mięsie” działa. Debiutancki obraz Julii Ducornuau (nagrodzonej Złotą Palmą w Cannes za „Titane”) to kawał kina grozy. I jak każdy dobry horror, demonów szuka w otaczającej nas kulturze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















