Niespodziewane zwycięstwo Pezeszkiana w lipcowych wyborach prezydenckich (a raczej ich dogrywce) uznano w Iranie i na Zachodzie za zapowiedź politycznej odwilży, która miała rychło zapanować w jedynej na świecie republice rządzonej przez kler. Wygrał w wyborach, które były w istocie protestem przeciwko trwającym już prawie pół wieku rządom ajatollahów. Pezeszkian, nieznany szerzej kardiolog, obiecywał, że jako prezydent zrobi wszystko, by poprawić stosunki Teheranu z Zachodem, przełamać izolację i doprowadzić do zniesienia międzynarodowych sankcji, które dławią irańską gospodarkę. Obiecywał też, że złagodzi rygory muzułmańskiej republiki, położy kres najsurowszym represjom, zakaże prześladować kobiety za to, że nie ubierają się tak, jak nakazują pobożni mułłowie. „Do wiary można przekonać, ale nie da się nikogo przymusić” – powtarzał na wyborczych wiecach i w telewizyjnych debatach.
Irańczycy, którzy stracili wiarę w politykę i w to, że w republice kleru mogą o czymkolwiek decydować, jeszcze raz dali się przekonać i na początku lipca wybrali Pezeszkiana na dziewiątego prezydenta teokratycznej republiki, która w 1979 roku, po ulicznej rewolucji, zastąpiła liczącą ponad dwa i pół tysiąca lat monarchię.
We wtorek, przedostatniego dnia lipca, podczas uroczystej inauguracji w medżlisie Pezeszkian został zaprzysiężony. Nie nastał jednak jeszcze pierwszy dzień jego panowania, a nadzieje związane z prezydentem zostały rozwiane.
Zamach w Teheranie
W środku nocy, w Teheranie wybiła druga godzina, potężny wybuch wstrząsnął irańską stolicą. Zanim wstało słońce, ogłoszono, że był to zamach, w którym zginął Ismail Hanija, przywódca palestyńskiej partii Hamas ze Strefy Gazy, który zaledwie kilkanaście godzin wcześniej wymieniał z Pezeszkianem uściski i był gościem podczas jego intronizacji.
Nie tylko zresztą z Pezeszkianem. Palestyńczyka przyjął na audiencji sam 86-letni ajatollah Sajjed Ali Chamenei, Najwyższy Przywódca Iranu (mogą być nim w teokratycznej republice wyłącznie duchowni), który rozstrzyga we wszystkich najważniejszych sprawach państwa. I to on na wieść o zabójstwie Haniji ogłosił, że Iran pomści zarówno śmierć Palestyńczyka, jak zniewagę, która spotkała jego gospodarzy, Irańczyków. „Zabiliście naszego gościa, a w dodatku zabiliście go pod naszym dachem – powiedział. – Kara, jaka was za to spotka, będzie surowa. To nasz obowiązek”.
A nowy prezydent Pezeszkian, który obiecywał, że pogodzi się ze wszystkimi wrogami, pierwszego dnia panowania został wciągnięty w wojenny wir i nic nie mógł na to poradzić. Zamiast planować kolejne kroki w marszu pokoju, pierwsze dni spędził na wojennych naradach, podczas których obmyślano sposoby zemsty.
Zemsta izraelskiego wywiadu
Zamach w sercu Teheranu, w którym zginął jeden z najważniejszych sprzymierzeńców ajatollahów, był ciosem tym boleśniejszym i upokarzającym, że nikt w Iranie ani w świecie nie miał najmniejszych wątpliwości, iż dokonał go Mosad, izraelski wywiad, najgorszy wróg muzułmańskiej republiki. Nie przyznał się co prawda do autorstwa zamachu, ale jego dowódca, David Barnea, już na początku roku zapowiedział, że jego ludzie dopadną wszystkich przywódców Hamasu odpowiedzialnych za październikowy atak na Izrael (prawie 1,5 tys. zabitych, ponad 250 uprowadzonych do niewoli), który doprowadził do odwetowego izraelskiego najazdu na Strefę Gazy (ponad 40 tys. zabitych). „To może zająć jakiś czas, tak jak to się stało po masakrze w Monachium, ale wpadną w nasze ręce, gdziekolwiek by się nie pochowali” – powiedział Barnea, wspominając atak palestyńskich zamachowców na izraelskich sportowców (11 zabitych) podczas olimpiady w Monachium w 1972 roku i odwetową operację „Gniew Boga”, wskutek której Mosad wytropił i zgładził większość odpowiedzialnych za monachijski zamach.
Ismail Hanija, jeden z przywódców Hamasu, z pewnością wiedział, że znalazł się na nowej czarnej liście Mosadu. Nie obawiał się zamachu w Egipcie ani Katarze, gdzie mieszkał – Izrael nie naraziłby się na konflikt z tak ważnymi państwami regionu. Nie bał się o życie także w Teheranie, który wiele razy odwiedzał i gdzie zawsze mieszkał w hotelu należącym do Korpusu Strażników Rewolucji Muzułmańskiej – jednej z najpotężniejszych instytucji i współwładców teokratycznej republiki – i strzeżonym przez jego żołnierzy. W hotelu Neszat w północnym Teheranie zatrzymywali się szczególni goście – sprzymierzeńcy republiki ajatollahów, uważani za banitów i ścigani przez Izrael, przywódcy jemeńskich Hutich, palestyńskich Hamasu i Muzułmańskiego Dżihadu, a także libańskiego Hezbollahu, najpotężniejszej armii partyzanckiej świata.
W lipcu sąsiadem Haniji w hotelu Strażników Rewolucji był Zijad Al-Nachallah, szef palestyńskiego Muzułmańskiego Dżihadu. Jego pokój nie ucierpiał jednak w eksplozji, w której w sąsiednim apartamencie zginął Hanija wraz ze swoim ochroniarzem.
Zakłopotani Strażnicy Rewolucji ogłosili, że zamachu na ich palestyńskiego gościa dokonano pociskiem rakietowym wystrzelonym zdalnie z samolotu lub drona. Już to stawiało pod znakiem zapytania fachowość i skuteczność irańskiego wywiadu i Strażników Rewolucji, którzy nawet pod własnym dachem nie ustrzegli jednego z najważniejszych swoich gości.
Konfuzja stała się jeszcze większa, gdy kilka dni później, powołując się na źródła w USA, Iranie i na Bliskim Wschodzie, „New York Times” i „Telegraph” podały, że Hanija nie zginął od rakiety, ale w wybuchu bomby wysadzonej zdalnie, podłożonej w jego apartamencie przed około dwoma miesiącami. Świadczyłoby to, że Strażnicy Rewolucji nie tylko okazali się kiepskimi stróżami, ale że do ich szeregów przeniknęli współpracownicy izraelskiego wywiadu, który zaplanował zamach na Haniję i czekał tylko na sposobność, by go przeprowadzić. W Teheranie znów odżyły teorie spiskowe, że skoro Mosad mógł zaatakować „najdroższego gościa” republiki, tuż po inauguracji nowego prezydenta, to i śmierć poprzedniego prezydenta, Ibrahima Raisiego, który zginął w maju w katastrofie śmigłowca, nie była wcale skutkiem fatalnego zbiegu okoliczności.
Co zrobią ajatollahowie
Pierwsze dni prezydentury Massud Pezeszkian spędził na naradach wojennych z dowódcami Strażników Rewolucji i na telefonicznych rozmowach z przywódcami zagranicznych mocarstw. Dzwonił najczęściej francuski prezydent Emmanuel Macron, ale telefonował też nowy brytyjski premier Keir Starmer. Obaj zaklinali irańskiego prezydenta, by zaniechał odwetu, ocalił Bliski Wschód od nowej, wyniszczającej wojny, w którą Zachód, jako sprzymierzeniec Izraela, może również zostać wplątany.
Pezeszkian powtarzał, że to Iran został zaatakowany i że ma prawo się bronić, a nawet odpłacić pięknym za nadobne, tak by ci, co zaatakowali w Teheranie, dwa razy się zastanowili, zanim spróbują taki atak powtórzyć. Macronowi powiedział też, że jeśli „Zachodowi tak zależy na tym, by nie dopuścić do wojny, to łatwo może do tego doprowadzić wstrzymując polityczne wsparcie i dostawy broni dla syjonistycznego reżimu, by zmusić go do przerwania ludobójczych ataków na Gazę i zgody na zawieszenie broni”.
Choć od zabójstwa Haniji upłynęły już ponad dwa tygodnie, Iran wciąż nie dokonał odwetowego ataku na Izrael, a znawcy Bliskiego Wschodu twierdzą, że ajatollahowie za wszelką cenę chcą uniknąć eskalacji wojny. Czują się słabsi od Izraela, którego premiera Beniamina Netanjahu podejrzewają właśnie o to, że pragnie wojny jak największej, a dodatkowo chce wciągnąć do niej Amerykanów, by w ten sposób uratować polityczną karierę, a może i wolność.
Ajatollahowie znaleźli się w impasie. Nie mogą nie odpowiedzieć na teherański zamach, bo boją się, że zostałoby to odebrane jako dowód ich słabości. Boją się też zaatakować, gdyż obawiają się, że przegraliby wojnę. Nie chcą nawet ryzykować poświęcenia swoich najcenniejszych sojuszników z libańskiego Hezbollahu (Izrael ich też próbuje wciągnąć do otwartej wojny), bo pokonani i rozbici nie mogliby dłużej odgrywać roli pierwszych strażników irańskiego bezpieczeństwa na najdalszych rubieżach.
Bliskowschodni badacze uważają, że ajatollahowie z Teheranu z ulgą wyrzekliby się zemsty na Izraelu, gdyby Zachód i państwa arabskie wymusiły na Netanjahu zgodę na rozejm w Gazie. Irańska republika mogłaby wtedy się chwalić, że zrezygnowała z zemsty dla dobra pokoju i arabskich braci w wierze: nie tylko niczego by nie straciła, ale wręcz poprawiła swój wizerunek.
Na rozejm nie godzi się izraelski premier, a Amerykanie nie są w stanie go do tego przymusić. Palestyńczycy też nie ułatwili sprawy, zastępując zabitego w zamachu Haniję Jahją Sinwarem, którego w Izraelu uważa się za głównego architekta październikowej napaści.
O rozejmie lub wojnie zdecydują jednak Najwyższy Przywódca i dowódcy Strażników Rewolucji, a nie Pezeszkian, który jako prezydent pełni w teokratycznej republice funkcję raczej zarządcy niż szefa państwa. Ponoć był rozczarowany, że Zachód, niby wiążący z jego prezydenturą tak wielkie nadzieje, na jego inaugurację nie przysłał do Teheranu nikogo ważnego poza Enrique Morą, zastępcą szefa dyplomacji Unii Europejskiej. Nie przybyli nawet zachodni ambasadorowie. „Amerykanów stać było, żeby po śmierci Raisiego przysłać do Teheranu depesze z kondolencjami, ale nie żeby przysłać depesze z gratulacjami po zwycięstwie Pezeszkiana” – żalił się zachodnim dziennikarzom jeden ze współpracowników prezydenta.
Nowy rząd Iranu
Przed tygodniem nowy prezydent ogłosił skład swojego rządu i przedstawił go Najwyższemu Przywódcy oraz posłom do zatwierdzenia. Nazajutrz po ogłoszeniu nazwisk ministrów do dymisji podał się najważniejszy, a przynajmniej najbardziej wyrazisty z sojuszników Pezeszkiana, były szef dyplomacji (2013-2021) Mohammed Dżawad Zarif, którego po wygranych wyborach nowy prezydent zrobił swoim zastępcą i najbliższym powiernikiem. To jemu powierzył Pezeszkian wybór ministrów do swojego rządu. „Zrezygnowałem z posady wiceprezydenta. Nie dlatego, że czuję się rozczarowany naszym drogim doktorem Pezeszkianem, albo że nie zgadzam się z tym, jak się sprawy mają – ogłosił. – Zrezygnowałem, bo zacząłem wątpić w moją użyteczność jako wiceprezydenta od spraw strategicznych”.
Winił siebie za to, że w nowym rządzie znalazło się tak mało przedstawicieli młodego pokolenia, mniejszości narodowościowych, zwłaszcza Azerów i Kurdów z północy i zachodu kraju (Pezeszkian jest pół Kurdem, pół Azerem) i tylko jedna kobieta. O tym, czy pozostanie ona w rządzie, zadecydują w dodatku Najwyższy Przywódca i parlament, w którym zdecydowaną większość stanowią konserwatywni posłowie, sprzeciwiający się jakimkolwiek odwilżom. Jeśli zatwierdzą jej kandydaturę, Farzaneh Sadik obejmie resort budownictwa i transportu i zostanie drugą w republice ajatollahów kobietą na ministerialnym urzędzie. Jej poprzedniczka, Marzieh Wahid Dastgerdi, kierowała ministerstwem zdrowia w drugiej kadencji prezydenta Mahmuda Ahmedineżada (2009-2013). Kobiety nie sprawowały też ministerialnych godności w czasach, gdy Iranem rządzili szachowie. Jako pierwsza w historii na ministerialny urząd została wyniesiona Farrokru Parsa, która w latach 1968-71 szefowała resortowi oświaty. Po rewolucji i obaleniu monarchii została skazana na śmierć i stracona.
Poza Farzaneh Sadik Pezeszkian wybrał do swojego rządu fachowców, takich jak zawodowy dyplomata Abbas Araghczi, kandydat na ministra spraw zagranicznych, ale powołał do niego także – i to zapewne wywołało sprzeciw Mohammeda Dżawada Zarifa – wielu ministrów, którzy zasiadali w rządzie jego poprzednika, Raisiego. Posady zachować mają m.in. szef wywiadu i minister sprawiedliwości, a minister przemysłu ma objąć energetykę.
Irańczycy, którzy wzięli Pezaszkiana za reformatora, poczuli się rozczarowani, ale badacze irańskiej polityki przypomnieli, że choć mało kto zwracał na to uwagę, w kampanii wyborczej Pezeszkian mniej mówił o reformach i zmianach, za to wiele o konieczności zgody i umiaru, położeniu kresu podziałom wyniszczającym życie polityczne i społeczne. Chamenei, Najwyższy Przywódca, dopuścił go do prezydenckiej elekcji (wcześniej, dwukrotnie, został z niej wykluczony) i pozwolił ją wygrać właśnie po to, by Pezeszkian ostudził emocje, wygasił frakcyjne wojny i pozwolił mu w spokoju i bez pośpiechu przeprowadzić sukcesję, którą zakłóciła przedwczesna śmierć jego poprzednika (zresztą teherańskie wróble od dawna ćwierkały, że swoim uporem i zapalczywością Raisi rozczarował Najwyższego Przywódcę i nawet jego ślepe posłuszeństwo nie poprawiało już jego notowań, i że, kto wie, czy nie straciłby posady prezydenta, gdyby dożył końca kadencji).
Wielkim reformatorem okrzyknęli Pezeszkiana rodacy udręczeni rządami ajatollahów, a także Zachód, wyczekujący upadku teokratycznej republiki. Pezeszkian jest zaś wyznawcą filozofii zgody, a niebezpieczeństwo dostrzega w pogłębiających się politycznych i społecznych podziałach, które wyniszczają państwo i jego gospodarkę, za co cenę płacą zwykli obywatele.
I jednym, i drugim umknął też najwyraźniej fakt, że prawdziwymi i jedynymi władcami i beneficjentami teokratycznej republiki są Najwyższy Przywódca wraz ze swoim dworem oraz Korpus Strażników Rewolucji oraz wyrośli spośród nich oligarchowie. Prezydent pełni wobec nich funkcję jedynie służebną i choć nie jest całkowicie ubezwłasnowolniony, może tak naprawdę niewiele.
Zwolenników Pezeszkiana – a także jego samego – wierzących, że wraz z nastaniem nowego prezydenta w Iranie nastąpi polityczna odwilż, musiało boleśnie rozczarować, że zamiast złagodzenia rygorów teokratycznej republiki na początku prezydentury są one zaostrzane. Policja obyczajowa bezwzględnie tropi i surowo karze kobiety nieprzestrzegające obowiązkowego hidżabu, nakazu pobożnego przyodziewku, a w irańskich więzieniach wymierza się kary śmierci częściej niż dotąd. Na początku sierpnia, miesiąc po wygranej Pezeszkiana, jednego dnia straconych zostało 36 osób, w tym 26 w więzieniu w podteherańskim Karadżu. Straceńcy byli w większości skazanymi na śmierć mordercami i przemytnikami narkotyków, ale powieszony został także 34-letni Gholam Reza Rasaei, Kurd skazany na śmierć za udział w ulicznych protestach jesienią 2022 roku, które wybuchły po śmierci Mahsy Amini, pobitej w Teheranie przez patrol policji obyczajowej za nieprawidłowo zawiązany hidżab.
Irańscy działacze praw człowieka twierdzą, że w tym roku straconych zostało w Iranie już około 350 osób, a Rasaei był 10. osobą powieszoną za udział w jesiennym buncie młodzieży.
W pierwszym miesiącu panowania Pezeszkiana do więzienia trafił też 27-letni pieśniarz Szerwin Hadżipur, którego ballada „Baroi-e” (po persku znaczy m.in. „w imię”, „z powodu”, „za”, „żeby”) stała się hymnem młodzieżowego buntu sprzed dwóch lat, a muzykowi przyniosła nagrodę Grammy.
Już jesienią 2022 roku irańska policja aresztowała śpiewaka, a sąd uznał, że jego utwór jest „rozsiewaniem wrogiej propagandy przeciwko ustrojowi państwa” i „nawoływaniem do przemocy” i skazał go na prawie cztery lata więzienia. W lipcu sąd apelacyjny odrzucił odwołanie artysty od wyroku i kazał mu zgłosić się do więzienia, w którym wyznaczono mu odbycie kary.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















