Szczyt COP29: jeśli tak będziemy zapobiegać zmianom klimatu, to jesteśmy ugotowani

Według ostrożnych szacunków ekspertów ONZ jesteśmy na ścieżce, na której wartość globalnego ocieplenia sięgnie do końca wieku 2,6-3,1 st. C. Czyli temperatur, których Homo sapiens nie doświadczył nigdy dotąd.
Czyta się kilka minut
Prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, prezydent Turcji Recep Erdogan i jego żona Emine Erdogan oraz Sekretarz Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Antonio Guterres przed Szczytem Klimatycznym w Baku. Azerbejdżan, 12 listopada 2024 r. // Fot. Anadolu/ Abacapress / East News
Prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, prezydent Turcji Recep Erdogan i jego żona Emine Erdogan oraz Sekretarz Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Antonio Guterres przed Szczytem Klimatycznym w Baku. Azerbejdżan, 12 listopada 2024 r. // Fot. Anadolu/ Abacapress / East News

Coroczne światowe szczyty klimatyczne od 29 lat do pewnego stopnia zawsze były swego rodzaju politycznymi show, podczas których uczestniczące w nich kraje sporo deklarowały, ale później celów nie dowoziły. Stąd, jak wynika z badań, świat już przekroczył wzrost globalnej temperatury o 1,5 st. C w porównaniu ze średnią sprzed rewolucji przemysłowej.

Jednocześnie zamiast wyhamowywać pompowanie do atmosfery gazów cieplarnianych, tłoczymy ich tam coraz więcej. Emisje tylko z węgla, ropy naftowej i gazu wzrosną w tym roku o 0,8 proc. Ponieważ dochodzą do tego jeszcze emisje powstające m.in. podczas wylesiania czy produkcji betonu, średnioroczne stężenie dwutlenku będzie aż o 52 proc. wyższe niż przed rewolucją przemysłową.

Efekt? Możemy zapomnieć nie tylko o granicy 1,5 st., która umożliwiłaby uniknięcie katastrofalnych zjawisk pogodowych. Według ostrożnych szacunków ekspertów ONZ jesteśmy na ścieżce, w której wartość globalnego ocieplenia sięgnie do końca wieku 2,6-3,1 st. C. Czyli temperatur, których Homo sapiens nie doświadczył nigdy dotąd. I ekstremalnych zjawisk pogodowych, których może po prostu nie mieć szans przeżyć.

Z taką wiedzą o stanie klimatu zaczął się szczyt COP29 w Baku. A otwierający go prezydent Azerbejdżanu nie zawiódł, jeśli idzie o polityczne show. „Ropa i gaz – ogłosił Ilham Alijew – są darem Boga, tak samo jak każdy inny zasób naturalny”, a kraje nie tylko nie powinny być obwiniane za ich posiadanie, ale również za „wprowadzanie tych zasobów na rynek, ponieważ ludzie ich potrzebują”. Następnie azerski przywódca przypuścił tyradę na temat hipokryzji Zachodu, przede wszystkim państw Unii Europejskiej, dla których modus operandi stały się „podwójne standardy, nawyk pouczania innych krajów oraz hipokryzja polityczna”.

Oczywiście stanowisko Alijewa można tłumaczyć faktem, że gospodarka jego kraju wisi na ropie i gazie (z ich sprzedaży pochodzi ponad połowa PKB i 92 proc. jego przychodów z eksportu), a politycznie Baku bliżej jest do Moskwy niż do Brukseli. Można też twierdzić, że negocjacje klimatyczne prowadzą nie politycy, tylko ich negocjatorzy i w zasadzie zawsze od 29 lat udawało im się dojść do kompromisu. Tyle że rozmowy na COP29 mogą mieć tyle wspólnego ze skutecznością, co przemówienie Alijewa z realnymi działaniami na rzecz zapobieżenia katastrofie klimatycznej. W Baku mają bowiem zapaść decyzje (albo przynajmniej deklaracje) dotyczące tego, kto za to wszystko ma płacić. Na razie nikt się nie rwie.

W 2009 r. w Kopenhadze kraje zamożne zobowiązały się do wypłacania 100 mld dolarów rocznie państwom rozwijającym się na rzecz przechodzenia na czystą energię i dostosowania do warunków ocieplającego się świata. Wypłaty rozpoczęły się cztery lata temu, ale obietnicę udało się w pełni zrealizować dopiero w 2022 r. Tymczasem zobowiązanie z 2009 r. wygasa w tym roku i w Baku trzeba wynegocjować kolejne.

Sytuację komplikuje fakt, że przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, uważa zmiany klimatyczne „za jedno z największych oszustw wszech czasów” i zapowiada wielki powrót USA do paliw kopalnych (Amerykanie, odpowiadający za 13 proc. globalnych emisji, dotąd przekazali 10 mld dolarów na rzecz państw rozwijających się). Kraje Unii Europejskiej (7 proc. globalnych emisji, 31 mld dolarów) chcą, by składały się też Chiny (32 proc. globalnych emisji). Tyle że rząd w Pekinie, choć już inwestuje setki miliardów dolarów w energię odnawialną i pojazdy elektryczne, chce to robić na własnych warunkach, bo uważa, że Chiny same są krajem rozwijającym się i nie ponoszą tej samej odpowiedzialności za ocieplanie klimatu, co np. Wielka Brytania.

Ile potrzeba? Wedle szacunków na rzecz transformacji państw rozwijających się potrzeba ponad 1 bln dolarów rocznie. Z czego, jak twierdzą kraje arabskie, 441 mld dolarów w formie dotacji powinno bezpośrednio pochodzić od rządów krajów rozwiniętych (choć nie od nich). Państwa zamożne odpowiadają, że kwota faktycznie powinna być wyższa niż dotychczasowe 100 mld dolarów, ale nawet to może być trudne do osiągnięcia, biorąc pod uwagę, że budżety narodowe już są nadwyrężone z powodu problemów ekonomicznych, z jakimi się mierzą.

Każda umowa zawierana podczas COP wymaga konsensusu.

Brak funduszy to nie koniec katastrofy, jaką może skończyć się szczyt w Baku. Do lutego przyszłego roku każdy kraj powinien zadeklarować swoje nowe cele klimatyczne, czyli ile będzie ciąć emisji. Jeśli po COP29 nie będzie wiadomo, kto i ile za to będzie płacić, przedstawione plany będą mniej ambitne, niż mogłyby być. A to znaczy, że wzrost o ponad 3 st. C może okazać się wyjątkowo optymistyczną prognozą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”