Zgodzicie się chyba, że gdyby przysłowiowy przybysz z obcej planety postanowił wnioskować o naturze i celach polityki (krajowej) wyłącznie na podstawie polskich tak zwanych „debat prezydenckich”, nie doszedłby do pokrzepiających wniosków. W pierwszej kolejności powziąłby zapewne przekonanie, że jest to połączenie gry zręcznościowej oraz konkursu w dziedzinie manipulacji, automarketingu, a także rozmaitych form biernej i czynnej agresji. W drugiej – niewykluczone – uznałby, że adresatem tych wszystkich manifestacji i prezentacji, skoro są tak skuteczne, musi być grupa ludzi o raczej niewyszukanych możliwościach poznawczych. I że nie mają one w zasadzie nic wspólnego z merytoryką, lecz redukują się do zestawu chwytów, z pomocą których da się najskuteczniej omamić to grono naiwnych.
Oczywiście, w 2025 r. nikt się takim okolicznościom nie powinien dziwić. Wiadomo, że demokracja, oprócz wielu zalet, to także jeden wielki teleturniej, w którym czasami kolor koszuli liczy się bardziej niż programowe niuanse, a mowa gładka, obła i bez treści wygrywa z sensowną, a mniej z wierzchu połyskliwą. Istnieją nawet zasadne hipotezy, że taka jest cena wolnych wyborów, w których kandydaci i ugrupowania konkurują ze sobą o głosy. W systemach totalitarnych nie trzeba aż tak bardzo się starać (chociaż fasada też się liczy), bo z góry jest jasne, kto ma być u władzy.
Tymczasem – definicyjnie – demokracja istnieje tam, gdzie wyniku wyborów nikt nie jest w stanie do końca przewidzieć. Co – nawiasem mówiąc – wziąć sobie powinni do serca ci, którzy przez wiele ostatnich lat wzniecali w Polsce afektywne wiry pod hasłem „końca demokracji”, „totalitaryzmu”, „czołgów na ulicach” itp. Cóż, taki to był „koniec demokracji”, jak również „totalitaryzm” (o „czołgach” nie wspominając), że w grudniu 2023 r. ekipa rządząca się po prostu zmieniła i odtąd mamy inną, którą za moment znowu będziemy weryfikować przy urnach.
Pocieszająca wiadomość brzmi więc: dopóki co pięć lub cztery lata dokonujemy takich weryfikacji, dopóty demokracja istnieje, a krzyki o jej końcu są tylko elementem igrzysk. Które jednak z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, coraz mniej przypominają szlachetne olimpijskie współzawodnictwo, coraz bardziej natomiast zaczynają zbliżać się do konwencji walk „freak MMA”. Między innymi dlatego, że od pewnego czasu stałymi elementami gry okazało się nakręcanie zbiorowych emocji oraz przekonanie, że cel uświęca środki, czyli że przeciwnika można i należy pokonać wszelkimi dostępnymi metodami, bez zawahań i najmniejszych skrupułów.
W tych nieszczęsnych debatach widać to najwyraźniej. Prawie żadnej otwartej, uczciwej konfrontacji – tylko spryt, by nie powiedzieć cwaniactwo. Jakby tu wywieść innych w pole, zmylić im tropy, nabrać i wytrącić z kontenansu? I jeszcze to wtłaczane nam przez komitety wyborcze – każdy z osobna – dogmatyczne wierzenie, że nie ma innego wyjścia niż tylko głosowanie na ich kandydata. A ktokolwiek pomyśli inaczej – „niszczy demokrację” i wspiera siły najciemniejsze z ciemnych, sam zaś jest człowiekiem w najlepszym razie moralnie zwichrowanym, a w najgorszym doszczętnie upadłym.
Pal sześć zresztą tego przybysza z kosmosu i jego indukcje: bardziej mnie martwi, jaki długofalowy efekt podobne popisy wywierają na Ziemianach. Ze szczególnym wskazaniem tych w wieku dziecięcym i młodzieńczym, którzy dopiero wchodzą w dorosłość, a o świecie mają na razie pojęcie niewielkie. Otóż jeśli oni, dopiero opanowujący reguły społecznej gry, na takiej podstawie nabędą wyobrażenia o polityce i politycznym zaangażowaniu, jeśli nauczą się, że demonstrowane przy okazji owych debat (czy innych paroksyzmów polaryzacji) zachowania są standardem, który prowadzi do władzy, prestiżu i sukcesu – nasza przyszłość rysuje się ponuro.
Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, że świat polityki oraz świat masowych mediów, stanowiący dla tego pierwszego żyzne podglebie, są dziś bodaj najbardziej zdemoralizowanymi sferami życia publicznego. Systemowo premiującymi cechy, które wprawdzie nominalnie uznajemy za niepożądane, po cichu jednak, gdy nas nikt nie słyszy, traktujemy jako podstawowe przepustki do politycznej kariery.
To doprawdy ponura groteska, że niemal każdy, kto chciałby się dzisiaj skupić na merytoryce zamiast na kombinatorstwie, odpadłby z wyścigu wyborczego w przedbiegach. Z polskiej polityki wielu już w ten sposób odpadło, odpada i odpadać będzie, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Ta machina kręci się sama, potężną siłą inercji – i nikt nie wie, jak ją zatrzymać. Nawet ci, którzy wchodzą do niej z głębokim przekonaniem, że wymaga fundamentalnej zmiany.
Powtórzę: nie chodzi o to, żeby obrażać się na realia nowoczesności, ale o to, żeby ocalić w tych sprawach jakieś elementarne granice. Politycy – oraz ich sztaby i tłumy PR-owców – demonstrują przecież lekceważenie nie tylko dla samej idei politycznej rywalizacji, ale w głównej mierze dla nas, wyborców, którzy stajemy się tych manipulacji mimowolnym przedmiotem. Pytanie brzmi więc: jak długo będziemy się godzić, żeby nas tak traktowano? Niczym łaknący najniższych odmian rozrywki, rozochocony, rozemocjonowany, pozbawiony elementarnej orientacji w świecie, podatny na najgłupsze formy perswazji tłum?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















