Za nami kilka debat kandydatów w wyborach prezydenckich i gdyby nie instynktowny, gdzieś w głowie zagnieżdżony przymus, nie komentowalibyśmy tych wydarzeń. Komentujemy jednak, a robimy to w ramach starodawnego założenia, że debaty są ważne, bywało przecież – nie raz i nie dwa – że decydowały o wyniku wyborów. Dziś widać dość wyraźnie, że debata jako wydarzenie kampanijne straciła znaczną część swego politycznego sensu i mocy, a wciąż nie zyskała pełni formy spektaklu estradowego.
Że debata przedwyborcza stanie się niebawem telewizyjnym, pełnowymiarowym, biletowanym formatem rozrywkowym – chyba nie ma wątpliwości. „Baw się razem z nami i zostań prezydentem RP” – to roboczy tytuł i gdyby program taki transmitowano raz w tygodniu, powiedzmy w sobotę wieczorem, przez trzy miesiące, moglibyśmy w głosowaniu esemesowym wybierać sobie prezydenta nawet raz na pół roku. I to by chyba było fajne. Bo zanim ktoś tak wybrany by się znudził bądź skompromitował, mielibyśmy szybko następną okazję, by wybrać kogoś nowego, świeżego, ciekawszego, ładniejszego i zwinniejszego w głoszeniu najmodniejszych aktualnie poglądów.
Bo widać takoż, że moda na poglądy pędzi, a część kandydatów nie nadąża za trendami. Rzecz jasna, za tymi dotyczącymi uchodźców, ludzi innych nacji i religii akurat nadążają wszyscy, bo w tych sprawach jesteśmy w światowej awangardzie, ale już na przykład w kwestii „unarodowienia gospodarki” różni kandydaci są pociesznie zdezorientowani. Czy być za, czy przeciw? Nie bardzo wiadomo.
Idźmyż dalej. Zarówno scenografia, jak i choreografia są szalenie ważnymi elementami teleturniejów. W dotychczas pokazanych debatach widać dobre chęci. Patrzymy na to z politowaniem, ale i z nadzieją na rozwój. Na razie – bądźmy szczerzy – stawianie konkurentom na stoliczkach jakichś chorągiewek, figurek z tektury itp. to zabiegi dobre w programach dla przedszkolaków. Nuda. I to się musi zmienić, bo telewizja ma bawiąc uczyć, na przykład języka nienawiści, ale też grepsu oraz orania bliźniego.
Generalne wszystkie dotychczasowe debaty szokująco odstają od poziomu rozrywki dowolnej telewizji w Polsce. Ktoś powie, że tak to wygląda, gdy w programie biorą udział sami naturszczycy. Nie możemy się z tym zgodzić, bo widzieliśmy mnóstwo programów z udziałem osób nieprofesjonalnych, a to o uprawianiu seksu w zamkniętych na głucho nieruchomościach, o balangowaniu, romansowaniu w sanatoriach, o poszukiwaniu miłości na wsi i w mieście, o stawaniu się damą bądź dżentelmenem w dwa tygodnie – wszędzie tam występowali naturszczycy i sobie nieźle radzili. Słowem, debaty muszą się sprofesjonalizować, bo na razie ich akcja ma żywość i estetykę terrarium – niby jest szansa, że wąż po wylince spektakularnie zje śpiącą ćmę, ale zdarza się rzadko.
Czy zatem coś nas w nich zaskoczyło? Owszem, ale nie był to poziom, lecz zbędność wynikająca z niedzisiejszej formuły. Warto tu może wtrącić taką oto mądrość, że dziś wszystkie formuły są niedzisiejsze, nieaktualne po prostu, nawet te najprostsze, a wydawałoby się wieczne i nieśmiertelne. Do tego – rzec trzeba – brak poczucia, że obcowaliśmy z mężem bądź damą stanu. Albo że oglądając i słuchając tych ludzi widz dowiaduje się czegoś nowego bądź ciekawego.
A więc zbędność, niedzisiejszość formalna i przewidywalność totalna. Do tego dziwaczność i głupkowatość, bo funkcja polskiego prezydenta jest, jak wiadomo, głównie ozdobna, co nie przeszkadza kandydatom przekonywać widzów, że prezydent może wszystko z rozległej listy życzeń i oczekiwań. Jakoś nam to wszystko razem niekoniecznie pasuje do obowiązkowego zestawu formułującego demokrację.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















