Gdy znika świat: ludzie nieznaczni i niewidzialni bohaterowie transformacji

Co zostaje, gdy znika praca, sens i widzialność? Agnieszka Dauksza i Tomasz Rakowski przyglądają się „ludziom nieznacznym” – tym, którzy nie pasują do nowoczesnych narracji o sukcesie, ale właśnie dlatego mogą opowiedzieć coś ważnego o przyszłości.
Czyta się kilka minut
Estakada na trasie S7 na nowym odcinku Zakopianki. Lasek w gminie Nowy Targ, 3 października 2024 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Estakada na trasie S7 na nowym odcinku Zakopianki. Lasek w gminie Nowy Targ, 3 października 2024 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Pan Felek pod drzewem ma stolik i fotelik turystyczny. Skrzynka ze szparagami jest na wyciągnięcie ręki. Dodatkowo, po drugiej stronie drogi, ustawił auto z resztą towaru. Dzięki temu może obsługiwać kierowców nadjeżdżających z obu stron. Wymalował odpowiednie szyldy: „Szparagi” i „Spargel”.

Pan Felek uprawia i handluje szparagami od 30 lat. I jest jednym z ostatnich, którzy łączą te zajęcia. Wytrzebiła ich nie bezlitosna konkurencja czy bessa na rynku – sezon szparagowy w restauracjach trwa przecież coraz dłużej – ale budowa autostrady. Gołym okiem widzi, że ruch na drodze krajowej 92 w niczym nie przypomina tego z lat świetności.

„Dwójka”, jak potocznie nazywano DK92, była legendą. Ciągnęła się od Warszawy do Rzepina na granicy z Niemcami. Stanowiła najbardziej popularny drogowy korytarz na zachód, którym wyprawiali się handlarze, gastarbeiterzy, przemytnicy. Dla wielu ludzi żyjących na jej skraju, „dwójka” była też miejscem pracy. W przydrożnym barze, restauracji, punkcie sprzedaży małej architektury, hotelu, motelu, warsztacie samochodowym, stacji paliw. Albo po prostu na skrawku pobocza, skąd sprzedawało się grzyby, jagody albo szparagi, jak pan Felek. „Dwójka” żywiła, karmiła, pozwalała niektórym na stworzenie małych, rodzinnych fortun.

Złote czasy skończyły się nagle, 1 grudnia 2011 r. „Przed otwarciem autostrady jeździło tędy 40 tysięcy samochodów dziennie! – opowiadał o tym jeden z restauratorów. – Dosłownie zderzak w zderzak. A potem budzę się rano i słyszę tę straszną ciszę”. „Kiedyś do mojej restauracji ustawiały się kolejki – zwierzał się inny. – Zatrudniałem prawie 30 osób, dzisiaj zostały 4, w tym ja i moja żona. Ale komu teraz chce się zjeżdżać z autostrady, żeby zjeść coś dobrego?”. „Ludzie, którzy jechali do Niemiec sprzedać tam jakiś towar, wracali i zasilali markami tę trasę. Ona żyła dzień i noc. Tu kiedyś było Eldorado” – podsumowywał kolejny.

Jak budowa autostrady zniszczyła życie lokalnych społeczności

Oddanie do użytku zachodniej części autostrady A2 ówczesny rząd przedstawiał jako ogromny sukces modernizacyjny i ostateczny dowód na włączenie Polski do Europy. Antropologiczne badania, jakie w latach 2014-2016 prowadziliśmy z Agatą Stanisz na pograniczu województw wielkopolskiego i lubuskiego, pokazały, że wywołało też rozliczne konsekwencje, raczej słabo mieszczące się w owym triumfalistycznym dyskursie.

Negatywne zjawiska najsilniej zaznaczyły się w miejscowościach leżących przy DK92, zdegradowanych i „odsuniętych”. Dla ich mieszkańców przeniesienie się ruchu, ludzi i pieniędzy na autostradę było katastrofą. Destabilizacją oswojonej – choć także uciążliwej – rzeczywistości, zburzeniem lokalnego orbis interior. Pamiątkami po niej stały się natomiast, obecne wzdłuż całej „dwójki”, ogłoszenia: o zamknięciu, upadłości, sprzedaży, zakończeniu działalności.

Rychło okazało się jednak, że za widomymi znakami nowej biedy zaczynają wyłaniać się przykłady nowej przedsiębiorczości. Rozwija się agroturystyka, powołano „Szlak wiklinowy”, powstają drogi rowerowe, bary z powodzeniem kuszą unikalną ofertą, a hotele przyciągają zielone szkoły. Małe punkty usługowe, drobne plantacje i niewielkie hoteliki są w stanie sukcesywnie funkcjonować w konkurencji z gigantycznymi koncernami, których inwestycje wplecione są w infrastrukturę drogową. DK92 nie zmieniła się w zonę pustki i beznadziei.

Co robią ludzie wykluczeni z nowoczesności?

Projekt „Ruchome modernizacje”, który tutaj przywołuję, sytuuje się w nurcie badań poświęconych transformacji i postsocjalizmowi. O ile wcześniej akademicka antropologia zajmowała się zwykle małymi grupami regionalnymi, przedstawicielami ginących zawodów, enklawami ludowości i tradycji, o tyle na przełomie XX i XXI wieku ich miejsce zajęły grupy wykluczonych, bezrobotnych, ludzi „zbędnych” z punktu widzenia systemu produkcji i konsumpcji.

Systematycznie przedstawił te kategorie Tomasz Rakowski w książce pod wymownym tytułem „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy. Etnografia człowieka zdegradowanego”. Rakowski w latach 2001-2006 prowadził badania w Wałbrzychu i wsiach okalających odkrywkę węgla kamiennego „Bełchatów” oraz na przedgórzu świętokrzyskim. Jako antropolog społeczny pracował wśród bezrobotnych górników, prowadzących amatorskie wydobycie węgla; bezrobotnych mieszkańców wsi, zajmujących się sezonowym zbieraniem i sprzedażą runa leśnego; zbieraczy wszelkich poprzemysłowych „pamiątek” pochodzących ze zlikwidowanych fabryk.

Co kluczowe: Rakowski nie stworzył obrazu bierności i rezygnacji, choć w realiach świata kryzysu jawić się to mogło jako oczywiste. Przeciwnie, jego „etnografia człowieka zdegradowanego” przyniosła wiele przykładów radzenia sobie z rzeczywistością, aktywnego reagowania na nowe warunki. Podobnie jak w przypadku kryzysu wywołanego przez otwarcie autostrady, nagła zmiana w lokalnym milieu zaowocowała nowymi formami przetrwania. 

W obu przypadkach możemy mówić o „traumie wielkiej zmiany”. Jest to pojęcie, które opisuje nagły, nieprzewidziany i przychodzący z zewnątrz kryzys. Kolejne dekady wypełniały jego pole semantyczne nowymi treściami: pośpieszna prywatyzacja, masowe bezrobocie, likwidacja PGR-ów, modernizowanie przez autostradę… W kontekście „traumy wielkiej zmiany” praktyki dotąd pomijane i lekceważone – takie jak „rytuały wycofania” i „spektakle przegranych transformacji”, „zrzędzenie” czy „biadolenie” – zaczęto traktować jako konstytutywne elementy modernizacji, a nie tylko jej kaleki rewers.

Okazało się ponadto, że sprawczość i podmiotowość w obliczu nagłej zmiany warunków życia i pracy przybiera różne, czasem zaskakujące formy. Myślę tutaj o doraźnych usługach, spontanicznym rzemiośle, półlegalnym handlu, zbieractwie odpadów lub płodów natury, wynajmie ziemi i budynków itp. To są właśnie owe oksymoroniczne „praktyki niemocy”.

Kim są ludzie nieznaczni i dlaczego warto ich zauważyć?

Tyle że nawet te brawurowo pomysłowe i jak najbardziej spontaniczne formy posttraumatycznego radzenia sobie z rzeczywistością sprowadzają się do przyjmowania narzuconych przez system warunków. Liczą się wszak przedsiębiorczość i oczekiwany zysk. Taka czy inna produktywność. To zaś są przymioty, których nie mają „ludzie nieznaczni”.

Kto to taki? Ludzie żyjący w świecie, na który, jak sądzą, nie mają wpływu, bez poczucia odpowiedzialności za bieg wydarzeń. Osoby trwale wycofane, apatyczne, permanentnie zmęczone, pogrążone w zwątpieniu, życiowe „przegrywy”. Jak trafnie zauważa literaturoznawczyni Agnieszka Dauksza, taka kategoria istniała prawdopodobnie zawsze, ale teraz właśnie dokonuje się uznanie jej za najbardziej typową. Taką, która przekracza granice klas i generacji. Dauksza określa ich jako „ludzi nieznacznych”.

Gdy transformacja ustrojowa pozbawiła miliony osób pracy i dochodów, szybko pojawiła się figura „hamulcowych” postępu. Ludzi nienowoczesnych, myślowych skamielin, bezpośrednich dziedziców homo sovieticus. Szczególnie mocno modernizacyjny dyskurs uderzył w osoby etatowo związane z byłymi PGR-ami. To o nich przecież opowiadał brutalny dokument filmowy „Arizona”, to o nich śpiewali prześmiewczo Hanka Bielicka czy Wały Jagiellońskie. A to był po prostu kolejny wariant „traumy wielkiej zmiany”. „Jakby ktoś zgasił światło”, tak o likwidacji PGR mówi jeden z bohaterów książki Bartosza Panka „Zboże rosło jak las”.   

Dauksza sugeruje, że porażka i nieznaczność może być strategią przetrwania, a nawet wolności i formą oporu. Że bezsilność – nieproduktywna, niezyskowna, aprzedsiębiorcza – w systemie gloryfikującym produktywność, zysk i przedsiębiorczość staje się radykalną innością. Owszem, trudno przetłumaczalną, ale realną i twórczą. Pozwalającą na to, by w przestrzeni publicznej móc powiedzieć: „nie umiem”, „nie chcę”, „nie jestem w stanie”. Ile razy gryźliśmy się w język, by nie wypowiedzieć takich słów w obawie przed wstydem? Przed wykluczeniem? Ile razy?

Szerszą ramę dla wskazanych tutaj badań i refleksji wskazuje historyczka Ewa Domańska. Badaczka ta od lat propaguje afirmatywną postawę wobec przeszłości. Oznacza ona porzucenie zainteresowań katastrofą, apokalipsą, traumą, ofiarą, cierpieniem, pustką i wykluczeniem. Przeszłość winna być bowiem postrzegana inaczej, jako rezerwuar potencjalnych szans. Afirmatywne dekonstruowanie przeszłości ma uwyraźniać alternatywne scenariusze i przekonywać, że historia mogła potoczyć się inaczej, przecząc nieubłaganej rzekomo logice przemocy – także tej wpisanej w system neoliberalny. W konsekwencji, jak chciałbym sądzić, jej agentami i agentkami mogą stać się praktycy niemocy oraz ludzie nieznaczni, gdziekolwiek żyją.

Czy słabość może być siłą? O nowym języku oporu

Przywołane wyżej wyznanie – „Jakby ktoś zgasił światło” – przypomina w swoim emocjonalnym formacie słowa wodza Wiele Przewag. Opowiadając dzieje swojego narodu, stwierdził: „Odkąd odeszły bizony, serca moich ludzi upadły na ziemię i nikt ich już nie podniósł. Potem nic się już nie wydarzyło”. Brak światła i brak wartych odnotowania zdarzeń to wyraziste symptomy braku nadziei w sytuacji, gdy zawala się nasz świat.

Być może jeszcze dosadniej opowiada o tym poeta Albert Leomala z Vanuatu (poeta i krytyk kolonializmu z wyspiarskiego państwa na Pacyfiku), w jedynym znanym mi wierszu miłosnym skierowanym do… kultury (przekład własny):

 

Kulturo, moja kulturo

Dlaczego odchodzisz

Dlaczego nas opuszczasz

Zatrzymaj się, zatrzymaj

 

Potrzebuję Cię, kulturo

Pragnę Cię

Chcę być z tobą

Zostań tu

 

Kulturo

Proszę, moja kulturo

Wróć

Wróć do mnie

Zniszcz to, co zachodnie

Nie pozwól temu wzrastać

Spal to

Bo to cię zabija

 

Kulturo

Moja kulturo

Wróć

Potrzebuję Cię

I umrę razem z tobą

Jako antropolog chętnie sięgam po przykłady małych, lokalnych społeczności zderzających się z Molochem kolonializmu. Nic niemal nie wskazywało na to, by miały one szanse na przetrwanie, często również w sensie stricte populacyjnym. Stało się inaczej. Vanuatu od prawie półwiecza cieszy się niepodległością. Spadkobiercy wodza Wiele Przewag to członkowie federalnie uznanego plemienia Wron, prowadzącego własną szkołę wyższą, do którego w 2008 r. przyjęto przyszłego prezydenta Baracka Obamę. 

Zderzenia z Molochem modernizacji i neoliberalizmu przebiegają zgodnie z podobną logiką. Ani ludobójstwo, ani kolejne epidemie, ani narzucona akulturacja, strukturalne bezrobocie czy destrukcja środowiska nie muszą być jednak ostatecznym kresem, odcięciem światła, końcem historii. Oczywiście, bilans apokalips i odrodzeń nie jest zerowy. Pewnie dlatego, że często nie wiemy, czemu nie można pozwolić wzrastać. 


Czy rezygnacja może być formą oporu? A bezsilność – początkiem nowego języka, który pozwala mówić „nie chcę”, „nie umiem”, „nie jestem w stanie”? W świecie zbudowanym na sprawczości i efektywności to, co słabe, nieproduktywne i „nieznaczne”, zyskuje paradoksalną siłę – bo nie daje się łatwo wchłonąć przez system. Podczas spotkania prowadzonego przez Waldemara Kuligowskiego porozmawiamy o tym, jak z niemocy wydobywa się inny sposób widzenia rzeczywistości – mniej efektowny, ale może właśnie przez to bardziej prawdziwy. 

Agnieszka Dauksza // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl


AGNIESZKA DAUKSZA (ur. 1988) – literaturoznawczyni, eseistka, adiunktka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zajmuje się historią kultury, pamięci, studiami nad Zagładą i antropocenem. Autorka książek „Klub Auschwitz i inne kluby” (2016, Nagroda Newsweeka), „Afektywny modernizm” (2017), „Jaremianka” (2019, Nagroda Literacka m.st. Warszawy, finał Nike) oraz „Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania” (2024).

Tomasz Rakowski // materiały prasowe

TOMASZ RAKOWSKI (ur. 1974) – antropolog kultury, etnolog i lekarz. Adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książek „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy” (2009, Nagroda im. ks. Tischnera 2011) i „Praktykowanie świata” (2016). Bada społeczności byłych regionów przemysłowych i ich oddolne strategie działania. Prowadził badania terenowe m.in. w Mongolii, wśród koczowników i artystów lokalnych scen. Łączy doświadczenie medyczne z pracą antropologiczną.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 2/2025