Katarzyna Kubisiowska: W przeciągu miesiąca za tom opowiadań „Idzie tu wielki chłopak” odebrałeś dwie ważne nagrody literackie: Gdynię i Gombrowicza. Imponująca kumulacja. Były wcześniej jakieś inne nagrody?
Grzegorz Bogdał: Dawno temu dostałem nagrodę za prozę. Przyznało mi ją pewne Centrum Kultury w Krakowie. To był konkurs literacko-plastyczny rozpisany na różne kategorie wiekowe, ja byłem w tej najstarszej, miałem dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat. Poszedłem na ogłoszenie wyników, spodziewałem się, że w miarę równo to się rozłoży, a tymczasem sala była niemal całkiem wypełniona kilkulatkami. I wśród nich ja. Potem ukazała się broszurka z nagrodzonymi pracami: moje opowiadanie znalazło się między rysunkami dzieci. Wygrałem drukarkę, przydała się.
Przyda się też 50 tysięcy za Nagrodę Gdynia i 40 tysięcy za Nagrodę im. Gombrowicza?
Będę mógł zrealizować kilka potrzeb. Od dawna też marzę, żeby zobaczyć USA. A przede wszystkim da mi to większe poczucie stabilności podczas pisania kolejnej książki. Co nie jest zbyt częstym doświadczeniem autorek i autorów. Pisanie wymaga wyrzeczeń. Nie byłbym w stanie utrzymać się z samego pisania. Jak wiesz, obecnie pracuję na część etatu w dziale internetowym „Tygodnika Powszechnego”, a wcześniej latami byłem tu korektorem.
Co z ambicjami?
Kiedyś zdarzały mi się momenty takiego zwątpienia: człowieku, po co ty w ogóle tym się zajmujesz, skoro nigdy nie stworzysz czegoś takiego jak Don DeLillo w „Podziemiach” albo „Librze”? Podziwiam język jego opowieści, złożoność i namacalną realność tego świata, zachwyt i trwogę, które DeLillo pomieścił w postaciach. Pomijam kwestię, że to powieści, a ja teraz siedzę w opowiadaniach. Co nie ma znaczenia, bo opowiadanie z niczego nie musi się tłumaczyć przed powieścią. Przecież to samo inni robią w krótszych formach: Denis Johnson albo Amy Hempel, którą niedawno odkryłem w „Literaturze na Świecie” w przekładzie Krzysztofa Majera.
No a Ty?
W którymś momencie chyba jednak trochę zmądrzałem i teraz już myślę raczej: tak, DeLillo ma wspaniałe buty, ale niby dlaczego miałbyś być nieszczęśliwy, że ty w nich nie chodzisz? To jego buty, ty masz własne, lubisz je, są wygodne i dobrze ci służą, kto wie, jaką ścieżkę w nich sobie wydepczesz.
Polonistyka na UJ była po to, by jak najwięcej dowiedzieć się na temat literatury?
Poszedłem na te studia, żeby móc czytać do woli, na nic innego nie miałem pomysłu ani ochoty, to mi się wydawało naturalne. Miewam problemy z koncentracją, a chodzenie i książki pomagają mi nad tym zapanować. Uwielbiałem to od dzieciństwa, koło piątego roku nauczyłem się czytać, książki pochłaniałem hurtowo, one dawały mi schronienie. Ojciec przyniósł mi kiedyś trzy książeczki z biblioteki, takie z rysunkami, a ja za chwilę oddałem mu je z informacją, że przeczytałem i proszę o więcej. Odtąd dostawałem grubsze, najlepiej bez tylu ilustracji. Do pewnych historii w kółko wracałem, najchętniej do „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.
To saga rycerska, w której większość akcji dzieje się w zaświatach. Bohaterami są dwaj bracia, starszy i zdrowy opiekuje się młodszym i chorym.
Utożsamiałem się z Karolem, młodszym i chorym, który dopiero po śmierci zaczyna przeżywać najlepsze przygody. Wszedłem w jego skórę pewnie i dlatego, że sam jako dziecko sporo chorowałem: oskrzela, płuca, zastrzyki, stawianie baniek, leżenie w domu. Może stąd pojawiło się we mnie przekonanie, że ja też nie dożyję dorosłości, nigdy nie będę miał osiemnastu lat. Wpadałem na czarną ścianę, kiedy próbowałem sobie wyobrazić siebie jako nastolatka.
Mroczna wizja.
Wiele lat później przeczytałem „Myszy i ludzi” Steinbecka, tę wspaniałą krótką powieść o przyjaźni, która jakoś koresponduje z „Braćmi Lwie Serce”. Książka Lindgren była lekturą na czas dzieciństwa, a Steinbecka na wczesną dorosłość. Dopiero niedawno sobie uświadomiłem, że głębszy wpływ na moje pisanie mogły mieć właśnie „Myszy i ludzie”. Ten typ relacji, jaką mają też George i Lennie, tak mi się wydaje, wraca w moim pisaniu w różnych wariantach: osoby związane wzajemną troską, jedna z nich bardziej potrzebuje opieki, jest zależna od tej drugiej.
Nieprzyjazny świat, w którym trzeba znaleźć sobie miejsce.
No i zniecierpliwienie, bo wzięcie za kogoś odpowiedzialności, bycie dobrym dla tej osoby może być wyczerpujące. Czasami prowadzi to do okrucieństwa, bywa bolesne, gdy jedna osoba dostrzeże, jak druga się z nią męczy. „Jak mnie nie chcesz, to mogę iść w góry i znaleźć sobie jamę” – mówi Lennie do George’a. Ale może nie trzeba do tego „Myszy i ludzi”, tylko tak właśnie wygląda życie, a ta książka najlepiej mi to opowiedziała.
Pierwsza sytuacja, kiedy pomyślałeś, że warto opowiadać historie?
To była piąta, może szósta klasa podstawówki. Na zadanie z polskiego mieliśmy napisać opowiadanie. Nie miałem pomysłu, więc rozwinąłem fragment bajki o złotej rybce. Koncept polegał na tym, że rybka miała zły słuch, więc realizowała inne życzenia niż te wypowiedziane: zamiast „złoto” usłyszała „błoto” i tak dalej. Wszystkie trzy życzenia wynikały z pomyłki językowej. Marzenia się posypały, szansa na odmianę losu przepadła, rybka skończyła na patelni. Nauczycielka kazała mi to przeczytać na głos.
Reakcja klasy?
Zbyt skupiony byłem na tym, by czytając z kartki dobrnąć do końca opowiadania, żeby to zapamiętać. Bałem się jednak, że klasa jest na mnie wkurzona, bo nauczycielka powiedziała, że to jedyne spośród wypracowań, przy którym się nie nudziła. Ale wtedy też przemknęła mi myśl, że pisanie może sprawiać frajdę, że można poruszać, wywoływać reakcje. Tyle że ta myśl się potem głęboko schowała.
Na jak długo?
Byłem dzieciakiem, historia o złotej rybce dała mi frajdę, ale przecież nie myślałem na poważnie ani wtedy, ani długo później, żeby pisać. Miałem gry, komiksy, rower, rzucanie piłką do kosza. Jako szesnasto-, siedemnastolatek wysłałem list do „Nowej Fantastyki” z pytaniem, czy mogę im przysłać coś swojego, bo chciałbym, żeby przeczytał to ktoś więcej poza rodziną i znajomymi. Problem w tym, że nie miałem absolutnie nic, ani słowa. Dostałem odpowiedź od Macieja Parowskiego, żebym przysłał propozycję, choć nie gwarantują publikacji. I żebym następnym razem dołączył znaczek na list zwrotny. Napisałem stronę fantasy o dziewczynie, która panuje nad zwierzętami, nawiązuje z nimi porozumienie.
Ciekawe.
Tyle że skończyło się na tej jednej stronie, wtedy już miałem bardziej angażujące sprawy niż pisanie, ale kartkę pocztową z „Nowej Fantastyki” zostawiłem sobie w szafce za szybą, żeby mi służyła za dyplom pozerstwa i przestrogę „nigdy więcej takich akcji”. Do dzisiaj nie lubię umawiać się z czasopismami na przysłanie opowiadania, którego jeszcze nie mam, to mnie blokuje.
Żartujesz?
Tylko trochę. Ale wtedy rzeczywiście nie było to pisanie ani myślenie o pisaniu w jakikolwiek sposób podobne do obecnego. Po prostu jedna z rzeczy, których próbowałem, jak granie na gitarze. Chyba nawet bardziej widziałem wtedy siebie jako kogoś grającego ciężkie riffy niż ślęczącego nad kartką. Niestety nie miałem do tego ręki ani słuchu.
Jeszcze czegoś nie umiałeś?
Jeśli coś wtedy sprawiało mi faktyczną trudność, to mówienie. W technikum miałem przez jakiś czas świetną polonistkę, Małgorzatę Strzelecką. Wprowadziła zasadę, że na jej lekcjach nie ma odpytywania, tylko niech sam się zgłasza ten, kto ma coś powiedzenia, i ona za to będzie wystawiać ocenę. Ale ja byłem tak nieśmiały, że się w ogóle nie odzywałem. Kiedy więc przed pierwszym półroczem dostaliśmy kartkę z prognozowanymi ocenami, wyszło na to, że będę miał jedynkę.
Skąd się to brało?
W dużej mierze z problemów z moim głosem, który długo nie chciał się ukształtować, wciąż brzmiał chłopięco. W podstawówce dla mnie i dla klasy, która już mnie znała, to było przeźroczyste. W każdym razie nie odczułem, że jakoś odstaję. Dopiero w nowym miejscu usłyszałem sam siebie. Dlatego niewiele się odzywałem, obawiałem się wyśmiania. Po prostu wstydziłem się. Przemęczyłem się tak przez pięć lat technikum. Po czym powiedziałem sobie, że nie ma możliwości, żebym poszedł na studia, jeżeli dalej będę mówił w taki sposób.
I co się wtedy robi?
Najpierw wybrałem się do laryngologa, a ten odesłał mnie do foniatry. To była wysoka, władcza kobieta. Kazała mi odchylić głowę i zanim zorientowałem się, co robi, wsadziła mi do gardła rurę. Nie miałem szans, by zdążyć zareagować. Popatrzyła, co się tam wyświetla na monitorze, a potem pokazała mi, które miejsce tuż pod jabłkiem Adama mam naciskać palcami, kiedy mówię, a wtedy głos się zmieni. I do widzenia. Wizyta trwała pięć minut.
Rezultaty?
Krępowałem się wykonywać to ćwiczenie w sklepie czy gdziekolwiek indziej. Na szczęście to były wakacje, więc siedziałem godzinami w kuchni i czytałem na głos książki – chciałem już wyjść do świata z innym głosem. Wystarczyło to jedno proste ćwiczenie, by w ciągu dwóch tygodni głos obniżył się na stałe. Byłem przeszczęśliwy, bo dotąd sądziłem, że z tym dziecięcym głosem skazany jestem na dożywocie. Ale tak chyba mam, wiele dobrych rzeczy przychodzi do mnie z opóźnieniem.
Co z nami robi takie odzyskanie głosu?
Złapałem oddech. Przyszła potężna ulga. Mogłem się odzywać do ludzi, wiedząc, że będą słuchać tego, co mówię, a nie jak. Nie znaczy, że cała nieśmiałość ze mnie nagle spadła. Lęk się odkłada i nawet gdy zniknie jego przyczyna, to ciało jeszcze z rozpędu albo przyzwyczajenia przez jakiś czas reaguje po staremu, jakby nie nadążało za zmianami.
Dalej nie jesteś gadatliwy.
Ale teraz to już wybór sposobu komunikowania się. Trochę mnie bawi, kiedy ktoś zwraca mi uwagę, że jestem małomówny. I w ogóle to oczekiwanie wobec ludzi, że niezależnie od momentu i okoliczności powinni się obszernie wypowiadać. Widocznie tyle mam do powiedzenia, a jak komuś mało, niech sobie dorzuci przymiotników.
Mimo tego opowiesz o swoim pisarskim warsztacie?
Najwięcej czasu zajmuje mi opracowywanie pomysłu. Bywa, że jest to dla niego próbą, czy przetrwa. Jeżeli wciąż do mnie wraca, rozwija się, to znaczy, że warto się tym zająć. A niektóre pomysły same się kurczą i gasną. Dobrze, jeśli zostają z nich skrawki do wykorzystania w innych tekstach. Więc tak: nie wszystko, co przyjdzie do głowy, jest warte zapisania, trzeba temu dać dojrzeć albo zginąć.

A same postaci?
Przyglądam się bohaterom, sprawdzam reakcje w różnych sytuacjach, czasami przypomina to oglądanie scen z filmu. Jeśli uznaję, że postać zachowuje się wiarygodnie, a jej historia mnie obchodzi, to znaczy, że jestem na dobrej drodze. To jest połączenie pracy reżysera, aktora, scenarzysty i operatora kamery, tylko całą tę produkcję trzeba zmieścić w swojej głowie.
Długo to trwa?
Czasami wystarczy kilka tygodni czy miesięcy, a czasami muszę rok albo dwa lata poczekać, aż coś zaskoczy i historia ruszy wraz z postacią. Tego wszystkiego jednak nie ma bez pracy nad zdaniem, to jest podstawa. Mniej więcej wiem, do czego chcę doprowadzić. Ale to nie znaczy, że znam fabularne zakończenie historii. Bardziej chodzi mi o punkt emocjonalny, jedną chwilę, która mówi też coś o losie. O to, by pokazać człowieka, jak walczy z tym, co rzeczywistość próbuje z nim zrobić: przytłoczyć, odebrać nadzieję, unieważnić. Chciałem napisać historię o oporze, jaki ludzie stawiają tej sile, niekiedy nieporadnym albo dziwacznym, ale w tak nierównej sytuacji mają prawo dowolnie się bronić.
Pomysły na opowiadania rodzą się w czasie wędrówek po Beskidzie Niskim?
Rzadko. Chodzenie, dzięki odprężeniu, jakie daje, raczej pomaga mi w rozwinięciu tych już istniejących. Poza tym nie traktuję tych wyjazdów jako części pracy – udaję się tam bez tego rodzaju oczekiwań, to miejsce i tak oferuje mi dużo, a jeśli przy okazji wpadnę na jakiś pomysł, to znakomicie.
Czemu Beskid Niski?
Po raz pierwszy na wspólne wakacje z Urszulą Honek, dziś już moją żoną, pojechaliśmy tam 10 lat temu. Nie mieliśmy wtedy samochodu, ja nawet nie miałem prawa jazdy, więc byliśmy zmuszeni poruszać się wszędzie pieszo. To był wrzesień, już po sezonie, mało ludzi, spokój, bardzo nam odpowiadały te puste krajobrazy. Od tego czasu wracamy w Beskid regularnie, chyba już go zadeptaliśmy. Tam odrywam się od wszystkiego innego. Lubię się zmęczyć, lubię, kiedy droga sprawia mi trudność, lubię się ubrudzić, zgubić. Powalone drzewa, chaszcze, słabe oznakowanie szlaków, sprawdzanie, czy droga zgadza się z mapą. W pewnym momencie mam już tego dość. Lecz kiedy trafię na drogę, która okaże się zbyt łatwa i można ja przejść suchą stopą, to jestem zawiedziony.
Najbardziej zachwycające tam miejsca?
Trochę o nich napisałem w „Idzie tu wielki chłopak”. Np. wychodzisz z lasu na otwartą przestrzeń i widzisz, jak orzeł zrywa się z traw. Albo gęsty las w czasie ulewy, wszystko parowało, olbrzymie liście łopianu wpychały się na ścieżkę, byłem zupełnie przemoczony, wydawało mi się, że idę przez dżunglę, nie przez jakiś tam las na południu Polski. Pierwsze przejście przez Nieznajową. Listopad na łąkach nad Krzywą, mgła i białe drzewa, bo był już śnieg. Koszmarny, ciemny las, którym chcieliśmy się dostać do Lipnej i w którym pobłądziliśmy.
Da się jeszcze bardziej esencjonalnie?
Jesteś w ruchu i coś cię nagle dopada. Nie zawsze jest to przyjemne, ale to moment prawdziwego doznania. Nie ma w pobliżu sklepów, domów, przychodni, jesteś sam z tym, co poczułeś. Trudno w opisie oddać istotę tego, ale to niezwykłe momenty uderzenia rzeczywistości.
Rzeczywistości, która zasila literaturę?
Zasila albo wdziera się do niej. Przenoszę niekiedy z życia do tekstów emocje, troski i zdarzenia, ale po drodze je przerabiam, umieszczam w innych kontekstach. W „Idzie tu wielki chłopak” jedno opowiadanie pt. „Dziwne rzeczy” jest w miarę wiernym zapisem pewnej sytuacji: o tym, jak rodzina stłoczona w małej kuchni czeka, aż w pokoju obok, gdzie umiera ciotka, pielęgniarce uda się wkłuć z kroplówką. Generalnie jednak zajmuję się wymyślaniem, a jeśli opowiadam coś choćby w części prawdziwego, dbam, żeby czytelnicy dostali dobrą historię, a nie wyznanie.
Bohater „Dziwnych rzeczy” potrafi lewitować.
Kiedy pisałem ten zbiór, miałem zastój, więc zacząłem szukać głupot w internecie. Znalazłem instruktaż do sztuczki, jak się ustawiać, by wywołać u kogoś wrażenie, że się unosisz. Trzeba ustawić się pod odpowiednim kątem, tak żeby jedna stopa była bardziej schowana, i unieść się na palcach, co daje wrażenie, że obie się odrywają od podłogi. Nie pokażę ci tej sztuczki, dawno jej nie ćwiczyłem, a poza tym jestem w spodniach z wąskimi nogawkami, a do niej lepsze byłyby szerokie. Ale jak pokazałem to Uli, naprawdę się wystraszyła.
Urszula Honek za „Białe noce”, zbiór opowiadań, również dostała niedawno sporo nagród. Obawiacie się, że wasze pisanie i sukcesy będą porównywane?
To radość, kiedy ktoś najbliższy zostanie doceniony. A czy „Białe noce” są zbiorem opowiadań czy powieścią, chyba jeszcze nie zostało ostatecznie ustalone – zależy, kogo zapytać. Ale nie, nie mam takich obaw, nie zaglądamy sobie przez ramię w czasie pracy. Jeśli usłyszymy o czymś, co oboje chcemy wykorzystać w tekście, decyduje, kto pierwszy zawoła „rezerwuję!”, ewentualnie prowadzimy negocjacje. Znów trochę jak z filmami: może i oboje kręcimy właśnie komedię, potrzebujemy podobnych narzędzi, kamer i tak dalej, ale każde z nas używa ich po swojemu, to są odrębne światy, nie podbieramy sobie aktorów, mamy osobne wytwórnie. Spotykamy się na premierze.
Grzegorz Bogdał (ur. 1984) jest pisarzem, redaktorem i wydawcą strony internetowej „Tygodnika Powszechnego”. Za debiutancki zbiór „Floryda" (2017) nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Gombrowicza oraz Nagrody Conrada. W 2023 r. ukazał się jego kolejny tom opowiadań „Idzie tu wielki chłopak", za który otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia i Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza oraz nominacje do Paszportów „Polityki”, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.
Lektor polecał

Floryda
Groteska, świat zasługujący jedynie na szyderstwo i kpinę? Owszem, ale narratorzy prozy Bogdała budzą w nas w miarę lektury coraz więcej empatii i współczucia. Bo to przecież jest nasz świat! Przypadek, który rządzi naszymi losami, sprawił, że parę tygodni temu pisałem tu o „Słonecznym mieście” – powieści Tove Jansson, twórczyni Muminków. Ta powieść dzieje się na Florydzie, w jednym z sun cities, w którym dożywają swoich dni zamożni amerykańscy emeryci. U Bogdała tytułowa Floryda – nieziszczalne marzenie o idealnej przyszłości – stanowi jeden z wątków spajających całość. Dzięki Jansson wiemy, że to wytęsknione miejsce też może okazać się pułapką. I tego się trzymajmy.

Idzie tu wielki chłopak
„Planeta obracała się z trudem” – przedostatnie zdanie książki mogłoby być mottem całości. Klimat jest tu nie tyle może mroczny, ile mglisty, deszczowy, wilgotny. Bywa błotniście, a stado dzików zamienia osiedlową ulicę w babrzysko. Bohaterowie są osobni, z trudem nawiązują relację z drugim człowiekiem, czasem zupełnie z niej rezygnują. W tym świecie wszystko niemal okazuje się uciążliwym wyzwaniem, jak ów kamień nerkowy, który Szymon ma urodzić, i nic się na ogół nie udaje. Tak, rzeczywistość w której pojawia się „Wielki chłopak”, nie jest wesoła, raczej szara niż kolorowa, czasem wręcz przerażająca, ale za to jak opisana!
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






















