Ale ludzie mają teraz proste plecy”, napomknęła kiedyś moja babcia w jesieni swojego życia. Było w tej konstatacji pozytywne zdziwienie – tym, że rzeczywistość tak mocno zmieniła się na jej oczach, ale też tym, że okazało się, iż można zdjąć klątwę, wyeliminować coś, co w czasach jej młodości wydawało się przeznaczeniem nie do odwrócenia, wyrokiem losu. Babcia dorastała w czasach, gdy tyle posępnym, co powszechnym zjawiskiem była gruźlica, krzywica, polio: choroby, których konsekwencje budziły strach, bo zabierały sprawność w realiach, w których wszyscy musieli dzielić to samo trudne życie.
Babcia, jako osoba o silnym poczuciu rzeczywistości, nie wspominała bezkrytycznie „starych, dobrych czasów”, a pod pewnymi względami cieszyła się, że już minęły. Podobnie wyrażali się zresztą ludzie, których głosy miałam okazję usłyszeć w teatralnym słuchowisku „Dziady” Nihila i Gaca, opartym na opowieściach napotkanych ludzi, zebranych w latach 70. przez aktorów teatru Gardzienice. Oczywiście, nostalgia bywa słodko-gorzka, ale relacje ludzi urodzonych na początku XX wieku miały wspólny mianownik – ulgę i satysfakcję, że coś się zmieniło w stosunku do świata, który sami znali z przeszłości. Swoim potomkom przekazywali życzenie-błogosławieństwo: „teraz żyjemy już lepiej”.
Co przyniosła popularność badań przeszłości
Jerzy Jedlicki pisał kiedyś w niedocenionej, a przydatnej dzisiaj książce „Świat zwyrodniały”, że piętno fatalizmu, może wrodzony pesymizm i poczucie istnienia w najgorszych czasach, wręcz pogarda dla obecnego życia, to element zachodniej myśli nowoczesnej, który jest w nią niejako wbudowany. Nie da się go do końca wyeliminować, nawet bywa pożyteczny, bo stosowany z umiarem skłania do zastanawiania się nad sobą, a może i poprawy.
Malowniczość i być może nawet przyjemność tego osobliwego samobiczowania na ogół jednak więcej zdradza o upojonych swym kaznodziejstwem gardzących, niż przedstawia trzeźwy osąd. Przede wszystkim zaś pokazuje zawsze obraz może i w dobrej wierze, ale wypaczony.
Warto przykładać tę miarę do dzisiejszych często spotykanych sądów o świecie. Jeremiada to bowiem lubiana dzisiaj rozrywka. Obserwuję czasami, że popularność badań przeszłości i zainteresowanie dziejami „ludowymi” w ostatnich latach przyniosły tendencję zupełnie jakby wyjętą z książki Jedlickiego – założenie, że wszyscy ludzie XIX czy XX wieku jakby z założenia powstali z lepszej gliny niż dzisiejsza. Figura dawnego chłopa polskiego służy do tego, by współczesnego Polaka rugać. Jest używany przez innych współczesnych Polaków (naturalnie tych „lepszych”) jako lalka brzuchomówcy.
Zgodnie z taką perspektywą nasz praszczur, oczywiście nigdy o to nie zapytany, na pewno przewraca się w grobie, widząc dzisiejszą młodzież ze smartfonami, gry komputerowe, sztuczne paznokcie, psychoterapię czy cokolwiek, co ktoś chce uznać za kwintesencję próżności, nieróbstwa i mazgajstwa.
Z czego by się ucieszył człowiek z fotografii sprzed stu lat?
Kto żył w niewygodzie, na pewno wygodą się brzydził i nigdy o niej sam nie marzył – tak można podsumować krótko założenia tej argumentacji. Myślę sobie wtedy, że nie ma lepszego losu niż bycie anonimowym człowiekiem z fotografii sprzed stu, stu pięćdziesięciu lat. Oznacza to bowiem najbardziej wspaniałomyślne rozgrzeszenie. Wystarczy, że ktoś zarejestrował kiedyś naszą pozbawioną didaskaliów twarz i oto sto lat później w oczach potomnych stajemy się symbolami szlachetności, wytrwałości i godnego życia. Nawet człowiek o najbardziej paskudnym życiorysie może ulec w ten sposób przeanieleniu.
Zamiast jednak przeobrażać zwyczajnych ludzi w półbogów, lepiej zastanowić się, co sami mieliby do powiedzenia. Oczywiście jedynie jako ćwiczenie z wyobraźni, a dla nas samych antidotum na pokusę grzmienia ze świeckiej ambony.
Co mamy takiego, co z chęcią przywitałby ten człowiek z fotografii sprzed stu lat? Czego by nam pogratulował i z czego by się ucieszył? Może z tego, że dzisiaj mamy zazwyczaj kompletne uzębienie i że zapalenie wyrostka robaczkowego, jeszcze nie tak dawno wielki zabójca, dzisiaj jest uleczalne? Może przecierałby oczy ze zdumienia, że mamy więcej niż jedną parę butów i że kurę jada się nie tylko od święta? A może najbardziej spodobałby mu się, o zgrozo, smartfon i zajadanie parówek? Kto wie, może nawet sojowych?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















