Nie jestem pewna, czy mój dziadek kiedykolwiek widział na żywo przedstawienie operowe. Ale na pewno uwielbiał operę i się na niej świetnie znał, dzięki radiu, płytom i książkom, jak na muzyce klasycznej zresztą w ogóle. Prowadził nawet notes, w którym zapisywał ulubione wykonania.
Mój dziadek był także górnikiem, jeździł zawsze i wszędzie na jednym i tym samym rowerze i prowadził życie, które mało z operą się kojarzy. No, może schematycznie myślącym ludziom się nie kojarzy, bo na pewno nie był jedyny. Pewien rówieśnik mojego dziadka, marynarz, a potem murarz, który dzieciństwo miał jak z pozytywistycznej nowelki i mógłby skończyć marnie, również uwielbiał operę i balet, i nadrabiał przedstawienia na zasłużonej emeryturze.
Przypomniała mi się też anegdota któregoś amerykańskiego reportera, jak to przyjechał w latach 90. do Polski, a tam portier w hotelu zasłuchany w Pavarottim, w taksówce Pavarotti, w barze obiadowym Pavarotti. Był tym zdumiony, choć szczerze mówiąc, to nie rozumiem, dlaczego kogoś miałoby to dziwić.
Opery nie trzeba się bać
Ostatnio wszyscy przypomnieli sobie o operze i balecie po tym, jak bardzo popularny obecnie aktor Timothée Chalamet w wywiadzie zbył te dziedziny sztuki lekceważeniem jako rzekomo nierentowne.
Czy dziwi mnie, że gwiazdor dzisiejszego Hollywood, do tego prawdopodobnie ktoś, dla kogo ekonomia klikalności jest oczywista jak tlen, myśli mniej więcej jak Leszek Balcerowicz w 1990 roku? Ani trochę, więc zostawmy go i potraktujmy jak pretekst, by porozmawiać trochę o operze.
To, że drogie są bilety, wiemy, podobnie jak utrzymanie infrastruktury. Ale inną kwestią jest, że to sztuka bardzo przystępna, lubiana i mówiąc kategoriami popu, naturalnie chwytliwa. Nawet jeśli ktoś nie wysłuchał żadnej opery w całości, pamięta i może zanucić najbardziej znane motywy.
W bardzo ciekawej książce Marty Michalskiej o tym, jak brzmiało XIX-wieczne miasto, na podwórkach rozbrzmiewają motywy z oper, a zwłaszcza operetek, w wykonaniu wędrownych śpiewaków i kataryniarzy. Nie była to z pewnością wirtuozeria, ale tu ważne jest coś innego – że była to muzyka dla każdego. Uliczną publiką byli przecież dozorcy czy praczki podczas swych codziennych zajęć. Do dzisiaj klasyka spełnia popularną definicję „pięknej muzyki”. Jest to oczywiście często klasyka w wydaniu miękkim i słodkim, jak słynni Trzej Tenorzy, ale z pewnością nie da się jej nazwać niezrozumiałą. Nie trzeba się jej w ogóle bać.
Każdy jest zdolny do tego, by zostać odbiorcą sztuki
Osobiste wyznanie: nie jestem wcale koneserką opery i nawet nie chodzę na spektakle, może niestety. Nie mam tu zatem żadnego osobistego interesu. A mimo to sporo motywów przecież znam.
Ktoś mógłby się żachnąć, że łatwo mówić, jeśli się od dziecka kisiło i wędziło w wysokiej kulturze. Tylko że to nieprawda. Miałam wspomnianego dziadka melomana oraz telewizor, a w nim „Wielką Grę" i kreskówki z Królikiem Bugsem, i to była moja szkoła muzyki klasycznej. Za to w mojej pracy miewam czasami do czynienia z, mówiąc bardzo poważnie, upowszechnianiem kultury.
I jedna rzecz przyprawia mnie o ból zębów – to chodzenie na paluszkach wokół odbiorcy, żeby przypadkiem nie było mu za trudno, bo biedaczek się zmęczy. Kryje się za tym obawa przed posądzeniem o snobizm czy zadzieranie nosa.
Niestety odbiorca wyczuwa taki dystans, który odbiera jako brak zaufania dla własnych kompetencji. Pisał o tym często Stanisław Barańczak, próbując zrozumieć, dlaczego uśredniony odbiorca z własnej woli wybiera Starszych Panów, a nie rozrywkowo-dydaktyczne programy polegające na prowadzeniu widza za rączkę.
Różnica jego zdaniem leżała w naturalnym założeniu, że każdy jest zdolny do tego, by zostać odbiorcą sztuki, a nie, że dopiero musi zostać w ten świat od zera wprowadzony. Otóż lepiej jest założyć, że ktoś wie więcej niż mniej, a nawet jeśli nie wie, to się dowie, bo warto zaufać, że potrafi. Najwyżej nie polubi, co nie jest przecież końcem świata. Bo nie jest problemem zaakceptowanie, że ludzie mogą czegoś nie lubić, nie interesować się, nie mieć czasu albo ochoty. To normalne. Ale grzechem ciężkim jest uznanie, że są na cokolwiek zbyt głupi.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















