Czym się żywi Instagram

Sto milionów razy pobrano aplikację FaceApp pozwalającą przerabiać zdjęcia twarzy.
Czyta się kilka minut
 / ADOBE STOCK
/ ADOBE STOCK

W zasadzie dowolnej, ale twórcy tego narzędzia dobrze wiedzieli, że wstrzelą się w manię selfików i że użytkownicy będą się bawić tylko własną buzią. Czy na pewno „bawić się” to dobre określenie? Oglądając wysyp postarzonych facjat znajomych, poczułem, że warstewka zabawnych autokomentarzy maskuje wcale poważną wyprawę w głąb piwnic naszej tożsamości. Ten sam impuls, który gnał niektórych do wróżki z przysłowiową szklaną kulą, można teraz wypuścić z siebie bezkosztowo i bez narażania się na złośliwe komentarze naszego wewnętrznego krytyka-racjonalisty. To tylko niewinna gra, zobacz, jakie śmieszne te zmarszczki, może ta starość nie będzie taka okropna?

Aplikacja zmienia wiek albo płeć bardzo przekonująco i tym bardziej się boję tych, którzy dysponują aż tak zdolną sztuczną inteligencją, nawet jeśli to nie są Rosjanie ćwiczący dzięki naszej naiwności jakieś potrzebne w następnej wojnie moce – o czym piszemy w Obrazie Tygodnika. Czyni to też ze znajomością uczuć, wie, czego nie chcemy widzieć w lustrze. Dlatego ta starość z FaceAppa jest tak wypreparowana, by raczej wzruszać niż przygnębiać – zmarszczki, zacna siwi-zna owszem, ale lustereczko nie powie nam nic o cukrzycy, zwyrodnieniu stawów, zaburzeniu snu, zanikach pamięci i nietrzymaniu moczu.


CZYTAJ TAKŻE

FELIETON JANA KLATY: W internecie znów burza, jak zawsze zresztą, ale tym razem nawet ciekawa, wielce twarzowa.


Nie po to przecież połowa ludzkości uprawia bez skrępowania nową formę narcyzmu, żeby przepracować spotkanie z rzeczywistym sobą. Ta forma autokreacji towarzyszy prze-noszeniu punktu ciężkości życia w rozrzedzoną atmosferę mediów społecznościowych – ale nie jest tego efektem, jak narzekają zawodowi prorocy upadku cywilizacji i nostalgicy lepszych analogowych czasów. W populacji, jak sądzę, jest stały odsetek osobników czerpiących rozkosz z wystawienia się na widok innych, sycących się cudzym wzrokiem i zakochanych w sobie z wzajemnością. Byli wśród nas zawsze, tyle że dziś dostali do ręki łatwy i dostępny wszędzie zestaw środków, by to czynić, dlatego ich ciągle widzimy.

Ale to nie znaczy, że czasem bliźni nie potrafią mnie jednak mocno zaskoczyć. Przyjemność, jaką czerpałem z karmienia ludzi za pieniądze, zalęgła się we mnie jak tasiemiec, i wiem, że któregoś dnia syknie: wracaj do knajpy. Dlatego nadal śledzę trendy i zjawiska, które gastronomii towarzyszą, choć nie odnoszą się wprost do tego, co na talerzu – praca kucharza i jej fizyczny efekt to tylko jedna z osi, wokół których ten świat się obraca. To, że teraz chodzi się do restauracji nie po to, żeby zjeść i pogadać, ale żeby zrobić dobre zdjęcie i oznaczyć się w stosownym do własnych aspiracji miejscu, to już banał. Po-ważnie myślący o biznesie restauratorzy muszą projektować potrawy i sposób ich podania tak, żeby były instagramowalne.

Teraz jednak przeniosło się to na... toalety. Tak, restauracyjne kibelki są najgorętszym tematem branżowym w tym sezonie. Ich wystrój i nastrój jest czymś bodaj ważniejszym od projektu sali jadalnej. Dlaczego? Bo tam wisi lustro, nad umywalką przeważnie. Dlatego wyszukując na Instagramie zdjęcia otagowane nazwami restauracji, coraz częściej trafiamy na mniej lub bardziej wymyślne autoportrety ustępowe. Brytyjski „Vogue” już zdążył opublikować ranking londyńskich lokali z najlepszymi do zdjęć toaletami.

Moda chwyciła tym bardziej, że i bez tego bodźca reklamowego właściciele lokali i ich projektanci lubią wyżywać się twórczo w urządzaniu tych przybytków – wymyślnie, dowcipnie, aluzyjnie. Tu można naprawdę zaszaleć, także dlatego, że istnieje potrzeba zamaskowania wyrzuconych poza na-wias kulturalnej rozmowy potrzeb i czynności, jakie nas w to miejsce ściągają. Pamiętam, jak musiałem powstrzymywać swojego wspólnika przed co bardziej szalonymi pomysłami na ulepszenie naszych ciasnych wnętrz – znosił z targów staroci i antykwariatów coraz to bardziej dziwne przedmioty oraz grafiki. O gustach trudno dyskutować, jednak byłem w stanie go przekonać, że głowa Lenina, uszkodzony puzon lub miedzioryt z tańczącą hurysą będą niepotrzebnie zaburzać swojskość z lekka przełamaną kiczem, która się dobrze komponowała ze stylem kuchni i obsługi. Mówiłem wtedy kompromisowo: jak musisz, to wstaw te dziwadła do toalety, nel bagno, ti prego.

No i wstawiał, powstało wnętrze zaiste surrealistyczne, warte utrwalenia dla potomnych. Tylko że – teraz pojmuję ten błąd – lustro zawisło w niewygodnym z punktu widzenia fotografii miejscu i jest za małe, żeby objąć rozłożyste ego przedstawiciela pokolenia millenialsów. Coraz mocniej wątpię, czy będzie ono w stanie doświadczać czegokolwiek wprost, bez zapośredniczenia zdjęciem. Wzrok, bateria i zasięg, tylko tyle wystarczy do szczęścia. Od jedzenia przecież się tyje. I trzeba iść znów do toalety, chociaż już zdjęcie hula po Instagramie. ©℗

Mamy bardzo dobry rok dla moreli, po tygodniu zajadania się nimi z jogurtem, zaczynam je trochę przerabiać termicznie – to są świetne owoce do krótkiego zapiekania pod aromatyczną kołderką. Z jednego z przepisów na ciasto w książce „Słodko” Yotama Ottolenghiego przejąłem pomysł na bardzo ciekawą polewę, bezmączną wersję „crumble’a”.
W rondelku topimy 60 g masła, dobrze mieszamy ze 100 g drobnego cukru, 2 łyżeczkami cynamonu i dużą szczyptą soli (ale nie chodzi o to, żeby cukier się skarmelizował). Studzimy parę minut, wkręcamy 2 jajka. Pokrojone na pół morele kładziemy skórką do dołu na posmarowanym tłuszczem papierze do pieczenia np. w tortownicy o średnicy 22 cm (powinno wyjść 8–10). Zalewamy dokładnie masą, pieczemy w 180 stopniach ok. pół godziny, aż masa „powstanie” i zacznie wyglądać sucho. Pod koniec pieczenia można posypać płatkami migdałów, bo morele się z nimi lubią. Ten sam pomysł przetestowałem na wczesnych śliwkach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2019