Rumunia: unieważnione wybory, w tle aktywność Rosji. O co toczy się gra?

6 grudnia rumuński Sąd Konstytucyjny unieważnił pierwszą turę wyborów prezydenckich. Przyczyny są poważne – podejrzenia o ingerencję Rosji w proces wyborczy – jednak to decyzja skrajnie kontrowersyjna i prawdopodobnie podjęta z pobudek politycznych.
Czyta się kilka minut
Proeuropejski wiec przed drugą turą wyborów prezydenckich w Bukareszcie. Rumunia, 5 grudnia 2024 r. // Fot. Andreea Alexandru / AP / East News
Proeuropejski wiec przed drugą turą wyborów prezydenckich w Bukareszcie. Rumunia, 5 grudnia 2024 r. // Fot. Andreea Alexandru / AP / East News

Orzeczenie trybunału zatrzymało idącego pewnym krokiem po władzę Călina Georgescu, radykalnie prawicowego, chwalącego Putina i Orbana populistę i eurosceptyka, który w pierwszej turze zdołał uzyskać poparcie 23 proc. wyborców. Był to najlepszy wynik spośród wszystkich kandydatów ubiegających się o stanowisko głowy państwa.

Na dłuższą metę decyzja o unieważnieniu wyborów może mieć jednak fatalne skutki dla rumuńskiej demokracji, obniżyć zaufanie do i tak nie cierpiących na jego nadmiar instytucji publicznych, a wreszcie pogłębić zniechęcenie elektoratu politycznym mainstreamem i przyczynić się do dalszego wzrostu popularności ugrupowań radykalnych i ekstremistycznych.

Georgescu, zwycięzca powszechnie nieznany

Zwycięstwo Georgescu w pierwszej turze wywołało w Rumunii szok i niedowierzanie. Zdecydowana większość obywateli zadawała sobie w powyborczy poniedziałek pytanie: kim jest ten człowiek? Jego nazwisko było tego dnia jedną z najczęściej „googlowanych” fraz w rumuńskim internecie. Innym często wyszukiwanym 25 listopada terminem – sprawdzanym tym razem w popularnym internetowym słowniku języka rumuńskiego Dex – był „legionaryzm”, czyli rumuńska odmiana faszyzmu wyznawanego przez rumuński ruch legionowy z okresu międzywojennego, zwany później Żelazną Gwardią.

To o sympatię dla liderów tego ruchu, na czele z jego twórcą Corneliu Zeleą Codreanu (1899-1938), media oskarżały powszechnie zwycięzcę pierwszej tury wyborów. Niebezpodstawnie – Georgescu nie raz z uznaniem wypowiadał się zarówno o Codreanu, jak też o marszałku Antonescu, rządzącym Rumunią podczas II wojny światowej sojuszniku III Rzeszy, odpowiedzialnym za śmierć co najmniej 300 tys. Żydów.

Sukces dzięki kampanii na TikToku

Bardzo szybko w mediach zaczęły pojawiać się informacje wskazujące, że za sukcesem kontrowersyjnego polityka – który nazywał Putina jednym z niewielu prawdziwych światowych liderów dbających o dobro ojczyzny – stała świetnie zorganizowana kampania tiktokowa. To dzięki tej chińskiej sieci społecznościowej, której użytkownikami jest nawet 60 proc. rumuńskich internautów, oraz zaangażowaniu co najmniej setki rumuńskich influencerów udało się w ciągu ledwie miesiąca wynieść nieznanego wcześniej polityka na pozycję lidera prezydenckiego wyścigu.

Bezpośrednio po ogłoszeniu wyników zarówno rumuńskie służby, jak i dziennikarze śledczy zaczęli natychmiast przyglądać się kampanii Georgescu oraz sposobowi organizacji stojącej za nim sieci kont, botów i influencerów. Zastanawiający był przede wszystkim widoczny na pierwszy rzut oka rozmach działań promocyjnych. Musiały one kosztować majątek, a tymczasem Georgescu od początku konsekwentnie powtarzał, że nie wydał na swoją promocję ani jednego leja. Rodziło to zrozumiałe pytanie: jeśli nie on, to kto?

Kto płacił za kampanię Georgescu

Odpowiedź przyszła 10 dni po pierwszej turze. To wówczas, na mocy decyzji prezydenta Klausa Iohannisa, odtajniono poświęcone przebiegowi wyborów prezydenckich raporty wywiadu, kontrwywiadu, MSW oraz służby zajmującej się ochroną bezpieczeństwa sieci rządowych. Wynikało z nich jednoznacznie, że kampania wyborcza Georgescu prowadzona była m.in. przez zarejestrowane w różnych krajach firmy zajmujące się promocją w mediach społecznościowych i z wykorzystaniem licznych fałszywych kont i botów (mówi się o 25 tysiącach takich kont). Raport kontrwywiadu stwierdzał, że skala i sposób organizacji działań wyraźnie wskazuje na to, że koordynowane były one przez „podmiot państwowy”. Ten eufemizm oznacza po prostu władze innego kraju lub też podlegającą im instytucję, jak np. wywiad czy farmę trolli.

Choć służby nie mówiły wprost, o jaki kraj może chodzić, to jednocześnie sporo miejsca poświęciły, by poinformować o tym, że w trakcie samego procesu wyborczego doszło do licznych ataków cybernetycznych ze strony Rosji. Jednocześnie media zaczęły budować paralele między niedawnymi wyborami prezydenckimi w sąsiedniej Mołdawii, gdzie Rosja w sposób jawny zaangażowała się w proces wyborczy, także w mediach społecznościowych – a tym, co wydarzyło się na prawym brzegu Prutu.

Konkluzja była prosta – Kreml dopuścił się manipulacji wyborczych i wypaczył wyniki wyborów w Rumunii. Opublikowane raporty stały się podstawą do wszczęcia postępowania przez Prokuraturę Generalną w sprawie przestępstw wyborczych oraz prania brudnych pieniędzy. Jednocześnie do Sądu Konstytucyjnego trafiły dwa wnioski o unieważnienie wyborów w związku z nieprawidłowościami wykazanymi w raportach służb.

Czy trybunał miał prawo unieważnić wybory?

To właśnie na podstawie tych wniosków Sąd Konstytucyjny postanowił 6 grudnia unieważnić pierwszą turę wyborów prezydenckich. Problem w tym, że decyzja ta jest skrajnie kontrowersyjna, a do tego prawdopodobnie podjęta została z pobudek politycznych.

Po pierwsze, wielu prawników zastanawia się, czy trybunał w ogóle miał prawo wydać takie orzeczenie. Kilka dni wcześniej uznał on już bowiem wyniki pierwszej tury. Tymczasem wyroki i orzeczenia Sądu Konstytucyjnego są przecież niepodważalne i nie podlegają odwołaniu. Co więcej, termin, w którym można było składać odwołania od wyników pierwszej tury wyborów, już dawno minął.

Do tego decyzja o unieważnieniu i powtórnym rozpisaniu wyborów podjęta została bardzo późno, zaledwie na dwa dni przed oficjalnym terminem drugiej tury i w czasie, gdy głosowanie ruszyło już w okręgach zagranicznych (diaspora może głosować przez trzy dni – do momentu wydania przez Sąd orzeczenia głos na wybranego kandydata oddało już 33 tysiące żyjących poza granicami kraju Rumunów).

Paliwo dla partii antysystemowych i eurosceptycznych

Orzeczenie Sądu Konstytucyjnego blokuje drogę Georgescu do władzy. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by pozwolono mu na ponowną rejestrację jego kandydatury. Wydaje się zresztą pewne, że w najbliższych dniach zostaną mu postawione zarzuty – obecnie bowiem wspomniane wcześniej śledztwo Prokuratury Generalnej toczy się „w sprawie”, a nie „przeciwko” konkretnej osobie.

Jest to jednak tylko chwilowy sukces politycznego mainstreamu. Rządzące krajem na zmianę, niemal nieprzerwanie od przełomu lat 80. i 90. ugrupowania – centrolewicowa, postkomunistyczna Partia Socjaldemokratyczna (PSD) oraz centroprawicowa Partia Narodowych Liberałów (PNL) – wzbudzają coraz większą niechęć elektoratu, który coraz wyraźniej poszukuje dla nich alternatywy. Tą zaś wydają się mu najczęściej rozwijające się od kilku lat na rumuńskiej scenie politycznej ruchy nacjonalistyczne, eurosceptyczne, a nawet ekstremistyczne. Ich godnościowy, oparty o hasła suwerennistyczne oraz odwołania do tradycji i wiary program wzbudza zainteresowanie, a świeżość liderów daje nadzieje na zmianę w dusznym świecie rumuńskiej polityki.

Kontrowersyjna, oparta na wątpliwych argumentach decyzja o anulowaniu wyniku wyborów (a co za tym idzie: zignorowanie głosu ponad 2 milionów wyborców, którzy poparli Georgescu) umocni tylko nastroje antyestablishmentowe i będzie stanowiła paliwo dla partii antysystemowych oraz eurosceptycznych, przede wszystkim dla Związku Jedności Rumunów (AUR), który i bez tego w wyborach parlamentarnych z 1 grudnia br. podwoił swój wynik sprzed czterech lat, osiągając 18 procent poparcia. Wobec braku konkurencji ze strony Georgescu lider tej partii, George Simion, uzyska w nowo rozpisanych wyborach prezydenckich zapewne ponad 20 procent, zyskując tym samym szansę wejścia do drugiej tury. I nie jest wcale wykluczone, że o to właśnie chodziło...

Jak zmienić wybory w rywalizację geopolityczną

Wielu komentatorów rumuńskiego życia politycznego twierdzi, że decyzja Sądu Konstytucyjnego ma na celu nie tylko zablokowanie zwycięstwa kontrowersyjnego, być może wspieranego przez Rosję kandydata, ale też danie drugiej szansy największemu bodaj przegranemu pierwszej tury, Marcelowi Ciolacu. To lider wspomnianych wcześniej socjaldemokratów, a zarazem premier Rumunii.

Zgodnie z przedwyborczymi sondażami to on właśnie miał uzyskać najlepszy wynik w wyborach 24 listopada, a w drugiej turze powalczyć o zwycięstwo z jednym ze swoich kontrkandydatów. Tymczasem sukces Georgescu zepchnął go na trzecie miejsce i wyeliminował z walki o zwycięstwo. Po raz pierwszy od 1989 roku kandydat PSD nie miał wziąć udziału w drugiej turze wyborów prezydenckich.

Rumuński Sąd Konstytucyjny ogłosił 6 grudnia 2024 r., że anuluje wybory prezydenckie, w których druga tura miała się odbyć 8 grudnia. Na zdj. głosowanie w wyborach prezydenckich. Bukareszt, 24 listopada 2024 r. // Fot. Daniel Mihailescu / AFP / East News

Unieważnienie wyborów i usunięcie Georgescu ponownie otwiera Marcelowi Ciolacu (lub innemu kandydatowi PSD) drogę do zwycięstwa. Paradoksalnie, wzmocnienie Simiona może pomóc PSD w odniesieniu sukcesu. Jeśli to ich kandydat wejdzie bowiem do drugiej tury właśnie z przedstawicielem eurosceptycznej prawicy, to cały pojedynek obydwu kandydatów przedstawić będzie można jako rywalizację geopolityczną, łatwo polaryzującą elektorat i pozwalającą zmobilizować do głosowania na PSD nawet niechętnych jej liberałów.

Z powyższą teorią zdaje się zgadzać Elena Lasconi, liderka prozachodniego, progresywnego, ale opozycyjnego wobec PSD i PNL Związku Ocalenia Rumunii (USR), która miała w drugiej turze zmierzyć się z Georgescu i która w pierwszej pokonała o niecałe 3 tys. głosów lidera socjaldemokratów. Otwarcie skrytykowała ona decyzję Sądu Konstytucyjnego, nazywając ją deptaniem demokracji. Jej zdaniem orzeczenie (uważanego przez wielu za podporządkowany Partii Socjaldemokratycznej) trybunału miało za zadanie odebranie jej potencjalnego zwycięstwa i wyniesienie do godności prezydenckiej przedstawiciela starego układu.

Cień na rumuńskiej demokracji

Bez względu na to, czy teoria o spisku postkomunistów jest prawdziwa, czy nie, nie ma wątpliwości, że w dłuższej perspektywie piątkowe wydarzenia położą się cieniem na rumuńskiej demokracji i dodadzą sił zdobywającym coraz większą popularność radykałom. Mainstream nie uczy się na własnych błędach i nie dostrzega narastającej frustracji elektoratu. Do tego wydaje się nie zauważać, że podejmowane przez niego działania, formalnie mające na celu obronę demokracji, tylko pogłębiają powszechne wśród Rumunów poczucie, że ich dotychczasowi liderzy rozpaczliwie trzymają się władzy.

Hasła o zagrożeniu ze strony Rosji (choć niewątpliwie prawdziwe) także budzą w obecnym kontekście uczucia ambiwalentne. Jeśli bowiem w jakimś kraju za pomocą mediów społecznościowych zewnętrzny „podmiot państwowy” jest w stanie w ciągu zaledwie miesiąca z „nikogo” uczynić lidera wyścigu o fotel prezydenta, to prawdziwym problemem tego kraju nie jest chyba ten tajemniczy podmiot. Bez podatnego gruntu i zmęczonego bezalternatywnością elektoratu żadne manipulacje ani media społecznościowe nie byłyby w stanie tak bardzo wpłynąć na społeczne nastroje.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”