Reklama

Chodzę tam na palcach

Chodzę tam na palcach

25.05.2020
Czyta się kilka minut
KS. ADAM BONIECKI: Towarzyszenie ludziom w odchodzeniu jest patrzeniem z nimi w ciemność, w którą muszą wejść.
Pacjentka hospicjum, styczeń 2018 r. MIROSŁAW PIEŚLAK / PUCKIE HOSPICJUM
A

ANNA GOC: Potrafimy rozmawiać o śmierci?

KS. ADAM BONIECKI: Mam w pamięci historię ciężko chorego, umierającego człowieka. Zadzwoniła do mnie jego matka, poprosiła, żebym przyszedł. W ich domu toczyła się gra, w którą od razu zostałem wtajemniczony. Otóż rodzina starała się ukryć przed chorym, jak poważny jest jego stan. A on ukrywał przed rodziną, że o wszystkim doskonale wie. Zostaliśmy sami, wymieniliśmy grzeczności. „Proszę księdza, mam raka wątroby, nic nie da się już zrobić, zostało mi niewiele czasu. Kiedy mama pyta, czy dobrze się czuję, mówię, że tak. Kiedy przynosi obiad, staram się go zjeść” – powiedział.

O samotności w umieraniu opowiadała mi młoda kobieta, której lekarze po diagnozie dawali najwyżej dwa lata życia. Nikt z jej rodziny nie był gotów na rozmowę o śmierci, dlatego założyła blog i tam pisała o swoim umieraniu.

Czasami chyba łatwiej nam rozmawiać o takich sprawach z kimś obcym. Rodzina przeżywa chorobę, trudno zapanować nad własnymi emocjami, skoncentrować się na człowieku, który tego potrzebuje. Kiedy idę jako ksiądz do umierającego, zazwyczaj się nie znamy. Zdarza się, że dużo rozmawiamy. Ale nie są to zwykle wielkie dysputy o życiu i śmierci ani o istnieniu Boga czy o życiu po.

Bywasz kimś, od kogo oczekuje się pewności, że po śmierci jest coś jeszcze?

Już samo przyjście księdza jest jakąś ulgą. Jeśli tylko nie potępia i nie grozi piekłem. Od księdza chyba oczekuje się tego, żeby przyszedł do nas jako świadek wiary. Choć jedynym świadkiem, który był po tamtej stronie i wrócił, jest Pan Jezus Zmartwychwstały. Nie ma więc co odgrywać teatru, udawać, że jest się kimś, kim się w rzeczywistości nie jest.

Udawać wiary.

Tak, nieszczerość jest szybko wyłapywana. Ale nie powiedziałbym, że spotkanie z umierającym człowiekiem jest dobrym momentem na dzielenie się swoimi momentami zwątpienia w rzeczywistość po śmierci, choć one są udziałem wszystkich albo prawie wszystkich.

Zawsze przy rozmowach o życiu po śmierci przypomina mi się wspaniała prof. Barbara Skarga, która z taką pewnością powiedziała mi kiedyś: „Oczywiście, że się wszystko kończy. Przecież tam nic nie ma”. Mam nadzieję, że się miło rozczarowała.

Przychodzisz do ludzi niewierzących?

Tak, zwykle na zaproszenie rodziny. Bliscy są świadomi złego stanu chorego, chcą, żeby się wyspowiadał przed śmiercią.

Nie mam pretensji do rodzin, które wzywają księdza i czekają, aż się dziadek, stary profesor, wyspowiada. Ale taka akcja budzi zwykle reakcję: „A ja im się nie wyspowiadam. Co oni sobie myślą, że mnie tutaj zbawią?”.

Co odpowiadasz?

Nigdy nie namawiam do spowiedzi, komunii czy przyjęcia jakiegokolwiek sakramentu. Przekonywanie człowieka do nawrócenia, walczenie z nim, zmuszanie do sakramentów, póki żyje – byłoby czymś fatalnym. Umieranie jest intymnym momentem, należy się do niego odnosić z szacunkiem.

Kiedyś przyszedłem do osoby niepraktykującej, od dawna niechodzącej do kościoła. Wierzącej – jak powiedziała – na swój nieobrzędowy sposób. Dużo rozmawialiśmy. Ale przecież nie mogłem spytać, czy chce przyjąć sakramenty. To mi się wydawało niestosowne, bo widziałem, jak sama się boryka z tymi pytaniami.

I jako ksiądz nie masz obowiązku o to zadbać?

Oczywiście, mam, ale chęć spowiedzi czy komunii powinna wyjść od człowieka.

Tak po ludzku sobie myślę, że Pan Bóg widział tych ludzi, którzy tyle dobrego zrobili w życiu, którzy tyle przeszli, którzy byli tacy wewnętrznie uczciwi. Pan Bóg sobie z nimi świetnie poradzi, z ich grzechami, z ich zbawieniem. I to być może będzie zaskoczeniem dla niektórych sędziów swoich bliźnich.

Dobrze, że nie trzeba odhaczyć wszystkich punktów na liście przed śmiercią, jak przed startem samolotu.

Tak, na szczęście na to składa się dużo więcej. Przypomina mi się jeszcze jedna scena: mój dobry znajomy, wspaniały człowiek, którego znałem dziesiątki lat, podziwiałem. Miał udar mózgu, stracił mowę. Leżał w szpitalu, ja obok łóżka. I nagle on chce się wyspowiadać. Szepnąłem, że to nie jest konieczne, że może z Panem Bogiem sam, beze mnie, porozmawiać. Ale jemu bardzo zależało. I ta spowiedź… Niezapomniana. Klęknął przy szpitalnym łóżku, nie bardzo miał siły, nic nie mógł powiedzieć, szarpał się. Powiedziałem mu, że ważne jest patrzenie ku temu, ku któremu idzie. Łzy w oczach… Czułem, że jestem mu potrzebny. Nie dlatego, że przyszedłem jako Boniecki, stary przyjaciel, tylko jako znak czegoś, co jest poza zasięgiem wzroku. Oczywiście, udzieliłem sakramentalnego rozgrzeszenia. Są spowiedzi, w których wymienianie grzechów nie jest do tego niezbędne.


Ksiądz Jan Kaczkowski z podopiecznym hospicjum, marzec 2015 r. / Fot. DAMIAN KRAMSKI

Bartosz Bielenia grający księdza w „Bożym Ciele” opowiadał mi, jaką trudność sprawiła mu scena odwiedzin u umierającej kobiety, mimo że to był plan filmowy, a oni grali.

W takich sytuacjach czuję się jako ksiądz postawiony do pionu. Zdaję sobie sprawę, kim ja naprawdę jestem, i dlaczego jestem ważny jako nieważny, bo istotny jest wtedy ktoś Inny.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie jako ksiądz w takiej sytuacji?

Tak, to było w roku 1960. Dwie siostry, ciężko chore, powoli umierające. Mieszkały razem. Spowiadałem je, przynosiłem komunię, udzieliłem sakramentu namaszczenia. Ale wtedy czułem, że to jest moje zadanie bojowe, że mam coś do zrobienia. Wahania: czy nie zawiodę tych ludzi. Byłem młodym księdzem. Śmierć wydawała mi się wtedy czymś odległym. Jeśli bałem się śmierci, to tej nagłej, która wszystko kończy.

Miałeś takie doświadczenia?

Topiłem się kiedyś, beznadziejnie. To był styczeń, lodowata woda w jeziorze. Był silny wiatr, padał delikatny śnieg. Płynęliśmy z moim znajomym kajakiem, na którym on zmontował żagiel. Byliśmy już blisko drugiego brzegu, gdy nagle kajak się przewrócił. Jezioro głębokie. Po jakichś rozpaczliwych próbach poszedłem na dno. Mój znajomy kilkoma potężnymi ruchami dopłynął do brzegu i stamtąd zobaczył, już pod powierzchnią, moje długie włosy. Bez wahania wrócił po mnie.

Przez chwilę poczułem, że nie uda mi się uratować. Że umieram. Nie miałem wtedy żadnych pobożnych myśli, prawdę mówiąc. I żaden film z mojego życia nie przesunął mi się przed oczami. Jedyna myśl była taka, że to nie jest znowu taka przykra śmierć w lodowatej wodzie. Ocknąłem się dopiero na brzegu.

„Gdyby ktoś umiał spojrzeć na nas z góry, zobaczyłby, że świat jest pełen ludzi biegających w pośpiechu, spoconych i bardzo zmęczonych, oraz ich spóźnionych, pogubionych dusz” – pisze w książce „Zgubiona dusza” Olga Tokarczuk. W tym czekaniu na swoją duszę jest też odnajdywanie siebie na nowo, patrzenie na swoje życie.

Ludzie umierający, którzy nas oczekują, pozwalają nam wejść do jakiejś niezaludnionej sfery w swoim życiu. Poruszam się tam zawsze z nieśmiałością. Ze świadomością, że znalazłem się z tym człowiekiem w jego przestrzeni, zupełnie wyjątkowej. Chodzę tam na palcach, dyskretnie.

Jest taka potrzeba w człowieku, żeby wypowiedzieć swoje lęki i nadzieje. Trzeba być na to uważnym. Czasami ludzie opowiadają mi o tym, co im bardzo ciąży. Co dotąd było spychane poza świadomość. Trzeba słuchać, zostawić tę przestrzeń dla człowieka, który chce jakieś sprawy w sobie uporządkować, być może uspokoić lęki.


Czytaj także: COVID-19 unaocznił wypieraną przez większość z nas prawdę: chorowanie i umieranie może być dobre lub złe


Towarzyszenie ludziom w odchodzeniu jest patrzeniem z nimi w ciemność, w którą muszą wejść. Mieć w sobie uczucie czułości dla umierającego człowieka – to jest ważne.

Zawsze w takich momentach ogarniają mnie myśli: stoję naprzeciw człowieka, który umiera, ja – taki facet, który jeszcze sobie pożyje. Wychodzę z jego domu, a on zostaje, żeby wsiąść do rakiety, która leci w kosmos, w jakieś tajemnicze miejsce.

Teraz podchodzę do tego inaczej.

Jak?

Na pewno bardziej niż kiedyś uświadamiam sobie, że jutro to ja mogę być tym facetem, który odjeżdża na zawsze. Że umieranie coraz bardziej mnie dotyczy.

Człowiek przestępuje jakiś czasowy punkt, dopada go starość, już wie, że lada chwila może umrzeć. Nie zapomnę pani Karoliny Lanckorońskiej, która gdzieś w okolicy swoich setnych urodzin powiedziała do mnie: „Proszę księdza, ja się tak nagle postarzałam”. To było bardzo konkretne. W pewnym momencie starość dopadła ją fizycznie. I ona masę energii wkładała w to, żeby wszystko starannie przygotować. Uporządkować dokumenty i korzystać z tego, że jeszcze żyje.

„Tak nagle się postarzałam” – czasem myślę o tych jej słowach. Prawdę mówiąc, jeszcze nie znam tego uczucia, a już chyba powinienem znać.

Zdarza się, że ktoś prosi, żebyś został? Czuje, że umiera?

Pamiętam historię wybitnego dziennikarza, człowieka ogromnej kultury, bardzo zaangażowanego w sprawy kraju. Poznałem go mieszkając w Rzymie. Nie wiedziałem, że choruje. Zadzwonił do mnie i powiedział: „Proszę księdza, zdaje się, że umieram. Może ksiądz do mnie przyjdzie? Ale niech ksiądz do mnie przyjdzie jako ksiądz”. Wziąłem Pana Jezusa i popędziłem. To była taka wizyta, która zostaje w pamięci na całe życie. Był bardzo słaby. Wyspowiadał się, udzieliłem mu komunii świętej, pomodliliśmy się. Bez żadnych achów ani dramatów. Czułem, że uczestniczę w poważnym przygotowaniu na śmierć człowieka, który ma już spakowane walizki. Potem poprosił, żebym mu kupił serek Philadelphia w sąsiednim sklepie, więc poszedłem, kupiłem. Zjadł. W międzyczasie wezwałem lekarza. Szybka decyzja, że trzeba jechać do szpitala. Pomagałem mu się przebrać. Podtrzymywałem, bo z trudem stał. I w czasie tego przebierania się on zakończył życie, umarł. Nie wiem, czy mu towarzyszyłem w drodze do śmierci. Mam poczucie, że tak. To było autentyczne przeżywanie wiary, która pewnie gdzieś tam była obecna w jego życiu.

Znam wiele historii, kiedy umierający czekali, aż ktoś przyjdzie. To czekanie trzymało ich przy życiu.

Tak, to jest dla mnie mocne przeżycie. Czuję, że doprowadzam kogoś do samego progu. Ludzie, do których przychodzę, mają zwykle świadomość, że już czekają w swojej przystani, że za chwilę przypłynie po nich łódź, która ma ich przeprawić przez Styks.

Pośród tych wielu doświadczeń towarzyszenia ludziom odchodzącym, zwłaszcza kiedy to trwało dłużej, kiedy spotykaliśmy się wielokrotnie, zawsze czułem, że byłem oczekiwany.

Można być przygotowanym do śmierci?

Nie tylko można, ale trzeba. Powiedziałbym, że elementem tego przygotowania jest oswajanie się z myślą, że się umrze. Jest takie powiedzenie, że śmierć zdarza się innym. W którymś momencie człowiek widzi, że jego też dotyczy. Inaczej zaczyna traktować swój czas, spotkania, zaangażowanie.

Póki żyjemy, czerpiemy pełnymi garściami. To jest zrozumiałe, ale myślę, że w którymś momencie może przerodzić się w niezaspokojenie. Znane prawo rosnących potrzeb. Ciągłe nienasycenie. Zrezygnowanie z tego jest chyba pierwszym etapem oswajania śmierci.

Koniec końców jest pytanie: czy to się wszystko wtedy kończy czy jednak się zaczyna?

Spotkałeś ludzi, którzy odchodzili pogodnie?

Tak, są ludzie, którzy mają łaskę widzenia czegoś więcej. Pamiętam kobietę, do której przyszedłem w dniu jej śmierci. Była tak radosna, że spytałem, czy się nie boi. A ona na to: „A czego się bać? Ja całe życie do Niego szłam”. Ale to sytuacje wyjątkowe.

W moim doświadczeniu nieczęsto ktoś mówi: „No świetnie, moje życie się już kończy, zniknę i z moim zniknięciem zniknie też mój ból”. Dlatego gdy ktoś mnie pyta, jak się towarzyszy takim ludziom, nie mogę udzielić właściwie żadnej rady. Trzeba mieć wielki szacunek i być bardzo czujnym: słuchać, czy ktoś chce rozmawiać, czy ktoś chce, żeby być przy nim i z nim się pomodlić, czy ktoś chce, żeby być i się modlić nie z nim, tylko samemu.


W dodatku „O dobrym umieraniu” także: Sprowadziliśmy końcówkę naszego istnienia do wymiaru „odcięcia prądu”. W smutku końca jest piękno, po które przestaliśmy sięgać


I jest ważne, żeby za długo nie siedzieć. Długie siedzenie dla człowieka chorego jest okropnie męczące. Cudowni, wspaniali i kochani, że przyszli, ale już, już… Więc ksiądz tak samo powinien uważać, żeby się nie wczuć za bardzo w rolę anioła.

Nie da się schrzanić własnej śmierci, ale można zepsuć wszystko wokół niej – mówił ks. Jan Kaczkowski.

Spotkaliśmy się kilka razy. Obserwowałem, jak zaprzągał to swoje doświadczenie umierania do towarzyszenia innym ludziom. Nie to, że jemu trzeba było w czymś pomagać. Choć cenił przyjaźń, lgnął do ludzi, był ciepły, serdeczny. Wiara tego człowieka, dziecięca w pozytywnym znaczeniu, była pełna zaufania. Chyba nigdy nie wspomniał o tym, że wierzy w wyzdrowienie, albo że wszystko będzie dobrze. Wierzył za to, że jego życie się nie kończy, tylko zmienia.

Rozmawialiście o tym?

Nie za wiele. Trzeba uważać, żeby tematu śmierci nie przegadać. ©℗

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]