Mimo że skończyłem 71 lat, a od ponad 40 lat pracuję w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, dopiero niedawno miałem okazję po raz pierwszy uczestniczyć w polsko-niemieckim spotkaniu modlitewnym.
Dlaczego dopiero teraz? Może dlatego, że nie umiem po niemiecku? Może pod wpływem podświadomości? Oczywiście, będąc w „Tygodniku” – piśmie, które tworzyli Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Mieczysław Pszon – widziałem pracę na rzecz zbliżenia Polaków i Niemców, i zgadzałem się z tym, co robią moi koledzy, całym sercem.
Dlaczego więc do niedawna nigdy nie mówiłem publicznie o tym, o czym chcę tu napisać?
To najstraszniejsze wspomnienie mojego życia
Moja pamięć zachowuje nietknięte wspomnienie styczniowego poranka roku 1944, kiedy przyszli do nas trzej oficerowie Gestapo. Miałem 10 lat, a każdy szczegół pamiętam tak, jakby to było wczoraj.
Weszli do pokoju rodziców, byli w rozmowie lodowato uprzejmi, mój Ojciec mówił po niemiecku. Zrobili pobieżną rewizję, po czym oświadczyli, że muszą zabrać Ojca, ale że chodzi o jakiś drobiazg (że jako polski oficer z 1939 r. miał obowiązek się zameldować w odpowiednim urzędzie, a był zameldowany w miejscu poprzedniego zamieszkania, w naszym domu, który dwa lata wcześniej został odebrany nam przez Niemców i my zostaliśmy wyrzuceni; Ojciec nie przeniósł tego meldunku do nowego powiatu, pod Warszawą).
Powiedzieli więc, że chodzi o drobiazg. Ale, wiedziony przeczuciem, wiedziałem, że widzę Ojca ostatni raz w życiu. Żegnając się ze mną, poprosił o modlitwę. Modliliśmy się wszyscy jak szaleni. Modlitwa nie została wysłuchana.
Po dziewięciu dniach został, bez żadnego sądu, rozstrzelany wraz z innymi w grupie 250 ludzi. Odesłano nam portfel, zegarek. Nie podano żadnego powodu, dla którego został zabity. Być może w ramach niemieckiego planu eksterminacji polskiej inteligencji.
Jest to najstraszniejsze wspomnienie mego życia, choć różne inne drastyczne rzeczy potem jeszcze przeżyłem.
Nie próbowałem o tym zapomnieć
Pamiętam, po śmierci Ojca moja Matka powiedziała mi: jeśli zamierzasz przystąpić do spowiedzi i komunii, nie możesz mieć w sercu nienawiści. Wydawało mi się, że jej nie mam. Miałem żal i obraz tych, którzy aresztowali Ojca. W trakcie ich wizyty wytężałem uwagę i mówiłem sobie: muszę zapamiętać ich twarze, a po wojnie ich znajdę. Ale nigdy ich oczywiście nie szukałem.
Nie próbowałem zapomnieć. Są przeżycia, których zapomnieć się nie da. Wszystko, co niemieckie, traktowałem jako dalekie i obce, podejrzane.
Tak było do czasu, gdy w 1965 r. trafiłem do „Tygodnika”. Tu spotkałem Niemców z „Akcji Znaków Pokuty”, których pamięć była taka sama jak moja. Cierpieli, ale ich cierpienie było inne. Ich słowa i czyny wyrażały świadomość, że nie wszystkie krzywdy można wynagrodzić. Widziałem ich żal za nie swoje w końcu winy i było to początkiem budowania we mnie poczucia wspólnoty.
Budowanie wspólnoty między Polakami i Niemcami nie jest sprawą zamkniętą
Dlaczego mówię o tym teraz? Z wewnętrznej potrzeby. Bez opowiedzenia o tym trudno byłoby mi modlić się razem z Niemcami, katolikami i ewangelikami, którzy niedawno przyjechali do Krakowa i poprosili, abym wziął udział we wspólnym nabożeństwie o pokój.
Piszę o tym teraz także dlatego, że budowanie wspólnoty między ludźmi i narodami – w tym przypadku: Polakami i Niemcami – nie jest wcale sprawą zamkniętą. Przeciwnie, jest to nadal aktualne.
A dokonać się może także przez pokorę – zarówno tych, którzy będąc dziś synami czy wnukami (jeśli nie prawnukami) zbrodniarzy niosą ciężar strasznych kart swojej historii, jak i pokorę tych, którzy cierpieli, by nie wynosili się z racji cierpienia.
To wszystko dokonuje się bez wielu słów, może najbardziej wtedy, kiedy stajemy przed Panem na modlitwie. Jak polscy biskupi, którzy w 1965 r. wysłali do biskupów niemieckich swój słynny list.
Oddając do rąk Czytelników dodatek do „Tygodnika”, poświęcony tej rocznicy, przypomnijmy, że biskupi napisali wtedy – innymi słowami, ale o to chodziło – to, co powtarzamy w modlitwie: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Od redakcji: ten tekst księdza Adama Bonieckiego ukazał się po raz pierwszy w dodatku „Ziarno pojednania”, „Tygodnik Powszechny” nr 46 z 13 listopada 2005 r.
Artykuł czytasz w otwartym dostępie dzięki projektowi realizowanemu przez Fundację Tygodnika Powszechnego z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Fundacji Renovabis. Inicjatywie partneruje Instytut Goethego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















