Bogdan Szymanik, wydawca: Nasi artyści są na świecie niedocenieni. Powód? Marketing państwa

MSZ zwróciło się do mnie kiedyś z prośbą o wzięcie do dystrybucji wydanego przez nich dwutomowego albumu o Polsce. Wszystko tam było zrobione źle.
Czyta się kilka minut
Bogdan Szymanik podczas obchodów 30-lecia wydawnictwa Bosz, październik 2024 r. // materiały prasowe
Bogdan Szymanik podczas obchodów 30-lecia wydawnictwa Bosz, październik 2024 r. // materiały prasowe

Katarzyna Kubisiowska: Kiedy Pan odkrył dla siebie Bieszczady?

Bogdan Szymanik: W stanie wojennym. To była ucieczka z centrali komunizmu.

Czyli Warszawy.

Ale na tę decyzję miał wpływ także pobyt mój i żony w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy tam od kwietnia 1980 roku, spędziliśmy prawie cały karnawał Solidarności. Z Basią, która była w piątym miesiącu ciąży, do Polski wróciliśmy we wrześniu roku 1981. Przyjaciele stukali się w głowę, mówili: „Człowieku, ty oszalałeś! Gdybyś został, dziecko miałoby obywatelstwo amerykańskie”.

Co Pan robił w Stanach?

Próbowałem zabezpieczyć rodzinie poziom życia wyższy niż to, co proponowała komuna. Byłem housekeeperem, kelnerowałem w luksusowej restauracji, jeździłem taksówką po bogatych przedmieściach Chicago. Stałem przy zlewozmywaku. Mówiło się wtedy, że to popularna praca wśród docentów z Polski.

To dobrze pokazuje, że PRL nie miał litości dla inteligencji.

Poniżające były wynagrodzenia dla wykształconych Polaków. Ja świetnie czułem się w Ameryce. Czerpałem radość z jazdy samochodem ze stanu do stanu, słuchałem muzyki country. Tak się złożyło, że ponownie byłem w Stanach, gdy po raz drugi Reagana wybierano na prezydenta, a ja tego polityka bardzo ceniłem. Każde swoje wystąpienie zaczynał od dobrego dowcipu. Słyszała pani, jak Rosjanin kupował samochód?

Proszę opowiedzieć.

Przychodzi klient do dilera samochodów w Moskwie. Wypełnił wszystkie papiery, zapłacił, diler mówi: „Świetnie, to oczekujemy pana 16 listopada za 10 lat”. Klient pyta: „Przed południem czy po południu?”. Diler: „A to ma znaczenie?”. Klient: „Po popołudniu mam hydraulika”.

Reaganowska Ameryka to był ciekawy kraj, różniący się bardzo od dzisiejszych Stanów.

Pan mówi o swobodach obywatelskich?

Taka sytuacja: wjechaliśmy autem w dość niebezpieczną okolicę i zabłądziliśmy. Kręcimy się, nie możemy znaleźć drogi. W pewnym momencie zatrzymuje się przy nas policja, czujemy trwogę jako ludzie zza żelaznej kurtyny i nielegalni emigranci. A policjanci pytają, gdzie mieszkamy. Podaliśmy adres i oni nas popilotowali na miejsce. Wtedy dotarło do mnie, że policjant ma chronić obywatela, a nie penetrować mu życiorys.

Co jeszcze w Ameryce Pan zaobserwował?

Że pewnych rzeczy ludzie z Zachodu nigdy nie pojmą, oni mają zupełnie inne doświadczenie, a w związku z tym i wyobraźnię. Zaprzyjaźnieni byliśmy z Francisem, z pochodzenia Włochem, urodzonym i mieszkającym w Stanach. Dużo opowiadałem mu o Polsce, komunizmie. Jaki to system, jak działa, jak ogranicza wolność itd. Miałem wrażenie, że z tego, co mówię, Francis dość dużo rozumie. 

I kiedyś siedzę w fotelu ze „Zniewolonym umysłem”, przychodzi Francis, pyta: „Co czytasz?”. Ja na to, że książkę Miłosza. On: „Miłosza czytałem w »Chicago Tribune«, on dostał Nobla, prawda? Czytasz go po angielsku?”. Ja: „Ta książka nie została w Polsce wydana”. On: „Jak to? Noblista nie został wydany? Przecież ludzie by kupili”. Ja: „Francis, człowieku, przecież opowiadałem ci, jak działa komunizm”. On: „Dobra, ale przecież ludzie by kupili. Dlaczego to nie jest wydane po polsku?”. Uznał, że to sytuacja niemożliwa, że zwyczajnie z niego żartuję i wyszedł.

Na usta ciśnie się to pytanie: dlaczego wrócił Pan do Polski?

Do rodziny, ludzi, języka? Nigdy tej decyzji nie żałowałem. Choć sam powrót był szokujący. Dla bezpieczeństwa żony i dziecka płynęliśmy Batorym i kiedy dobiliśmy do Gdyni, zastała nas ciemność. W Stanach wszędzie świeciły latarnie i neony, a tutaj ani jednej żarówki. 

A 13 grudnia pod naszym domem na Żoliborzu zaparkował skot. Wie pani, co to znaczy dla człowieka, który był w Ameryce półtora roku, ten bojowy wóz pod oknem? Wtedy, po kilku latach przerwy, wróciłem do palenia. I wtedy także podjęliśmy z żoną decyzję, że uciekamy z Warszawy. Rozważaliśmy Mazury lub Bieszczady.

Jeziora kontra góry?

Mazury znaliśmy, ale odstraszały nas uciążliwe komary. Wygrały Bieszczady, bo nigdy tam nie byłem. Po roku poszukiwań znalazłem dom w Olszanicy, właściwie to przedmieścia Bieszczad. Bo początkowo myślałem, by jechać głębiej, żyłem legendą bieszczadzką Stachury i Wojaczka. Taki rodzimy dziki Zachód, swoboda, połoniny niczym prerie. Ale zwyciężył rozsądek. Kto pamięta zimy w Bieszczadach, ten wie, o czym mówię. Nieprzejezdne drogi, zwały śniegu, zwykłe pługi nie dawały rady.

Bieszczady na początku lat 80. to też  burość i raz na kilka godzin spóźniony autobus.

Ale wolałem to niż ówczesny warszawski szpan. Z jednej strony bieda, z drugiej kompleksy leczone demonstracją wyższości nad prowincją. W Bieszczadach ludzie byli bardziej serdeczni, przyjaźni.

Bliżej siebie.

A kiedy zacząłem tam żyć, wciąż był obowiązek pracy. Więc zrobiłem się taksówkarzem, pierwszym w historii wioski. Chciałem mieć dodatkowe paliwo, a to była jedyna ku temu okazja. Oprócz tego potrzebowałem w dowodzie osobistym pieczątki potwierdzającej, że jestem gdzieś zatrudniony. Pracowałem też przy zrywce drewna w lesie i była to romantyczna część wyjazdu w Bieszczady.

Bieszczady po roku 1989?

Jednak dynamiczny rozwój, chociaż mniej ciszy, więcej aut i ludzi. A po pierwszej turze wyborów 4 czerwca byłem przewodniczącym Obwodowej Komisji w Olszanicy. Raz zebrałem członków, by omówić szczegóły zbliżającej się drugiej tury, ale do pokoju, gdzie obradowaliśmy, wszedł ówczesny pierwszy sekretarz partii. Spytałem: „A pan tu co?”. Odpowiedział buńczucznie: „Przecież jestem pierwszym sekretarzem PZPR!”. I stała się rzecz niesłychana, wyszedł. Poczuł niechęć, zdał sobie sprawę, że nie ma już innej drogi. W ludziach był entuzjazm, że kończy się partia. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej niewiele osób ośmieliłoby się na konfrontację z komunistami.

To też czas, kiedy ludzie śmielej rozkręcali prywatne interesy. Już w 1988 roku weszła w życie ustawa Wilczka, pierwiosnek kapitalizmu.

A ja w roku 1989  dowiedziałem się, że w Lesku nie ma gdzie sprzedawać tygodnika „Solidarność” i „Gazety Wyborczej”, bo Ruch nie chciał ich tu dystrybuować. Szybko założyłem firmę, kupiłem kiosk, w którym sprzedawałem gazety. Musiałem błyskawicznie wymyślić nazwę i jedyne, na co wpadłem, to połączenie pierwszej sylaby imienia i głoski mojego nazwiska. Tak powstał BOSZ.

To się nazywa strzał w dziesiątkę.

Gazety do tego kiosku dowożone były autobusem relacji Warszawa–Ustrzyki Dolne. Zdarzało się, że za naszymi pracowniczkami niosącymi gazety jeździła jeszcze „suka” milicyjna. W tym czasie po książki i prasę ustawiały się gigantyczne kolejki – ludzie byli spragnieni niezależnych źródeł wiadomości, a ja zacząłem otwierać na Podkarpaciu kolejne księgarnie.

Ja zaglądałam do tej w Lesku i Ustrzykach Dolnych.

Po pięciu latach pomyślałem: skoro tkwię w tych książkach, to powinienem zrobić coś więcej. Wiedziałem, że na rynku wydawniczym brakowało albumów na wysokim poziomie. Polscy wydawcy coś tam wypuszczali, ale to była fatalna jakość. Przypominało to oglądanie meczu na telewizorze marki Rubin: koszulka „biegła” za zawodnikiem. W albumach było podobnie: koszulka nie była na postaci. Rzecz jasna to nie była wina drukarzy, tylko oni nie mieli maszyn, no bo skąd? To wtedy wydałem pierwszy album, oczywiście o „Bieszczadach”.

A sam druk?

Nawiązałem kontakty z przedstawicielami najlepszych drukarni w Europie i na świecie. Wybrałem te w Słowenii i Hongkongu. Dla Warszawy ja byłem z prowincji, a na świecie byłem z prowincjonalnej Polski. Nie miało znaczenia, czy jestem z Warszawy czy z Olszanicy. Natomiast przyjechałem z kraju postkomunistycznego i w związku z tym musiałem ich przekonać, że moje wymagania jakościowe są wyższe niż londyńczyka. Z czasem zacząłem też wydawać inne książki. Jednak naszą specjalnością stały się albumy o sztuce od wielu lat drukowane już w większości w Polsce. Nasze drukarnie zdążyły dogonić świat.

Samych albumów z malarstwem Zdzisława Beksińskiego wydał Pan koło dwudziestu.

Z Beksińskim poznaliśmy się w połowie lat 90. Cztery albumy wydaliśmy jeszcze za jego życia. Beksiński, jakby na wspak swojej mrocznej twórczości, był szalenie ciepły, delikatny i dowcipny. I z dystansem do siebie, życzliwy ludziom. Nigdy złego słowa nie powiedział o innym artyście. A to naprawdę rzadkie, bo w tym środowisku jest mnóstwo rywalizacji, a bywa, że i zawiści.  

Pamiętam, jak pracowaliśmy nad drugim albumem. W jego pracowni spotkali się Władek Pluta, projektant książki, Wiesław Ochman, śpiewak operowy i przyjaciel Beksińskiego, Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego, największy znawca twórczości Beksińskiego oraz ja, jego wydawca. To już działo się po śmierci pani Zofii. 

Wiedzieliśmy, że u Beksińskiego nie dostaniemy ani kawy, ani herbaty, ani niczego innego. Nikt na to nie liczył. A nagle Beksiński wyszedł na moment do kuchni, wraca z piwem i pyta, kto ma ochotę. Więc zaskoczenie. Potem jeszcze doniósł coca-colę, orzeszki i paluszki. Ochman skomentował: „Zdzisiu, jak ja bym wiedział, że ty robisz bankiet, to ja bym się inaczej ubrał”.

Jak się z Beksińskim pracowało?

Świetnie. W pracy właściwie najbardziej neutralny z nas wszystkich. Głównie martwił się, że ja ryzykuję, że mogę stracić.

Jak było?

Beksińskiego sprzedało się w sumie kilkaset tysięcy. Proszę spojrzeć na ten wielki w płóciennej obwolucie.  Właśnie robimy czwarte wydanie, a to przecież nie tylko sporo waży, ale i kosztuje.

Promowanie polskiej sztuki jest Pana misją?

To moja idée fixe. Nasi artyści są niedocenieni ze względu na zły marketing na międzynarodowym rynku. I wciąż nie możemy zmienić wizerunku, a mamy dość lichą ogólnie opinię w świecie. Kiedy czterdzieści lat temu byłem pierwszy raz w Stanach, to ona nie była najlepsza. Kiedy zaczęła się Solidarność, zauważalnie się poprawiła. Jan Paweł II i Lech Wałęsa swoje zrobili, a my tego wszystkiego nadal nie potrafimy wykorzystać.

Proszę o przykład.

Kilkanaście lat temu Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wiedząc, że eksportuję książki do Stanów Zjednoczonych, zwróciło się do mnie z prośbą o wzięcie do dystrybucji wydanego przez nich dwutomowego albumu o Polsce. A ja ten album oceniłem krytycznie, powiedziałem, że wszystko było zrobione źle: projekt, zdjęcia, łamanie, druk, papier. Proszę teraz sobie wyobrazić, że ten album dostaje w prezencie od naszego prezydenta premier Francji, przegląda i myśli: „Skoro dobrze książki nie potrafią zrobić, no to kim oni są?”.

Tak szeroko Pan myśli?

W 2001 roku planowałem wydać album o Nowym Jorku. Jerzy Habdas na ten użytek fotografował Nowy Jork. Kiedy 11 września terroryści uderzyli w wieże, on akurat  znajdował się na moście Brooklińskim i zrobił parę zdjęć. A myśmy proces produkcji przyspieszyli, dodaliśmy zdjęcia z zamachu, wstęp napisał Janusz Głowacki i dwa miesiące po 11 września wyjechał z drukarni album o Nowym Jorku. Kilka jego egzemplarzy zostało oprawionych w skórę. Numer jeden dostał prezydent Bush, numer dwa Giuliani, numer trzy Christopher Hill, ambasador Stanów w Polsce, który zresztą w swojej rezydencji zrobił wspaniałą promocję.

Robi wrażenie.

Proszę zobaczyć, jak nasi politycy schrzanili w 2018 roku obchody stulecia niepodległości Polski. Przecież to wydarzenie nie tylko lokalne, ale ściśle powiązane z zatrzymaniem nawały sowieckiej na Europę. I nie wygrać takiej rocznicy? Nie zaprosić do Polski prezydentów z całego świata? Zorganizować wielką uroczystość, nawiązać współpracę? Zainwestować w reprezentacyjny album, na który nie pokusiło się żadne ministerstwo? To BOSZ wówczas wydał album „Polska 100 lat”. A opowiadanie przez niektórych polityków o patriotyzmie jest funta kłaków warte. Oni niczego nie potrafią. Niewielu by się znalazło, których bym przyjął do pracy. W polityce dominują ludzie bez żadnych dokonań.

Ameryki to Pan teraz nie odkrył.

Był czas, że nie byłem w stanie znieść tego, jak rozmawiają politycy, że zeszli na poziom dysputy, najdelikatniej mówiąc, rynsztokowy. Bicie piany, przerywanie sobie w pół zdania, manipulowanie wypowiedziami, kłamstwa. A ponieważ kiedyś wydałem książkę o savoir vivre, to wysłałem ją do szefów wszystkich klubów parlamentarnych, do tego dołączyłem list z prośbą o przekazanie elementarnej wiedzy o dobrym wychowaniu ich członkom. Podkreśliłem, że moją intencją jest podniesienie poziomu wymiany myśli politycznej.

Ktoś na list odpowiedział?

Nikt.

Pan jednak ma coś z Don Kichota.

Niewątpliwie jest w tym trochę szaleństwa. Niemałym też wyzwaniem dla wydawnictw specjalizujących się w albumach jest pozyskiwanie materiałów pokazujących dzieła artysty. Z jednej strony jest ustawa o domenie publicznej, która mówi, że jeśli minęło 70 lat od śmierci twórcy, można korzystać swobodnie ze zbioru. A mimo tego, niektóre muzea, m.in. Narodowe w Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, bronią tych plików niczym niepodległości. Wbrew ustawie żądają dodatkowych opłat za udostępnianie materiałów.

Co się robi w takiej sytuacji?

Jeśli Muzeum w Poznaniu mówi, że chciałoby za obrazy, załóżmy Chełmońskiego, po ileś tam złotych, to kalkulujemy to i jak wychodzi, że są to zbyt duże koszty, ograniczamy liczbę obrazów, bierzemy do albumu te dwa najważniejsze. Co de facto jest ze szkodą dla Muzeum, którego pierwszym obowiązkiem jest promowanie zbiorów. 

Ale są też Muzea Narodowe, takie jak te w Warszawie i Krakowie czy Narodowe Archiwum Cyfrowe, które swoje zbiory udostępniają bez żadnych problemów. Trzeba pamiętać o tym, że albumy o sztuce to nie są kryminały, one nie sprzedają się w oszałamiających nakładach, dlatego tak bardzo pilnujemy budżetu.

A spadkobiercy artystów?

Są tacy, którzy cieszą się, że pokazujemy sztukę dziadka czy ciotki. Np. w sprawie Zofii Stryjeńskiej spotkałem się na lotnisku z panem Sokołowskim, mężem wnuczki Stryjeńskiej, i zawarliśmy kontrakt w kawiarni. Czy Marisa Łempicka, prawnuczka Tamary, z którą spotkałem się w Vail w stanie Kolorado, gdzie uzgodniliśmy zasady współpracy przy wydawaniu albumów jej prababki. Dobra współpraca przerodziła się w miłą znajomość, co roku jeździmy razem na nartach. A w tym roku nasze albumy o Tamarze Łempickiej były na trzech wystawach: w San Francisco, Houston, a od października są w muzeum na Florydzie.

Ze spadkobiercami zawsze jest tak łatwo?

Są i tacy, z którymi nie sposób się porozumieć. Jest świetny materiał o ich mężach, matkach, ojcach, a oni nie pozwalają na jego wykorzystanie z niepojętych dla nikogo powodów. Dlatego nie będzie książek o wielu tak „chronionych” artystach. Spadkobiercy powinni sobie uświadomić, że twórczość ich bliskich, jeśli nie jest przypominana, to przestaje istnieć w świadomości społecznej.

Co Pana dopinguje do pracy?

Walka z siermiężnością, bylejakością i kompleksami zaszczepionymi jeszcze przez komunę. Mamy ich mnóstwo.

W Pana rodzinie są tradycje wydawnicze?

Nie. Sam mam wykształcenie techniczne, ukończyłem chemię na Politechnice Gdańskiej. Jedynie moja babcia, Jadwiga Łońska z domu Piwkowska, zacna dama, pracowała w bibliotece na Lubelszczyźnie. A przed wojną przyjaźniła się z krewniaczką cara, były razem w jakichś fundacjach. Potem została zesłana z trójką dzieci na Sybir, gdzie świetnie opanowała rosyjski. Oprócz mojej mamy babcia miała dwóch synów, którzy byli AK-owcami i zostali zgładzeni na zamku w Lublinie. Do lat 60. ona jednak wierzyła, że żyją i wrócą do domu. Czekała na nich. Aż pewnego razu trafiła na książkę, w której było czarno na białym, że Bolesław i Jan Łońscy zostali zamordowani przez gestapo w zamku lubelskim. Z babcią jako gówniarz za mało rozmawiałem, teraz mam o to do siebie żal.

A tę energię do działania skąd Pan czerpie?

Z pasji. I ze sportu. W ogóle to byłem nietypowym dzieckiem. Bo z jednej strony dobry uczeń, z drugiej sportowiec. W moich szkolnych czasach takie połączenie było raczej rzadkością. A ja bawiłem się we wszystkie dyscypliny: siatkówka, koszykówka, lekka atletyka, piłka nożna...

Dziś też?

Dzisiaj uwielbiam jazdę na nartach, nie ma góry, z której bym nie zjechał. Jeszcze nie byłem w Japonii, gdzie podobno jest bardzo interesujący śnieg. I codziennie rano jestem na korcie tenisowym. Teraz o szóstej już jest za zimno. W powszednie dni gram godzinę, w sobotę i w niedzielę trochę dłużej. Moim partnerem do gry jest taki jak ja drugi wariat. 

A w domu, na podwórku, mam małe boisko do koszykówki. Gdy wracam po pracy, to mówię do psa: idziemy rzucać do kosza, on siada i kibicuje. Za mało czasu poświęcam golfowi, który jest sportem wspaniałym, ale zbyt absorbującym czasowo. No i godzina wysiłku na korcie to jak cztery godziny golfa. Jeżdżę też na łyżwach, rolkach i rowerze. 

Więc ta energia do działania, o którą Pani pyta, bierze się też z mojej dobrej kondycji. Trzeba mieć siłę fizyczną, oddychać świeżym powietrzem, by była także kreatywność. Jak się nie ma dotlenionego mózgu, to i myślenia nie ma.

Bogdan Szymanik (ur. 1948) jest współzałożycielem wydawnictwa BOSZ, specjalizującego się w edycji wielojęzycznych albumów o sztuce i dziedzictwie kulturowym, których znakiem rozpoznawczym jest wysoka jakość edytorska. Wydał 1000 tytułów w łącznym nakładzie 3,7 mln egzemplarzy. Wiele z nich otrzymało nagrody i wyróżnienia w prestiżowych konkursach książkowych, takich jak: Gourmand World Cookbook Awards (Francja), Najpiękniejsza Książka Roku w konkursie PTWK (Polska) czy Książka Roku w konkursie o „Pióro Fredry” (Polska). W roku 2011 i 2021 albumy wydawnictwa BOSZ dwukrotnie zostały uhonorowane Godłem „Teraz Polska”. BOSZ otrzymało także prestiżowy tytuł Wydawca Roku 2024, przyznany w ramach Nagród Magazynu Literackiego KSIĄŻKI.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zawodnik

Artykuł pochodzi z dodatku Książki w Tygodniku 3/2025