Marcin Tusiński: Kto Ty jesteś?
Marcin Mroczkowski: Rocznik 76, dziecko epoki Gierka. Krakus z dziada pradziada. Staram się być malarzem. Nie byłem nim przez ostatnie dwadzieścia lat z przyczyn życiowych i bardzo mi tego brakowało. To specyficzna działka sztuki, w której nieustannie rozmawia się ze sobą. Kiedy pracowałem w firmach projektowych i jeździłem w delegacje, żal mi było pejzaży, na które patrzyłem, i myśli, które pozostawały bez śladu.
Myślisz o sobie: artysta?
Artysta to człowiek, który poszukuje wolności wyrazu, pozostając jednocześnie bezbronnym wobec różnych opinii i gustów, od których często zależy jego byt. Nieustanne balansowanie pomiędzy całkowitą niezależnością a daleko idącą zależnością. Sztuka jest próbą przekładania idei na praktykę, co często okazuje się bolesne.
Ukończyłeś z wyróżnieniem Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, wygrałeś konkurs na debiut roku. Miałeś wystawę w legnickim BWA. A jednak porzuciłeś malarstwo. Dlaczego?
Rysowałem od najmłodszych lat, jeszcze zanim zacząłem mówić. W domu był szacunek dla malarstwa. Ale początek lat dwutysięcznych był w naszym kraju czasem wybuchu kapitalizmu i trzeba było się orientować. Wylądowałem w firmie, która zajmowała się handlem, zacząłem projektować wnętrza, design, grafikę dla sieci sklepów. Po paru latach pojawiła się kolejna firma, większa, z ambicjami.
Gdy przyszedł czas pandemii, pewne możliwości się pozamykały, ale pojawiła się też okazja na przemyślenie życia i spróbowanie czegoś, co dawałoby więcej wolności. Przez całe lata realizowałem się jako mąż i ojciec, ale jednak czegoś mi brakowało.
W Twoich obrazach wyraźnie odznaczają się perspektywa i przestrzeń. Puste stadiony, samochody bez kierowców, maszyny rzucone z rozmachem na duże płótna. Co to jest? Czego szukasz?
Namalowałem na przykład obraz, na którym widać półki sklepowe w supermarkecie. Opowiada o tym, że patrzysz na jedno, ale myślisz o czymś innym. Oba te światy funkcjonują na płótnie jednocześnie. Obiekty kolejnych warstw spotykają się ze sobą i tworzą nowe, zaskakujące związki. Inny przykład to tłumy na stadionach, które są wielowarstwowym tworem: piętrzysz chaos plam, które rozlewają się i mieszają barwnie jak zbiorowe emocje, a potem przeciwstawiasz go monotonnemu rytmowi trybun. Deklaratywne spotyka się z tym, co ukryte. Szukam prawdy na granicy tych światów. Ale kiedy zaczynam o tym mówić, czar pryska.

Czy to nie doprowadza Cię do czegoś, co Antoni Rząsa nazywał terrorem abstrakcji?
Abstrakcja jest silnym, ale tylko jednym z wielu wyrazów tajemnicy. Problem misterium dotyczy jej tak samo jak innych: w chwili, gdy artysta lub odbiorca czują, że wyczerpali drogę interpretacji, tajemnica znika.
Mam takie doświadczenie z „Tancerką przed oknem” Edgara Degasa, którą widziałem trzy razy w niedługim odstępie czasu. Pośrodku pokoju tańczy młoda kobieta. Pierwszy raz coś mnie przy niej zatrzymało, ale nie wiedziałem co, więc poszedłem dalej. Za drugim – dotarła do mnie jej samotność. Za trzecim razem nie musiałem myśleć, po prostu ją czułem.
Tak, to trzeba bardziej odczuć, niż zrozumieć.
Siedzimy w Twojej pracowni na krakowskich Dębnikach.
Dokładnie w miejscu, w którym mój prapradziadek miał swoją pracownię. Pod koniec XIX w. kupił tu ziemię i wybudował dom. Budynek został zdmuchnięty wybuchem bomby podczas wojny, ale ziemia przy dzisiejszej ulicy Czarodziejskiej pozostała. Moi rodzice od wielu lat chcieli tutaj postawić swój dom i z pewnością duch prapradziadka miał w tym swój udział. Trudno powiedzieć, żebym brał pod uwagę jakąś inną możliwość.
Twój prapradziadek Aleksander Mroczkowski był słynnym pejzażystą. Jego prace można oglądać m.in. w Muzeum Narodowym w Krakowie.
On był z pokolenia, które w drugiej połowie XIX w. włączyło się w nurt współtworzenia polskiej sztuki. Po powstaniu styczniowym spora część młodych ludzi tworzyła w duchu pozytywizmu, to się wiązało z przemianą społeczną, podział na szlachtę i inne stany zaczął się zacierać. Mieszczaństwo wyszło z defensywy. Mój dziadek był jednym z wielu symboli tego procesu.
Jak jest wspominany?
Jako ktoś wyjątkowy, kto starał się pokonywać swoje słabości i robić coś ważnego, dobrego. Jeśli wiesz, skąd się wziąłeś, to daje poczucie, że nie jesteś pierwszy i nie jesteś sam, bo twoi przodkowie też na swój sposób zmagali się z życiem.
Aleks ożenił się z córką włoskiego kupca z okolic Trydentu. Nazywała się Biasion. To spolszczenie od Biazon. Ta rodzina kupiecka miała sklepy w Krakowie, sprowadzała m.in. farby. Prawdopodobnie tak dziadek poznał się ze swoją żoną. W tym samym sklepie zaopatrywał się Matejko, u którego po powrocie z Monachium studiował przez jakiś czas Aleks. I tak właśnie brat mojej praprababki August Biazon znalazł się na „Hołdzie Pruskim”, pozował Matejce.
Poza tym legenda o dziadku w rodzinie jest współbieżna z tym, jak jest opisywany. Był niezłym pejzażystą, który fascynował się Tatrami. W owym czasie to była alternatywa dla typowego malarstwa historycznego. We mnie to gra po nim, mam do pejzażu szczególny stosunek. Szukanie przestrzeni to nasza wspólna cecha. Nie wiem, może to jakaś pamięć genetyczna.
Dowcip polega na tym, że wiele z jego obrazów jest – jak na kogoś po surowej i realistycznej monachijskiej szkole – intuicyjnie skierowana w stronę abstrakcyjnej przestrzeni. Góry są u Aleksandra rzeźbami, to widać w wielu jego obrazach. Gdy sztafaż schodzi na dalszy plan, wszystko zaczyna się sprowadzać do czystszej formy, układu plam, brył i kształtów. Być może wybierając te góry, szukał odejścia, oderwania od symbolu bezpośredniego.
Czego Ciebie to jego poszukiwanie nauczyło?
Wyobraź sobie, że wsiadasz na statek kosmiczny i lecisz na obcą planetę. Wiesz, że tam jest jakaś cywilizacja, lądujesz i wszystko jest dla ciebie szokujące i nowe. Widzieć to potrafić się dziwić temu, na co się patrzy. Uznać cud codzienności, którą przeżywamy.
Mam taką skłonność, że kiedy nie bardzo coś „ogarniam”, staram się wejść piętro wyżej i popatrzeć na to z góry. Kiedy tak pomedytujesz, zawieszasz się, patrząc na coś, wychodzisz trochę z siebie. To jest w dużym stopniu sens malarstwa i w ogóle malowania, że się trochę wychodzi z siebie.
Chodzi o moment: zagapisz się i łapiesz na tym, że się zagapiłeś. Chwytasz potok doznań i myśli, zastanawiając się, co to jest. Wyrywasz się spoza czasu, bo malarstwo jest jednak trochę bezczasem.
Czy to trochę jak z muzyką, która jest zamknięta w czasie i przestrzeni pięciolinii, a jednak służy temu, żeby zabrać nas poza czas i przestrzeń?
Tak, ale to jest pięta achillesowa malarstwa. My jako ssaki mamy szczególną czułość na ruch. To się wiąże z zagrożeniem albo okazją do upolowania ofiary. Myślę, że w człowieku ciągle żyją te atawizmy. A malarstwo to medium, które kompletnie nie operuje w tej płaszczyźnie. Ono po prostu daje ci zatrzymany w czasie układ linii, figur, kompozycję. To rodzi pytanie: jak trafić do odbiorcy, żeby go uwieść?
Kiedy słyszysz muzykę, zwłaszcza rytmiczną, nogi same chodzą. Kiedy oglądasz film, masz masę fajnych możliwości, można cię przestraszyć, wzruszyć albo rozśmieszyć. Masz wytyczoną ścieżkę, którą powinieneś przejść. Podobnie w literaturze. Nawet jeśli próbujesz ją przejść na różne sposoby. A w malarstwie to wyjątkowo ciężkie. Dlatego odbioru obrazu trzeba się nauczyć.
Rodzice dosyć sceptycznie podchodzili do Twoich planów życiowych.
Mnie dobrze szło z matmy. Stryj jest naukowcem, fizykiem. Rodzice chyba chcieli, żebym poszedł podobnym torem. Bali się o mnie, bo życie tych przed-pokoleń pokazywało, że utrzymanie się ze sztuki jest pełne zagadek i niebezpieczeństw. Rozumiem, że z ich punktu widzenia był to przejaw najwyższej troski. W pełni to doceniam. Natomiast moja babcia bardzo wspierała mnie w malowaniu. Rozumiała, że wchodząc na ścieżkę sztuki, trzeba mieć sporo hartu ducha i wiary w to, co się robi. Więc jak masz babcię, która cię wspiera, to jest ci o wiele łatwiej. A potem zagryzasz wargi i działasz, albo musisz się jakoś ustawić.
Kiedyś malowali głównie najbogatsi.
Nadal dobrze jest mieć zaplecze finansowe, które daje poczucie bezpieczeństwa. To był przedmiot rozmów i wątpliwości w rodzinie. Pamiętam taką zabawną sytuację z moim ojcem. Lata temu przy wykańczaniu domu kładliśmy razem płytki. Ojciec zajmował się tym zawsze precyzyjnie i z namaszczeniem. Kiedy zobaczył, jak ja to robię, rzucił: to nie malarstwo!
Jesteś w stanie się z tego utrzymać?
Funkcjonuję w dużym stopniu dzięki wsparciu żony i rodziny. Dzięki temu, że mnie kochają, mówiąc wprost.
Uczysz dzieci malarstwa.
To jest fajny sposób, żeby mieć kontakt z dziećmi, które są fantastyczne, wolne od rzeczy, które nas, dorosłych, ograniczają. Są bardziej spontaniczne. Pewne obszary w ich umysłach są bardziej aktywne, nieprzyćmione przez pragmatyzm. Wiele się od nich uczę.
Jakie wartości chcesz im przekazać?
Malarz David Hockney powiedział, że przestrzeń to jest Bóg. Ja bym chciał, żeby to, co robię, było oknem, przez które można popatrzeć.
Jest taki obraz niemieckiego malarza Neo Raucha, na którym widać artystę z wykrywaczem min – najwyraźniej facet szuka czegoś po omacku. Tymczasem pozostawioną przez niego sztalugę razi piorun. Czytam to tak, że w tym, co się robi, trzeba pozostać prawdziwym. Tego bym sobie życzył.

Marcin Mroczkowski urodzony w 1976 r. w Krakowie. Ukończył z wyróżnieniem krakowską ASP w pracowni prof. Sławomira Karpowicza. Wystawiał m.in. w Fabryce Schindlera, w Galerii Novej, bielskim i legnickim BWA czy w Junge Kunst Aus Polen we Frankfurcie nad Menem. Mieszka i maluje na krakowskich Dębnikach, tworząc m.in. dla prywatnych kolekcjonerów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















