Świat profesora Pokropka

Mówi o sobie „dyrektor”, „kustosz”, „sprzątacz”, „administrator” i „kolekcjoner”. Zebrał ponad 10 tysięcy eksponatów w jedynej takiej kolekcji. Zapraszamy do Otrębusów.

04.07.2017

Czyta się kilka minut

Profesor Marian Pokropek na tle swojego ołtarza na Boże Ciało, czerwiec 2017 r. / Filip Klimaszewski dla „TP”
Profesor Marian Pokropek na tle swojego ołtarza na Boże Ciało, czerwiec 2017 r. / Filip Klimaszewski dla „TP”

Ta sala wielokrotnie zmieniała swój wygląd – mówi na dzień dobry profesor Marian Pokropek, rozkładając na stole plik katalogów. – Proszę zobaczyć, wystawa „Historia i wiara”, 1997 r. Tu stał kardynał Glemp, a tu wisiały obrzędy wielkanocne, bo akurat była Wielkanoc. Każda ekspozycja wymaga nowych aranżacji.

Tych katalogów jest kilkanaście, choć to i tak jedynie wycinek jego działalności. „Pamięć o wojnie”. „Judaica w sztuce ludowej”. „Koń etnograficzny”. „Ptaki w sztuce ludowej”. „Święty Florian w sztuce ludowej”.

– Ponad czterdzieści lat zajmuję się tymi zagadnieniami, mam ciągły kontakt z artystami. To duży materiał. Właściwie trafił pan w dziesiątkę, przyjeżdżając akurat dzisiaj. Jeszcze tydzień temu był tu skład materiałów budowlanych. Wczoraj z kolei przyjechali goście, zrobiliśmy miniotwarcie. Biesiadowaliśmy w dwanaście osób aż do dziewiątej.

– Co się zmieniło?

– Zaraz zobaczy pan jako pierwszy nową ekspozycję, która tworzyła się przez półtora roku. Tu wcześniej były trzy okna, a za nimi taras muzealny. W ubiegłym roku wybiłem drzwi, a taras zadaszyłem. I zamurowałem dwiema arkadowymi ściankami. Tak powstała nowa sala muzealna. Część pawilonu musiałem wcześniej oddać synowi na cele mieszkaniowe, więc chciałem jakoś tę stratę lokalową zrekompensować. To ja pójdę po kawę, a pan niech się rozejrzy.

Dwa razy Wielkanoc

Otrębusy to niewielka podwarszawska miejscowość położona na linii kolejki WKD. Dawniej wieś, dziś raczej osiedle pełne willowych domków tonących w zieleni. I raptem dwa tysiące mieszkańców. Warszawiakom kojarzy się głównie z zespołem pieśni i tańca Mazowsze, który ma tu swoją siedzibę. I może jeszcze z Muzeum Motoryzacji i Techniki, w którym można zobaczyć kilkaset zabytkowych samochodów. Do prof. Pokropka nie da się trafić przypadkiem. Wisząca na bramie tabliczka jest zbyt mała, by mogła zwrócić uwagę przechodnia. Zresztą i tak żeby zwiedzić jego Muzeum Sztuki Ludowej, należy najpierw zadzwonić i się zapowiedzieć.

Marian Pokropek całe dotychczasowe życie przemieszkał na terenie obecnej gminy Brwinów. Urodził się w 1932 r., uczył się w tutejszej podstawówce, a dopiero do gimnazjum jeździł do Warszawy. W 1952 r. rozpoczął studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie trafił do Zakładu Etnografii. 45 lat później został profesorem zwyczajnym.

Wraz z emeryturą zaczęła się jego druga młodość. 15 września 1996 r. na własnej posesji przy ulicy Natalińskiej w Otrębusach otworzył prywatne muzeum, którego tematyka pokrywała się z zakresem jego pracy badawczej. Siedziało mu w głowie już od dwóch i pół dekady, ale postawienie muzealnego pawilonu z pensji naukowca nie jest rzeczą łatwą. Może dlatego, ­kiedy w końcu mu się udało, na świerkowej belce w centralnym punkcie budynku kazał wyryć napis: „Budowano za pontyfikatu Jana Pawła II, orędownika solidarności ludzkich serc”.

Przyjmuje gości z całej Polski, ale też z zagranicy. Najczęściej to szkolne wycieczki, ale byli u niego również m.in. parlamentarzyści z Francji i Japonii. Czasem wpadają zwykli turyści. Ostatnio coraz rzadziej, głównie w weekendy. Profesor ubolewa jedynie, że prawie wcale nie zaglądają do niego mieszkańcy samych Otrębusów. Ale zaraz ich usprawiedliwia.

– Takie czasy – mówi – książek ludzie nie czytają, to po co im muzea, teatry, filharmonie? Chleba powszedniego daj nam dziś, Panie.

Żeby opowiedzieć o Muzeum Sztuki Ludowej, należy zacząć w czasach głębokiego PRL-u.

– Z twórcami ludowymi zetknąłem się podczas pracy nad „Atlasem sztuki ludowej i folkloru w Polsce”. Podjąłem się jego opracowania w latach 70., bo potrzebowałem pieniędzy. Chodziło o to, żeby przedstawić istniejące zabytki kultury i sztuki ludowej, architektury, muzea, zespoły pieśni i tańca i właśnie artystów. Dziś to ­byłoby łatwe z uwagi na internet, ale wtedy nie miałem dostępu do żadnej dokumentacji czy archiwów. No, ale teraz ten atlas sam jest już zabytkiem, w połowie nieaktualnym.

– Wszystkie opisane miejsca pan odwiedził?

– Muzea i twórców ludowych poznawałem osobiście. Trwało to razem osiem lat. Najpierw przez cztery lata opracowywałem całość, ale gdy oddałem ją do redakcji, wydarzyła się reforma administracji za premiera Jaroszewicza. Przygotowana już do druku praca została odrzucona, bo przy każdym haśle podawałem miejscowość, powiat i województwo. A teraz zlikwidowano powiaty i zakazano przedstawiania stanu sprzed reformy. Musiałem to uaktualnić, ale przecież nie było żadnych map czy wykazów. Idiotyczny był ten PRL. Dopiero w 1978 r. udało się wydać atlas.

Muzeum od samego początku było przedsięwzięciem prywatnym. Profesor Pokropek latami próbował doprosić się o dotacje czy finansowe wsparcie, ale każdy kolejny minister kultury odprawiał go z kwitkiem. Jeśli muzeum jest prywatne, to żadna państwowa instytucja nie może go sponsorować, słyszał w ostatnich latach i od ministra Bogdana Zdrojewskiego, i od ministra Piotra Glińskiego.

Dlatego dziś mówi o sobie „dyrektor”, „kustosz”, „sprzątacz”, „administrator”. I „kolekcjoner”, bo wszystkie eksponaty zdobył sam. Obrazy, rzeźby, zabawki, pisanki, kodry, czyli łowickie wycinanki. Większość kupował – i wciąż kupuje, inne dostaje w depozyt. Czasem ktoś coś ofiaruje lub odda w ramach wymiany. Rok temu pojechał na Białoruś z wycinankami, które zamówił w Łowiczu, a potem wymieniał je na tamtejsze.

Eksponatów jest w Otrębusach około 10 tys., choć trudno tę liczbę dookreślić.

– Jeśli za eksponat przyjmiemy pojedynczą pisankę lub wycinankę, to od razu zrobi się z tego 20 tys. eksponatów. Pisanki od lat przywożę z Ukrainy, bo zwykle tak się dobrze składa, że Wielkanoc jest najpierw u nas, a potem u nich, więc można zaliczyć obie. Dziesięć lat już tam bywam. Na Huculszczyźnie, Pokuciu, Bukowinie. Tam wciąż żywa jest etnografia, której u nas już trochę brakuje. A że jestem etnografem słowiańszczyzny, to jeżdżę, póki mam zdrowie.

Co autor miał na myśli

Kiedy ogląda się bezlik kolorowych dzieł sztuki, w oczy rzuca się przede wszystkim ich ogromna różnorodność. Portrety tak naiwne, jakby malowane ręką dziecka, przeplatają się z wizerunkami godnymi muzeów sztuki profesjonalnej. Na szkle, płótnie, desce, tekturze, papierze. Drzeworyty i drewniane rzeźby. Profesor mówi, że to, co w danej chwili pokazuje, to raptem 25 proc. wszystkiego, co ma. Na więcej brakuje przestrzeni. Zresztą wystawę łączy z funkcją magazynu. W sali kominkowej w piwnicy budynku stoją regały, na których zgromadził naukowy dorobek swojego życia: książki, pisma, rękopisy i maszynopisy. Ale żeby ten bałagan schować, zakrył go obrazami. Podobnie archiwum fotograficzne na parterze. Za krzyżem z wycinanek przygotowanym na jedną z minionych procesji Bożego Ciała stoją rzędy bibliotecznych szufladek. Znajduje się w nich ponad pół miliona negatywów wykonanych od 1952 r. do lat współczesnych. Krajowe, zagraniczne, czarno-białe i kolorowe.

– A tu za obrazami są szafy. Ubyło mi ostatnio pomieszczeń, więc musiałem przenieść do tej sali całe moje archiwum fotograficzne. Ułożone albumami, razem 20 lub 30 tys. odbitek. Nie stać mnie na to, by wywołać wszystkie filmy – mówi, po czym otwiera jeden z albumów z objazdu po Białorusi. Na zdjęciach widać głównie całe budynki, ich wnętrza, sporo architektonicznych detali. Jak mówi, fotografuje to, co mu się nawinie. Wszystkie zdjęcia numeruje. Każdy negatyw kroi na części po sześć zdjęć, daje tym paskom odpowiednią sygnaturę i dzięki temu każdą fotografię może potem łatwo znaleźć.

– I sam pan te wszystkie rozwiązania wymyślił?

– Nie mam wyjścia. Ciągle dostaję prospekty firm produkujących najróżniejsze wyposażenie dla muzeów, jakieś ekrany i inne cuda. Gdybym je miał, nie musiałbym sam robić tych drewnianych listew, malować, przybijać, przykręcać śrubkami. Podziwiam te urządzenia, ale nie mam na nie pieniędzy. Dlatego całe muzeum to po prostu moje rękodzieło.

– Dyrektor, kustosz i jeszcze stolarz?

– Proszę pana, ja nawet ramki na wycinanki muszę robić sam. Nie stać mnie na komplet najtańszych ramek z Castoramy, bo one kosztują po kilkadziesiąt złotych. No to kupuję folię, bristol, kartony, listwy i robię takie ramki samemu. Tak jak panu mówiłem, sponsoruję to muzeum tymi dziesięcioma palcami.

Zanim zaczniemy przyglądać się poszczególnym eksponatom, proszę o krótki wykład na temat sztuki ludowej. Słyszę, że profesor zajmuje się niemal wyłącznie tylko dwoma tematami. Po pierwsze – religia i sakralność, a więc sceny biblijne, przedstawienia świętych, żywot Jezusa. Po drugie – patriotyzm i historia Polski, w tym obrzędy i zwyczaje wsi. Najlepiej ilustruje to wydany w ubiegłym roku album „1500 lat Polski chrześcijańskiej od św. Wojciecha do św. Jana Pawła II”. Wszystkie pokazane w nim dzieła pochodzą z otrębuskich zbiorów. Epilog to płaskorzeźba i obraz poświęcone katastrofie lotniczej z 10 kwietnia 2010 r.

„Podane przykłady prac o tematyce smoleńskiej napawają nadzieją, że twórczości ludowej nie musimy rozpatrywać tylko w kategoriach sztuki tradycyjnej, ale że jest ona sztuką ciągle żywotną, reagującą na współczesne wydarzenia” – pisze w nim prof. Pokropek.

– Wyrosłem w takim, a nie innym środowisku. Jeśli ktoś za młodu był harcerzem, ministrantem, sportowcem, a potem jeszcze pedagogiem, to siłą rzeczy coś z tego zostaje – mówi.

– Traktuję tę sztukę nie jako zbiór sam w sobie, ale reprezentację wspomnianych idei – dodaje.

Nie bujaj w obłokach

Do sztuki współczesnej odnosi się bardzo krytycznie. Twierdzi, że ta ludowa jest wyobrażeniowa, więc kiedy artysta zaczyna przedstawiać jakieś wyabstrahowane fobie, takie dzieło przestaje go interesować.

– Niech się psycholog interesuje, a nie ja – dodaje. Mówi o instalacjach z krzeseł, butów, szmatek, które jego zdaniem nie niosą ze sobą żadnych wartości poznawczych. Nie rozumie ich i nie akceptuje: – Bo ja chcę widzieć, co autor ma mi do powiedzenia. Chodźmy, pokażę.

Stajemy przed zielonym pejzażem. Na łące leży chłopak, chyba przysypia, wokół pasą się krowy. Na lazurowym niebie parę chmur, na jednej z nich jeszcze jedna postać. „Błaziak”, czytam podpis w narożniku.

– Ciekawy autor ze wsi Suchodoły koło Krasnegostawu, rocznik 1925. Wiele lat temu muzeum w Toruniu ogłosiło konkurs pt. „Dziecko w sztuce ludowej”. Edward Błaziak wysłał ten obraz, ale go odrzucono. Postanowiłem go kupić i wówczas usłyszałem historię jego powstania. Kiedy był młody, Błaziak zarabiał jako malarz pokojowy i muzyk. Zdolny był. Komunistyczna propaganda mówiła, że kultura ma być dla mas, więc pewnego razu pojechał do Krakowa z podaniem o przyjęcie na Akademię Sztuk Pięknych. Oczywiście go wyśmiano, więc kiedy wrócił do siebie, cała wieś mówiła „Edzio, nie bujaj w obłokach”. Niech pan spojrzy, ten chłopak na łące i ten na chmurze to właśnie Błaziak. Zresztą po tej nieudanej eskapadzie do Krakowa na 20 lat przestał malować.

Albo inny obraz. Nieżyjący już Wiktor Chrzanowski z Torunia, rocznik 1946. Namalowany w prezencie dla prof. Pokropka: – Opowiedziałem kiedyś Chrzanowskiemu o moim dzieciństwie. Ojciec miał sad, ale kiedy zaczęła się wojna, wydzierżawił go Żydowi. Jako najmłodsze dziecko nie rozumiałem, dlaczego nie mogę zrywać jabłek na mojej ojcowiźnie. Chodziło się więc na tę dzierżawę, kradło owoce, a Żyd gonił. Na tym obrazie widać taką scenę – to jestem ja kradnący jabłko z dzierżawy. Potem było tak, że Żyd poskarżył się na mnie ojcu, dostałem lanie, ale później codziennie przynosił mi jedno jabłko i gruszkę. To dla Mońka, mówił.

– Ci twórcy to chyba w większości ludzie starsi?

– Sobota zaczął rzeźbić w wieku 78 lat. Walicka będąc na emeryturze, Chrzanowski dopiero po 65. roku życia, bo wcześniej pracował jako dekorator. O historii Błaziaka już opowiadałem.

– A są jakieś regiony, gdzie tworzy się więcej niż gdzie indziej?

– Malarstwo ze Śląska jest bardzo ciekawe, bo w latach 60. i 70. przy kopalniach i hutach istniały domy kultury. Sztuka była dla górników odskocznią po pracy. Mam piękny zbiór klasycznych śląskich linorytów. Mówi się też o ośrodkach rzeźbiarskich: sierpeckim, łukowskim, kutnowskim. Zwykle jest tak, że jest jeden czy dwóch autorów, udaje się ich rozpropagować, a potem pół wsi ich naśladuje. Albo taki Paszyn, nowosądeckie. Wskutek działalności ks. Edwarda Nitki, który pracował z tamtejszymi artystami, w najlepszym okresie rzeźbiło tam 80 osób!

Szukanie twórców na polskiej prowincji to praca detektywistyczna. Trzeba śledzić wystawy, wydawnictwa, artykuły w prasie poświęconej sztuce, wymieniać się nazwiskami z innymi kolekcjonerami. Czasem nowych artystów znajduje się przypadkiem. Dla profesora takim odkryciem był wspomniany już Józef Sobota z Regut koło Otwocka. Kilkadziesiąt jego rzeźb – kapliczek, podobizn Maryi czy Chrystusa Frasobliwego – ma dziś Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie.

– Kiedyś napisałem o nim artykuł, czego efektem było to, że straciłem możliwość pozyskiwania od niego zabytków. Przyjeżdżali handlarze i podbijali ceny. Dziadzio miał 80 lat, był sparaliżowany, więc siedział na przyzbie i rzeźbił, a rodzina inkasowała pieniądze. Kolekcjonerzy z zagranicy zachwycali się jego prymitywnymi kapliczkami. A ja mam tylko te najstarsze i najcenniejsze, z czasów, kiedy jeszcze nie był sławny.

W jego kolekcji sporo jest również prac artystów niepełnosprawnych. Jak zauważa, między sztuką ludową a tą nieprofesjonalną, tworzoną w celach terapeutycznych, istnieje silny związek. Przez kilka lat zasiadał w jury konkursu organizowanego przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Oprócz niego był w nim jeszcze m.in. Andrzej Renes, twórca kilku warszawskich pomników, w tym kardynała Wyszyńskiego i Stefana Starzyńskiego. Konkursowi dwukrotnie patronowała Maria Kaczyńska, więc miesiąc po katastrofie w Smoleńsku zorganizował w Otrębusach wystawę z jej fotografiami wśród PFRON-owskich laureatów.

– Rozmawiałem kiedyś z panią Kaczyńską na temat powołania muzeum sztuki osób niepełnosprawnych. Sugerowałem, że chętnie się tego zadania podejmę. Takie muzeum mogłoby istnieć tu w Otrębusach, obok mojej placówki. A potem, po kwietniu 2010 r., pięćset eksponatów z tych konkursów, które były u mnie zdeponowane, wywieziono do Warszawy i słuch po nich zaginął. No i przestałem być zapraszany do jury tego konkursu.

Tylko nie chwalić

Na odchodne profesor prosi o wpis do księgi pamiątkowej muzeum. Ta aktualna jest piąta z kolei, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę długi żywot placówki. „Niech zbiory sztuki ludowej gromadzone przez Pana Profesora uczą miłości do wiary i Ojczyzny”, napisał 20 lat temu kardynał Józef Glemp.

– Tylko bez pochwał – prosi prof. Pokropek. – Bo wszyscy chwalą, ale żeby cokolwiek pomóc, to nie. Był u mnie przedstawiciel Zachęty, chciał współpracować, nie wyszło. Był marszałek Struzik, napisał „och, ach, współpracujmy”, ale potem palcem nie kiwnął.

– Trudno pana nie chwalić – zauważam.

– Czasami sam się zastanawiam, po co mi to wszystko. Dla kogo? Dzieci mi mówią, że nie będą w stanie finansowo tego utrzymać. Ja mam 85 lat, nie myślę jeszcze o śmierci, ale zdaję sobie sprawę, że proces zanikania jest bardzo krótki. To się może zdarzyć lada moment, lada miesiąc. Ile będę jeszcze żyć? Będę szczęśliwy, jak dożyję dziewięćdziesiątki. A co potem? Córka kończyła etnografię, ale nie pracuje w zawodzie.

– To może wnuki?

– Może trzeba przeczekać pokolenie. Pewien nieżyjący już dziennikarz po wizycie u mnie napisał, że trzeba być wariatem, by robić taką rzecz. Chyba miał rację. Ale nie myślę o tym i działam. W planie mam jeszcze jedną rozbudowę, choć prawdopodobnie już jej nie ukończę. Na dobrą sprawę wystarcza mi to, co już zrobiłem. Przychodzę tu sobie, siadam i odpoczywam. W tej sali zebrało się tyle moich wspomnień, że traktuję je jako odskocznię od tego, co nas otacza. Tu jest mój świat. ©

MARIAN POKROPEK (ur. 1932) jest etnografem słowiańszczyzny, profesorem Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, założycielem Muzeum Polskiej Sztuki Ludowej w Otrębusach. Autor kilkudziesięciu opracowań z zakresu sztuki ludowej. Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalami Zasłużony dla Kultury Polskiej i Komisji Edukacji Narodowej, laureat Nagrody im. Oskara Kolberga.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2017