Blask rosyjskich świecidełek. Jak kremlowscy macherzy próbują kupić Donalda Trumpa

Kreml postrzega kadencję obecnego prezydenta USA jako „okno możliwości”, które trzeba wykorzystać do maksimum. Aby przeciągnąć go na swoją stronę, przemawia na różne sposoby. Najbardziej obiecujące są wizje złotych gór, podlane sosem kabotyńskich pochlebstw.
Czyta się kilka minut
Kirył Dmitriew, specjalny wysłannik Putina do spraw inwestycji i współpracy gospodarczej, oraz jego odpowiednik ze strony Trumpa Steve Witkoff. Petersburg, 11 kwietnia 2025 r. // Fot. Vyacheslav Prokofyev / POOL / AFP / East News
Kirył Dmitriew, specjalny wysłannik Putina do spraw inwestycji i współpracy gospodarczej, oraz jego odpowiednik ze strony Trumpa Steve Witkoff. Petersburg, 11 kwietnia 2025 r. // Fot. Vyacheslav Prokofyev / POOL / AFP / East News

Administracja Trumpa „nie tylko zapobiegła wybuchowi III wojny światowej, ale osiągnęła też znaczny postęp w rozwiązaniu sprawy Ukrainy” – tego komplementu, wygłoszonego w amerykańskiej telewizji, nie wypowiedział wcale jeden z zauszników prezydenta USA. Był to Kirył Dmitriew, specjalny wysłannik Putina do spraw inwestycji i współpracy gospodarczej.

W przekonaniu o genialności prezydenta USA jest on zresztą konsekwentny, czemu daje regularnie wyraz. Jego ustawiczne pochlebstwa pod adresem Trumpa sprawiają, że Dmitriew wyrasta na czołowego architekta zachodzącego obecnie rosyjsko-amerykańskiego resetu. To on na początku kwietnia poleciał do Waszyngtonu, by rozmawiać z Amerykanami.

Administracja USA zadbała o to, aby ta podróż była możliwa, czasowo zawieszając nałożone na Dmitriewa sankcje. On zaś wykorzystał sposobność do maksimum, spotykając się z kluczowymi członkami obecnej ekipy i występując w amerykańskiej telewizji.

Kirył Dmitriew to kluczowa postać w nowej taktyce Kremla

Ten 50-letni zausznik Putina, z wykształcenia ekonomista, jest predysponowany do roli głównego negocjatora z USA. Ma na to papiery. Studiował na topowych amerykańskich uczelniach, a na tamtejszym rynku finansowym miał jakoby zjeść zęby. Kontakty z ekipą Trumpa ma jeszcze z czasów jego pierwszej kadencji.

Dmitriew cieszy się przy tym dużym zaufaniem Putina. Jego żona pracuje z młodszą córką dyktatora, a samemu finansiście – zarządzającemu funduszem koordynującym zagraniczne inwestycje w Rosji – powierzano w przeszłości istotne zadania. Choćby dystrybucję rosyjskiej szczepionki na covid bądź kuratelę nad gospodarczą współpracą z krajami Zatoki Perskiej.

Dziś gwiazda Dmitriewa rośnie: jest on spiritus movens najbardziej udanej „ścieżki” wielopoziomowych negocjacji Rosja-USA.

Rozmowy te są prowadzone w kilku formatach. Jest stopień „techniczny”, wypracowywany w Stambule i dotyczący głównie funkcjonowania wzajemnych misji dyplomatycznych, bez poruszania tematu ukraińskiego. Ukraina stanowi natomiast temat numer jeden w Rijadzie, gdzie w ruch poszła „dyplomacja wahadłowa”: Amerykanie spotykają się tam i z Ukraińcami, i z Rosjanami, niejako na zmianę.

Rosyjski przekaz na miarę trumpowskej elity

Do tego dochodzi format „biznesowy”, którego twarzą jest właśnie Dmitriew.

Zamierzenie Rosjan jest takie, aby zbliżenie obu stron miało miejsce również za pośrednictwem wspólnych inicjatyw gospodarczych. Ścieżka ta jest o tyle istotna, że w pewnym sensie pozwala na wyjście poza sztywne instytucjonalne ramy dyplomacji.

To za pomocą tego formatu Rosjanie tworzą środowisko, które trumpowska elita doskonale rozumie. Prezydent USA lubuje się przecież w równoważeniu wpływów zawodowych polityków – takich jak sekretarz stanu Marco Rubio – przez dokooptowywanie zaufanych przyjaciół. Głównym przykładem jest Steve Witkoff – jego wysłannik do spraw Bliskiego Wschodu, inwestor i deweloper, a także buddy Trumpa, jego kumpel.

Dmitriew – do niedawna niezajmujący żadnego wysokiego stanowiska w kremlowskiej administracji – stanowi lustrzane odbicie tej tendencji. W podobny sposób równoważy on wpływy rosyjskiego „głębokiego państwa”, którego reprezentuje choćby Siergiej Ławrow, szef MSZ. Tak jak Witkoffa z Trumpem, również Dmitriewa łączą prywatne więzi z Putinem.

Proste pochlebstwa kremlowskich macherów

Pojawienie się Dmitriewa, relatywnie nowej figury, pozwala Rosjanom na odświeżenie własnego przekazu wobec USA. Na poziomie retorycznym może on powiedzieć więcej niż kremlowscy oficjele. Wystarczy prześledzić jego konto w sieci X, gdzie codziennie przekleja posty Trumpa czy J.D. Vance’a. Zawsze z podobnym komentarzem, podkreślającym wyjątkowość i genialność obu Amerykanów. Mimo wszystko wciąż trudno sobie wyobrazić, by na profilu rosyjskiego MSZ pojawiały się takie treści.  

Ten przekaz ma ogromne znaczenie. Biorąc pod uwagę charakter Trumpa, są to po prostu punkty, które niezwykle łatwo zgarnąć – i to poprzez zwykłe przypodobanie się amerykańskiemu przywódcy. Kremlowscy macherzy zapewne doszli do prostego wniosku: że należy „doinwestować” w relację z Trumpem przez pochlebstwa.

Nie trzeba się przy tym nawet silić na oryginalność, wystarczy powtarzać zaklęcia, które wypowiada samo otoczenie prezydenta USA. A że Dmitriew jest nieco oddalony od rosyjskiej machiny państwowej, od jego stwierdzeń zawsze można się – gdyby była taka potrzeba – zdystansować, przedstawiając je jako prywatne opinie.

Rosjanie nie kryją, że próbują przelicytować Ukrainę

Adoracja to jednak nie wszystko. Jej efekt da się zwiększyć za pomocą darów, by nie powiedzieć: przekupstwa. „Biznesowy” format negocjacji to przecież także niekończące się pasmo rosyjskich propozycji. Moskwa oferuje Amerykanom kolejne obszary współpracy gospodarczej, w których obie strony mają wspólnie generować bilionowe zyski.

Chodzi o kooperację energetyczną czy wspólne projekty w Arktyce. Szczegółów jest tu jak na lekarstwo – nie licząc ogólnikowych twierdzeń Rosjan, jakoby Amerykanie byli zainteresowani przejęciem kontroli nad nieuszkodzoną nitką gazociągu Nord Stream 2.

Rosjanie nawet nie kryją, że w ten sposób próbują przelicytować konkurentów o sympatię Trumpa – czyli Ukrainę. Na tle amerykańsko-ukraińskiej scysji o dostęp do ukraińskich metali ziem rzadkich pod koniec lutego Putin osobiście proponował „amerykańskim partnerom” wejście we wspólne projekty wydobycia tych minerałów. Zapewniał, że w Rosji jest ich w bród.

Do podjęcia tej współpracy Amerykanów ma nakłonić rosyjska propaganda sukcesu. Według niej amerykańskie firmy wręcz się palą do powrotu na rosyjski rynek. Wystarczy tylko zdjąć sankcje, by koncerny mogły odrobić rzekome straty wynikające z wycofania się z Rosji. Dmitriew wycenił je na ponad 300 mld dolarów, głównie z tytułu „utraconych dochodów”, które nie zostały zrealizowane przez Amerykanów w latach 2022-25.

Robienie biznesu w Rosji jest niepewne i ryzykowne

Tyle tylko, że to szacunki z powietrza. Metodyka liczenia „utraconych dochodów” nie została przez Dmitriewa ujawniona, a wartość aktywów amerykańskich firm w Rosji sprzed 2022 r. jest przez ekonomistów wyceniana na ok. 50 mld dolarów. Trudno więc, aby były w stanie wygenerować takie zyski przez trzy lata.

Wątpliwości budzą też same propozycje współpracy. W przypadku metali ziem rzadkich – owszem, Rosja ma ich duże rezerwy. Problem w tym, że złoża położone są na tyle daleko od korytarzy transportowych, że rozpoczęcie wydobycia będzie nie tylko niezwykle kosztowne, ale też czasochłonne. To przesuwa perspektywę profitów w mglistą przyszłość.

Inna sporna kwestia to współpraca na polu energetycznym, np. gdy idzie o rzekome porozumienie dotyczące przesyłu rosyjskiego gazu do Europy. Tu sprzeczność jest widoczna gołym okiem. Amerykańscy producenci gazu skroplonego zarobili bowiem krocie na tym, że Gazprom uciął dostawy do Europy. Dla nich Rosjanie to przede wszystkim konkurencja.

Do tego dochodzi korporacyjny risk assesment dla działalności w Rosji. Niepewny klimat inwestycyjny, korupcja i fikcja niezawisłego sądownictwa – to wszystko sprawia, że z perspektywy amerykańskich firm decyzja o wznowieniu pracy na rosyjskim rynku nie jest wcale prosta, a do tego obarczona poważnym ryzykiem.

Na kreśleniu nierzeczywistych ofert Rosja nic nie traci

Jest jednak i druga strona medalu. Suflowana na potrzeby medialnego show wizja inkasowania zysków w Rosji może rozpalać wyobraźnię części amerykańskiego establishmentu. Szczególnie tej, dla której Rosja nie jest państwem wrogim.

Uruchamiając „biznesową” ścieżkę, Rosjanie trafnie rozpoznali czułe punkty ekipy Trumpa. Obsesja zawierania coraz to kolejnych „pięknych dealów” w błysku fleszy sprawia, że Moskwa celowo gra tę właśnie melodię. Kalkulacja jest jasna: merkantylizm prezydenta USA i jego zauszników weźmie górę, miraż przyszłych gór pieniędzy przesłoni kwestie bezpieczeństwa.

Tymczasem na kreśleniu nierzeczywistych ofert Moskwa nic nie traci. Ważne jest, że roztacza się przed Amerykanami perspektywę szerokiego i kompleksowego porozumienia. Podbija się przy tym medialną wrzawę i tworzy iluzję rozmów.

Ten zabieg spełnił już zresztą swoje zadanie, przynajmniej częściowo. Rosja skutecznie wciągnęła Trumpa do rozmów, choć nie spełniła kluczowego warunku, który Waszyngton określał jako niezbędny dla rozpoczęcia jakichkolwiek negocjacji: wstrzymania ognia. Choć rosyjskie drony i rakiety wciąż spadają na Ukrainę, zabijając także cywilów (jak w Sumach w Niedzielę Palmową), Dmitriew swobodnie maluje przed współpracownikami Trumpa obraz Rosji jako rzetelnego partnera, dzięki któremu można zarobić.

Przekaz Kremla brzmi prosto: „Tylko głupi by nie skorzystał”

Rozmowa o wspólnych przedsięwzięciach obliczona jest zatem na to, by ukryć intencje Putina. Dyktator nie ma zamiaru zaprzestać wojny z Ukrainą, dopóki ta nie zostanie „zdemilitaryzowana” i „zdenazyfikowana”. Tłumacząc na polski: dopóki nie zostanie podporządkowana Rosji. Ten cel ma zostać przesłonięty przez blask świecidełek, podstawianych pod nos Amerykanów.

Jest to podejście o tyle nowatorskie, że formalne rozmowy przedstawicieli USA i Rosji wciąż są obarczone dużą dozą nieufności. Rosyjscy decydenci – czy to dyplomaci, czy przedstawiciele służb – mają głęboko wpojoną wrogość do Ameryki. To zaś usztywnia ich pozycję, kierując ją mimowolnie na kurs kolizyjny z Waszyngtonem.

Tego „gorsetu”, który pozbawia elastyczności, nie nosi jednak Dmitriew. Cały biznesowy format negocjacji USA-Rosja zdaje się bazować na zupełnie innej osnowie. Ich adresatem nie są Stany jako takie. Oferty są kierowane przede wszystkim do Trumpa i są sformatowane jako próba przekupienia jego samego i bliskich mu współpracowników. Przekaz Kremla brzmi prosto: „Tylko głupi by nie skorzystał”.

Kto na koniec okaże się przegrywem?

Koniec końców, Rosjanie postrzegają obecnego prezydenta USA przede wszystkim jako „okno możliwości”, które trzeba wykorzystać do maksimum. Projektując swoją optykę na konkurenta, nie wierzą w to, że można na długo zrezygnować ze swoich interesów na arenie światowej.

Inaczej mówiąc: sądzą, że prędzej czy później Stany wrócą do polityki rywalizacji z Rosją. Dlatego teraz trzeba kuć żelazo, póki gorące. Ktoś, kto nie skorzysta z takiej okazji, będzie po prostu – stosując żargon domorosłych inwestorów – przegrywem. A Putin nim być nie może.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Blask świecidełek