Bez konkretów. Co zostało z obietnic wyborczych Donalda Tuska

Koalicja 15 Października nie zawłaszcza państwa w imię partyjnego interesu tak mocno jak PiS. Mniej skutecznie realizuje też własne obietnice. Czy nie zapłaci za to wysokiej ceny?
Czyta się kilka minut
Konwencja Koalicji Obywatelskiej pod hasłem "100 konkretów na 100 dni". Tarnów, 9 września 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter
Konwencja Koalicji Obywatelskiej pod hasłem "100 konkretów na 100 dni". Tarnów, 9 września 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter

Fiasko próby depenalizacji aborcji oraz niezadowolenie społeczne, jakie ona przyniosła, pokazały obecnej koalicji rządowej, że niewypełnianie wyborczych zapowiedzi może być kosztowne. I to nawet w sytuacji, gdy ustawa nie miała szans na wejście w życie z uwagi na niemal pewne weto prezydenta Andrzeja Dudy. Koalicja zdążyła już bowiem zapracować sobie na opinię formacji, która własne obietnice traktuje z dezynwolturą. Ale czy kiedykolwiek traktowała je inaczej?

Gdy we wrześniu 2023 r. na konwencji Koalicji Obywatelskiej przedstawiono program „100 konkretów na sto dni”, można było się domyśleć, iż jego realizacja jest raczej nierealna. Wielu wyborcom to nie przeszkadzało, gdyż zamknięcie epoki PiS wydawało się nadrzędnym celem. Kłopot w tym, że 75-procentowa frekwencja oznaczała, iż do lokali wyborczych poszli nie tylko zdeklarowani zwolennicy opozycji, ale też Polki i Polacy, których mogły przekonać właśnie obietnice Donalda Tuska. Ich obecne rozczarowanie widać już w niektórych sondażach.

Mało ważny świstek?

Prof. Andrzej Rychard, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN uważa, że publikacja „Stu konkretów” nie była do końca przemyślana, dała bowiem oponentom i opinii publicznej instrument do ataku na nową władzę. – Moim zdaniem zabrakło w tym zestawie określenia wyraźnych priorytetów – ocenia socjolog.

Użycie w programie ówczesnych pretendentów do władzy słowa „konkret”, przy jednoczesnym zakreśleniu terminu ledwie trzech miesięcy z małym hakiem, pokazywało prawdziwy stosunek polityków do własnych, spisanych słów. Potraktowali je jak mało ważny świstek. Bo choć – jak zwraca uwagę prof. Antoni Dudek, politolog i historyk z UKSW – rzeczywistym programem obecnego rządu jest znacznie bardziej ogólnikowa umowa koalicyjna z listopada 2023 r., dziś wszyscy rozliczają władzę głównie ze „Stu konkretów”. Więcej, robi tak nawet sama Koalicja Obywatelska, zaznaczając na swojej stronie internetowej różnymi kolorami, które z obietnic zostały spełnione, które są w fazie realizacji, a których nie ruszono.

Nie jest to obraz dla obecnej władzy korzystny. Spełnione postulaty można policzyć na palcach dwóch rąk. To m.in. pozyskanie funduszy z KPO, podwyżka dla nauczycieli, zamrożenie cen gazu, tzw. babciowe, rządowy telefon zaufania dla dzieci, miesiąc wolny od składek dla przedsiębiorców, zniesienie obowiązkowych prac domowych w podstawówkach, nowy rzecznik praw dziecka czy Ministerstwo Przemysłu na Śląsku. Część obietnic zrealizowano „na słowo honoru”, jak choćby pigułkę „dzień po” bez recepty – ustawę w tej sprawie zawetował prezydent, więc rząd wypełnił to zobowiązanie „tylnymi drzwiami”.

W niedawnej analizie Klub Jagielloński przywołał dane serwisu Demagog, z których wynika, że po stu dniach z obiecanej setki w pełni zrealizowano tak naprawdę tylko sześć zapowiedzi, a częściowo – 15. 77 tematów nie podjęto. „Naszym zdaniem to nie kryzys, lecz rezultat. Polityka stała się po prostu oderwana od programowych obietnic i merytorycznego konkretu. Hasło „szuflady pełne ustaw” brzmi jak niezrozumiały żart z jakiejś dawno zapomnianej epoki” – komentuje w analizie prezes KJ Paweł Musiałek.

Wiele ważnych konkretów, które mogły skusić wyborców jesienią, ma w ogóle niewielkie szanse na spełnienie. Z powodu stanu finansów i grożącej Polsce unijnej procedury nadmiernego deficytu mało realne jest np. podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, druga waloryzacja rent i emerytur w przypadku inflacji wyższej niż 5 proc., zniesienie podatku Belki, podniesienie świadczeń z funduszu alimentacyjnego z 500 do 1000 zł, 0 proc. VAT na transport publiczny czy też 3 mld zł na budownictwo socjalne. Wątpliwa jest też realizacja postulatów zdrowotnych, takich jak bezpłatne znieczulenie przy porodzie, pełny dostęp do darmowych badań prenatalnych oraz zniesienie limitów NFZ w lecznictwie szpitalnym.

Codzienne zakupy w siecich handlowych. Warszawa, lipiec 2024 r. // Fot. Filip Naumienko / REPORTER

Z powodu braku zgody w ramach samej koalicji może być niemożliwe zniesienie zakazu handlu w niedzielę, wprowadzenie legalnej aborcji do 12. tygodnia oraz uchwalenie ustawy o związkach partnerskich, choć ten ostatni postulat ma pewne szanse w wersji okrojonej. Z obiektywnych powodów coraz trudniejsze wydaje się też, przynajmniej dopóki prezydentem jest osoba związana z PiS, skuteczne naprawienie wymiaru sprawiedliwości, czyli reforma TK i KRS.

Podobnie jest ze zmianami w mediach publicznych, czyli likwidacją Rady Mediów Narodowych i „uspołecznieniem mediów publicznych”. Problemy, jak widać po przykładzie Marcina Romanowskiego, napotyka nawet zwykłe rozliczanie PiS, więc raczej nie ma co marzyć o zapowiadanym szumnie w „Stu konkretach” postawieniu przed Trybunałem Stanu Andrzeja Dudy, Mateusza Morawieckiego, Zbigniewa Ziobry, Jacka Sasina i Adama Glapińskiego.

Ugrzęzły również takie zapowiedzi, jak likwidacja Funduszu Kościelnego czy wprowadzenie zasady, że religia jest tylko na pierwszej i ostatniej lekcji. Niektórzy upatrują tu wpływów lobby kościelnego w bardziej konserwatywnej części rządu.

Winny jest Pałac

Jednocześnie są poważne problemy z realizacją znacznie bardziej ogólnych zapisów powyborczej umowy koalicyjnej. Jest w niej mowa m.in. o stworzeniu czytelnych kryteriów naboru do władz spółek Skarbu Państwa, ograniczeniu uprawnień służb specjalnych, likwidacji CBA czy też wprowadzeniu do Kodeksu karnego zasady ścigania z urzędu „mowy nienawiści”. 

Mało tego, niektóre z zapisów każde z ugrupowań koalicyjnych rozumie inaczej. To np. „unieważnienie wyroku TK z 2020 roku” (dotyczącego aborcji) albo wprowadzenie „korzystnych i czytelnych zasad naliczania składki zdrowotnej” przedsiębiorcom.

Jakie są realne różnice w kwestiach aborcyjnych, można było ujrzeć ostatnio przy sprawie ustawy depenalizacyjnej. Odmienne zdania są też w sprawie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, którą Trzecia Droga chce obniżać, a lewica nie ma na to ochoty. Oraz w kwestiach mieszkaniowych, bo Trzecia Droga przeciwstawia się pomysłowi KO wprowadzenia „zerowego” kredytu na mieszkania.

Prof. Antoni Dudek zaobserwował, że koalicja rządowa tłumaczy swoją niemoc kilkoma powodami, ale głównie zrzuca winę na prezydenta, który nie chce podpisywać ustaw. – Mnie to nie przekonuje, bo konkretne projekty ustaw dotyczące wymiaru sprawiedliwości i innych sfer powinni składać, a potem niech Duda je wetuje. Tyle że, moim zdaniem, oni nie są merytorycznie przygotowani oraz dogadani w wielu sprawach, dlatego zwalają wszystko na głowę państwa. Tak jak kiedyś Kaczyński uzasadniał rozwałkę Trybunału Konstytucyjnego, tłumacząc, że na pewno zablokuje 500 plus – ocenia politolog i dodaje: – Po wyborach prezydenckich zrobi się dramatyczny problem, bo jeśli wygra kandydat związany z obecną władzą, nie będzie już żadnych uzasadnień dla nierealizowania obietnic.

Prof. Radosław Markowski z Uniwersytetu SWPS zwraca z kolei uwagę na szereg obiektywnych ograniczeń. Po pierwsze jest nim oczywiście postawa prezydenta, zapowiadającego weta do ustaw lub ich odsyłanie do „atrapy Trybunału Konstytucyjnego”. Jego zdaniem to, że Andrzej Duda po wyborach powołał najpierw dwutygodniowy rząd Morawieckiego, spowodowało, że Koalicja 15 Października zaczęła swoje rządy w praktyce po nowym roku. Ponadto, jak dodaje Markowski, przez ostatnich 8 lat mieliśmy do czynienia z PiS-owskim „państwem bezprawia”, którego naprawienie wymaga czasu i angażuje siły. Wreszcie, przypomina, wiosną były dwie kampanie wyborcze, które też miały swoją logikę i wpływ na implementację różnych pomysłów. – Obecną władzę można rozliczać ze spokojnej realizacji programu właściwie dopiero od miesiąca – ocenia prof. Markowski. – Co nie znaczy, że pewnych rzeczy nie można by robić szybciej – przyznaje.

Sprawczy jak PiS

Niemniej swobodny stosunek obecnej ekipy rządzącej do własnych obietnic odróżnia ją od PiS. Ta formacja, przynajmniej w społecznym odbiorze, zapowiedzi wyborcze realizowała. Przede wszystkim najważniejszy dla jej zwolenników postulat „500 plus”, co spowodowało, że potem bardziej przez palce patrzyli oni na to, jak wiele obietnic pozostało na papierze. Na czele z szumnie zapowiadanym programem „Mieszkanie plus”. PiS-owi nie zaszkodziło też we własnym elektoracie fiasko „Polskiego ładu”. Negatywne konsekwencje na wsi miała na pewno „piątka dla zwierząt”, z której jednak formacja Kaczyńskiego w porę się wycofała.

W tym kontekście Radosław Markowski zauważa, że PiS realizując obietnice, kierował się nieodpowiedzialnością budżetową. – To jest populistyczna partia, która swoich wyborców chciała przekupywać, nie troszcząc się długoterminowo o finanse publiczne. Wyprowadzenie 400 miliardów poza budżet, których nikt nie może znaleźć, nie jest odpowiedzialnością wobec państwa. Dla tego elektoratu dane statystyczne nie są główną troską, ważniejsze jest to, co się wydobywa z ust prezesa – ocenia. Tymczasem elektorat obecnej władzy tworzą ludzie zazwyczaj lepiej wykształceni, w tym przedsiębiorcy, dla których odpowiedzialna polityka gospodarcza jest wartością.

Czy jednak brak realizacji obietnic przez obecną ekipę nie będzie miał dla niej negatywnych skutków? Czy wpłynie na wynik wyborów prezydenckich i parlamentarnych?

Antoni Dudek przypomina, że w tych najbliższych, prezydenckich, brak realizacji zapowiedzi programowych KO ma mniejsze znaczenie. Ma je natomiast poziom ogólnego zadowolenia Polaków z sytuacji ekonomicznej w kraju. – Wybory prezydenckie staną się częściowo oceną rządu. PiS-owski kandydat na prezydenta będzie nieustannie mówił, że Tusk i jego pomagierzy obiecywali podwojenie kwoty wolnej od podatku czy inne rzeczy, i tego nie dotrzymali. Jeśli ludzie będą generalnie niezadowoleni ze swej sytuacji materialnej, trafi to do nich. Natomiast jeśli będą zadowoleni, nie kupią tej narracji – mówi politolog. Jego zdaniem, gdyby wybory prezydenckie odbywały się dziś, kandydat PiS miałby jeszcze niewielkie szanse.

Z kolei Andrzej Rychard uważa, że polska polityka jest mocno obciążona emocjami wywołanymi polaryzacją. To nieco uodparnia główne ugrupowania na problem braku realizacji zapowiedzi programowych. Zarazem jednak istnieją bardziej niecierpliwe grupy społeczne, dla których rozczarowania mogą być silniejsze niż to, co skłonni są uznać za sukcesy. Do takich zawiedzionych środowisk, uważa Rychard, należą np. kobiety, których zdecydowana większość oczekiwała szybkich zmian w prawie aborcyjnym. – Szczególnie trudny paradoks dla koalicji polega na tym, że największe rozczarowania są w środowiskach, które w dużym stopniu przyczyniły się do zwycięstwa 15 października, czyli wśród osób młodych. Komunikat w rodzaju: każdego dnia odkrywamy nowe złe rzeczy, które uczyniło Prawo i Sprawiedliwość, z dużym trudem się do takich środowisk przebija – sądzi socjolog, w którego opinii obecna sytuacja niepokoi wyborców koalicji rządzącej, zwłaszcza jeśli jednocześnie widzą oni pewne elementy ciągłości z epoką PiS. – Jeżeli minister nauki Dariusz Wieczorek z lewicy przygotowuje nowy projekt ustawy o PAN, który całkowicie ją podporządkowuje władzy i czyni właściwie departamentem ministerstwa, to taki ruch, niszczący niezależność ważnej instytucji, jest ruchem w stylu PiS-owskim – mówi dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

Rządzącym brakuje motywacji do realizacji obietnic także dlatego, że – tak sądzi Antoni Dudek – premier Donald Tusk nie popędza podwładnych, ale koncentruje się na rozliczaniu PiS i poganianiu Adama Bodnara. Premier i jego ekipa nigdy nie słynęli z zapału we wprowadzaniu poważnych zmian, a przez lata obowiązywała ideologia „ciepłej wody w kranie”. Gdy zaś zdecydowali się na poważną reformę i podwyższyli wiek emerytalny, PO przegrała wybory. – Nie spodziewam się po premierze żadnych zmian – przewiduje.

Nie tylko rozliczenia

Jeśli obecna władza nie chce, by jej praktyka przyniosła negatywne skutki polityczne, powinna uporać się z dwoma problemami. – Pierwszy polega na tym, że stwarza się wrażenie, iż wszystko, co PiS nabroił, da się rozliczyć na sali sądowej. To jest nieprawda, choć rozliczenia prawne są oczywiście koniecznością – uważa Andrzej Rychard. – PiS oprócz tego, że niejednokrotnie złamał podczas swoich rządów prawo, uczynił też wiele zła, które nie ma charakteru kryminalnego, tylko instytucjonalny. Popsuł procedury, zbudował różne praktyki promujące konformizm – mówi Rychard. Stąd, jego zdaniem, proces przywracania demokracji w Polsce nie powinien koncentrować się tylko na rozliczeniach o charakterze kryminalnym, ale też na działaniach politycznych i naprawie instytucji.

Drugi problem to wyodrębnienie najważniejszych postulatów programowych, na których realizację położy się nacisk, by nie było wrażenia, że wszystkie „konkrety” są tak samo ważne, na dodatek przysłonięte rozliczeniami epoki PiS. Jeżeli tej części pozytywnej nie będzie, uważa socjolog, każda ewentualna wpadka w warstwie kryminalno-prawnej będzie uzyskiwała dodatkowe znaczenie.

Radosław Markowski uważa z kolei, że na konsekwencje polityczne dla obecnej władzy będą miały wpływ sprawy od niej niezależne: sytuacja geopolityczna, stan Unii Europejskiej, wojna na Ukrainie, a także to, kto zostanie prezydentem USA.

Podobnie sądzi Antoni Dudek. – Nierealizowanie obietnic na razie nie powinno przynieść koalicji politycznych strat. Zacznie się to dynamicznie zmieniać z początkiem przyszłego roku, gdy ruszy kampania prezydencka, zwłaszcza jeśli zmieni się też sytuacja geopolityczna – ocenia politolog. W jego opinii pomysł Tuska na rządzenie w tej kadencji polega na tym, by rozliczać PiS oraz straszyć, że stoimy na progu wojny. – Dlatego problemem dla obecnej władzy będzie nie tylko zmiana prezydenta u nas, ale i kwestia zawieszenia broni na rosyjsko-ukraińskim froncie. Potem trzeba będzie już wymyślić nową metodę uprawiania polityki – uważa politolog.

Z kolei prof. Przemysła Sadura z Uniwersytetu Warszawskiego sformułował w TVN24 tezę, że jeżeli po wygranych wyborach prezydenckich koalicja rządząca nie przeforsuje liberalizacji aborcji, po prostu się rozpadnie. Nasi rozmówcy również dopuszczają taki scenariusz. Wtedy kwestia „stu konkretów” przestanie być w ogóle ważna. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bez konkretów