Jarosław Kaczyński cofa się tylko wtedy, kiedy poziom wody ma powyżej dziurek od nosa – mawiał Ludwik Dorn, nieżyjący już, wieloletni współpracownik prezesa PiS. Dziś wszystko wskazuje na to, że sytuacja w partii jest bliska tej metaforze. Kaczyński ustąpił bowiem w spektakularnym konflikcie o obsadę stanowiska marszałka województwa małopolskiego i ugiął się przed buntownikami, o których dzień wcześniej mówił, że nie powinno być dla nich miejsca w partii.
Otwarty konflikt w Krakowie to najbardziej ewidentny przejaw kondycji, w jakiej znalazło się Prawo i Sprawiedliwość. Grupa radnych, mimo ciągłych nacisków, nie była skłonna do poparcia forsowanego przez prezesa Łukasza Kmity, który pięciokrotnie przegrał w głosowaniach na marszałka. Dopiero gdy partii zagroziła utrata władzy w Małopolsce, bo z buntownikami zaczęli się porozumiewać przedstawiciele KO i Trzeciej Drogi, prezes pękł i zgodził się na innego kandydata. Skądinąd kojarzonego z rebeliantami – Łukasz Smółka był kiedyś szefem gabinetu ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, czyli antagonisty Kmity. Ten zaś ostatnio gra rolę nowego „złotego dziecka” Kaczyńskiego, podsuniętego mu przez Mateusza Morawieckiego.
Wybór marszałka województwa w szóstym głosowaniu nie kończy problemu, ale właściwie jest jego początkiem. Konflikt w ważnym dla PiS regionie ujawnił bowiem zupełnie nową sytuację – frakcje partyjne, które zawsze tam istniały, tym razem zdecydowały się wystąpić otwarcie przeciwko sobie. A co ważniejsze, także przeciw prezesowi.
Obok frakcji wiernej Kaczyńskiemu, forsującej Kmitę rękami Ryszarda Terleckiego, ujawniła się frakcja opozycyjna, która kandydata na marszałka nie chciała poprzeć, a za którą stoi była premier Beata Szydło. Trzecią stanowi frakcja „prezydencka” (na czele z Piotrem Ćwikiem, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta), grająca w tym przypadku razem z ekipą Szydło.
Kaczyński bez pomysłu
Sprawa Małopolski jest najbardziej spektakularna, ale to nie jedyny przykład poważnej erozji w PiS. Utworzenie swojego ugrupowania zapowiada były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, dystansujący się od kierownictwa partii już od czasu afery wokół „piątki dla zwierząt” w 2020 r. Jego nowe ugrupowanie ma być gotowe na wybory parlamentarne za trzy lata.
Ardanowski w rozmowie z „Tygodnikiem” przekonuje, że zdecydował się na taki krok, bo PiS stracił przywództwo na prawicy i nie ma pomysłu, jak je odzyskać. Dlatego trzeba stworzyć nową formację, która skutecznie powstrzyma „lewackie zmiany traktatów europejskich i tworzenie superpaństwa pod dyktando niemieckie”.
Były minister przekonuje, że w PiS nie ma żadnej refleksji po utracie władzy, w efekcie nikt dziś nie chce zawierać koalicji z teoretycznie najsilniejszym ugrupowaniem w Polsce. – Kaczyński podkreśla, że dla niego najważniejsza jest partia. Ja się z tym nie godzę. Najważniejsze są cele, programy, a partia jest tylko narzędziem. Obecnie nikt do końca nie wie, jaki jest program PiS. Ludzie mają tylko wierzyć, że prezes Kaczyński jest nieomylny i wie wszystko najlepiej – mówi Ardanowski.
Sytuacja w Małopolsce jest jego zdaniem koronnym dowodem patologii w zarządzaniu partią. Podobnym do odsunięcia w wyborach europejskich takich ludzi jak Jacek Saryusz-Wolski, Ryszard Legutko czy Zdzisław Krasnodębski.
W PiS można też nieoficjalnie usłyszeć, że powodem głośnych działań Ardanowskiego mogą być materiały, jakie rzekomo zebrała na niego prokuratura już za rządów PiS, ale były minister to nie jedyny przykład niesubordynacji i tworzenia struktur poziomych. Wspólny ruch z posłanką Razem Pauliną Matysiak utworzył ostatnio Marcin Horała. W przestrzeni publicznej pojawiły się głównie lewicowe głosy potępiające Matysiak, ale z punktu widzenia PiS nielojalnością wykazał się też Horała, były wiceminister odpowiedzialny m.in. za CPK. Tu jednak liderzy PiS, wobec liczby otwartych frontów (przed Małopolską podobny konflikt miał miejsce na Podlasiu), robią dobrą minę do złej gry.
W wielu polskich partiach, zwłaszcza gdy były w opozycji, zdarzały się rozłamy – tak było również w PiS. Jawne manifestowanie nieposłuszeństwa wobec prezesa zawsze miało też daleko idące konsekwencje. Obecni buntownicy również o tym wiedzą. – Nawet osoby z ważną polityczną przeszłością powinny szanować reguły. Skoro są wybrani z list PiS, muszą być lojalni. Jeżeli nie zgadzają się z decyzjami kierownictwa partii, powinni się z niej wypisać. Jeżeli nie chcą się wypisać sami, powinni zostać usunięci – argumentuje Szymon Szynkowski vel Sęk.
Tyle że ewentualne usuwanie siłą małopolskich buntowników, z uwagi na konflikt sięgający osób z partyjnego kierownictwa, może stać się nawet wstępem do rozpadu ugrupowania. Politolog dr hab. Wawrzyniec Konarski zwraca uwagę, że brak demokracji wewnętrznej został wręcz wpisany do statutu PiS, czyniąc partię niemal oficjalnie wodzowską. – Taka partia musi być wodzowska, a jeśli przestaje nią być, to się rozpada – ocenia politolog.
Powtórka z historii
Skoro w Małopolsce prezes nie zapanował nad niesubordynacją, to tym większe podejmie wysiłki, by pilnować porządku w innych regionach - uważa Konarski. Będzie też dążył do szybkiego wchłonięcia Suwerennej Polski, niszczonej chorobą Zbigniewa Ziobry i aferą z Funduszem Sprawiedliwości. To jednak może wywołać kolejne napięcia.
Konarski przekonuje, że dopóki Kaczyńskiemu nie uda się w partii wychować następcy, akceptowanego przez większość struktur partyjnych, musi rządzić twardą ręką. – Jedyne, co może w tym momencie zrobić, to mocując się z buntownikami, cały czas szukać sensownego następcy, nie ujawniając, kto to ma być – mówi politolog.
Antoni Dudek zwracał niedawno w Wirtualnej Polsce uwagę, że jak na partię, która po 8 latach straciła władzę, PiS i tak trzyma się dobrze, a prezes nie poradził sobie jedynie z eksplozją lokalnych ambicji. Takich buntów było w przeszłości sporo i dopóki np. Beata Szydło, która stoi za rewoltą w Małopolsce, otwarcie nie zaatakuje Kaczyńskiego, jest to ciągle kryzys o ograniczonym zasięgu. Jak zachowa się Szydło, na razie nie wiadomo, ale na Nowogrodzkiej była premier jest za tę akcję na indeksie – w partii można usłyszeć, że właśnie dlatego nie została, wbrew ustaleniom, współprzewodniczącą frakcji EKR w Parlamencie Europejskim. Zastąpił ją Joachim Brudziński.
Gdy się prześledzi historię PiS, to dwa najpoważniejsze rozłamy zostały spowodowane przez decyzje władz partii (a konkretnie prezesa) o wykluczeniu działaczy za daleko mniejsze „winy” niż ostatnie zachowania małopolskich radnych czy Ardanowskiego. Po przegranej przez Jarosława Kaczyńskiego kampanii prezydenckiej w 2010 r. wykluczono dużą grupę, która tworzyła jego sztab w tych wyborach, na czele z Joanną Kluzik-Rostkowską, Elżbietą Jakubiak, Pawłem Kowalem, Pawłem Poncyljuszem, Michałem Kamińskim i Adamem Bielanem. Pretekstem były poufne spotkania tej grupy, udokumentowane przez jeden z tabloidów. Założyli oni później formację Polska Jest Najważniejsza (hasło Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich), która jednak przepadła w wyborach w 2011 r.
Bezpośrednio po nich doszło do kolejnego rozłamu. Z PiS wykluczeni zostali europosłowie Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski. Powodem było to, że publicznie krytykowali władze ugrupowania za sposób prowadzenia kampanii – PiS po raz kolejny przegrał wtedy wybory z PO. Wykluczenie Ziobry i Kurskiego stało się zaczątkiem utworzenia przez nich Solidarnej Polski.
Stary wilk traci zęby
Tymczasem Jan Krzysztof Ardanowski wciąż nie został wyrzucony z PiS, choć od dawna publicznie kontestuje linię kierownictwa. Niektórzy działacze przekonują, że prezes postępuje świadomie, nie chcąc mnożyć frontów. Jednak w sejmowych kuluarach można usłyszeć też opinię, że większa niż kiedyś tolerancja wobec przewin podwładnych jest przejawem kryzysu przywództwa 75-letniego lidera.
Zdaniem wicemarszałka Senatu Michała Kamińskiego z Trzeciej Drogi, niegdyś związanego mocno z PiS, sytuacja w Małopolsce może mieć dla partii poważne konsekwencje, bo jest ewidentną porażką Kaczyńskiego. – To wyraźny sygnał, że nie ma się co obawiać buntu przeciwko prezesowi. Wręcz przeciwnie, można się z nim spierać, bo tylko siłą można coś od niego wydębić – mówi Kamiński.
W jego opinii „dyktatura” w PiS skończy się wtedy, kiedy wszyscy gołym okiem zobaczą, że prezes czegoś chciał, a potem stało się dokładnie tak, jak nie chciał. – Znajomość natury ludzkiej podpowiada mi, że w PiS poczują krew. To może oznaczać próbę zmiany modelu przywództwa na bardziej kolegialne – mówi Kamiński. Ale w takiej sytuacji nie będzie jednego PiS, bo Kaczyński nie pogodzi się z sytuacją, w której nie ma w partii dyktatorskiej władzy.
Innego zdania jest senator PiS Wojciech Skurkiewicz. – Jarosław Kaczyński jest roztropnym, rozważnym, mądrym człowiekiem, który wie, jakie decyzje podejmować – ocenia senator.
Także zdaniem Antoniego Dudka, mimo wszystkich zawirowań, przynajmniej do wyborów prezydenckich PiS się nie rozpadnie. Będzie konsolidowany przez strach przed rozliczeniami, a drugim spoiwem stanie się nadzieja na niezły wynik kandydata w wyborach prezydenckich. Kłopot w tym, że jego poszukiwania mogą być kolejnym, potężnym czynnikiem dezintegracji. Obecne podziały w PiS pokrywają się bowiem z prezydenckimi aspiracjami frakcyjnych liderów.
Giełda nazwisk
Taki charakter ma obóz Mateusza Morawieckiego, z którym w sojuszu ma działać Andrzej Duda. Morawiecki ma ogromne ambicje, jednak jego szanse na nominację są niewielkie, bo wiele jego zachowań jest interpretowanych na Nowogrodzkiej jako nielojalność. Innym faworytem w tym wyścigu jest Przemysław Czarnek, jako „polski Donald Trump”. Ma on jednak tę wadę, że o ile jest w stanie zagospodarować najtwardszy elektorat PiS oraz część wyborców Konfederacji, to dla tych bardziej centrowych może być trudny do zaakceptowania.
Niewykluczone są więc szanse kandydatów o mniejszej rozpoznawalności, ale niskim elektoracie negatywnym, zarazem bezpieczniejszych z punktu widzenia przyszłej pozycji prezesa w partii. Takich w typie Andrzeja Dudy. W kuluarach padają m.in. nazwiska Tobiasza Bocheńskiego i Marcina Przydacza, ale ten ostatni jest stronnikiem prezydenta, którego nie znosi Kaczyński, co może go wykluczyć z wyścigu.
Nie można wykluczyć, że swoje aspiracje zgłosi Beata Szydło. W PiS można usłyszeć interpretację, że akcja Ardanowskiego jest skoordynowana z buntem w Małopolsce i ma wypromować Szydło na prezydenckiego kandydata obozu ludowo-narodowego. Albo spowodować, że po wykluczeniu związanych z nią polityków opuści partię i zasili formację Ardanowskiego. On zaś wprost mówi, że opowie się tylko za kandydatem o szerokim poparciu, a nie partyjnym, namaszczonym przez Kaczyńskiego.
Wiadomo, że wynik minimum dla kandydata PiS to wejście do drugiej tury. Jeśli zostałby nim ktoś wyrazisty, z ambicjami odgrywania samodzielnej roli, czyli ktoś w rodzaju Morawieckiego czy Czarnka, po wejściu do drugiej tury zapewne będzie chciał powalczyć potem o schedę po Kaczyńskim.
Cokolwiek się stanie, obserwujemy właśnie koniec PiS w dotychczasowej postaci. Spekulacje o zmianie nazwy na Biało-Czerwoni – bo tak miałaby się nazywać formacja powstała z połączenia PiS i Suwerennej Polski – może być więc końcem nie tylko szyldu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















