Rząd Donalda Tuska wciąż nie ma rzecznika prasowego. W jego rolę wciela się głównie sam premier, który próbuje w miarę wyczerpująco odpowiadać na pytania podczas regularnych konferencji prasowych. Wychodzi mu to różnie i – niezależnie od uzupełniania rządowego przekazu regularnymi wpisami na platformie X – w obecnej epoce wojny na narracje bywa mocno niewystarczające z punktu widzenia interesów obozu władzy.
Najprostsze byłoby oczywiście powołanie rzecznika, ale problem w tym, że Tusk nie chce nikogo, komu nie ufa, a ci z jego najbliższego otoczenia, którzy teoretycznie mogliby się do tej roli nadawać (Jan Grabiec, Paweł Graś, Agnieszka Rucińska), po prostu jej nie chcą.
Daleko od konkretu
Ten „niedasizm” cechuje wiele aktywności gabinetu Tuska, zwłaszcza tych związanych z wyborczymi obietnicami, zamykającymi się w haśle „100 konkretów na 100 dni”. Poziom ich zaawansowania jest marny, nawet jeśli uznamy, że część zaniechań ma obiektywne przyczyny albo, jak w przypadku wolnego handlu w niedzielę, koalicjanci nie są w stanie ustalić wspólnego frontu, gdyż większość społeczeństwa i spora część biznesu tak naprawdę nie chcą zmian.
Jednak sferą, w której najwyraźniej odbija się niemoc obecnej władzy, są media publiczne. W czasie kampanii wyborczej Donald Tusk zapowiadał, że w ciągu 24 godzin od przejęcia władzy skończy się wykorzystywanie mediów publicznych przez partyjną propagandę PiS. To nastąpiło, bo w wyniku działań byłego już ministra kultury Bartłomieja Sienkiewicza media te zostały postawione w stan likwidacji, a kierownictwo w TVP, Polskim Radiu i PAP objęli – właściwie siłą – nowi ludzie.
Jednak do pełnej realizacji 99. konkretu („Odpolitycznimy i uspołecznimy media publiczne. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych. Natychmiast zatrzymamy finansowanie fabryki kłamstw i nienawiści, jaką stała się TVP i inne media publiczne. Zgodnie z naszym zobowiązaniem przeznaczymy 2 mld zł z TVP na leczenie raka”) jest bardzo daleko.
Przede wszystkim trwa stan likwidacji, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Choć już w grudniu ubiegłego roku, w momencie rewolucyjnego przejmowania TVP, Polskiego Radia i PAP, zarówno premier, jak i szef KPRM Jan Grabiec zapowiadali szybkie przyjęcie ustawy medialnej i podjęcie na tym polu współpracy z prezydentem – za gwałtownymi decyzjami ministra Sienkiewicza (który ostatecznie wylądował w europarlamencie) nie poszły dalsze kroki. Gdyby po pół roku od zmian w mediach publicznych próbować ich działalność określić jednym słowem, byłby to: dryf.
Wciąż nie wiadomo, co z projektem ustawy o radiofonii i telewizji. Dopiero w końcu czerwca resort kultury przedstawił założenia do ustawy, które zakładają m.in. finansowanie mediów publicznych z budżetu (na poziomie 0,09 proc. PKB), a także zwiększenie liczebności Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do 9 osób, z jednoczesną wymianą jednej trzeciej składu co trzy lata. Cały projekt ma być dostosowaniem polskiego prawa do Europejskiego Aktu o Wolności Mediów.
Konsultacje nad założeniami będą trwać do końca września, projekt pojawi się do końca roku, a na początku 2025 r. mają się rozpocząć konsultacje międzyresortowe. Tempo zatem nie jest zawrotne. Według najnowszych politycznych ustaleń, jak można usłyszeć w KO, ustawa zostanie uchwalona pod sam koniec kariery Andrzeja Dudy na stanowisku prezydenta.
Z prezydentem, który zapewne daleko idących zmian w mediach nie parafuje, jest rzeczywiście problem. Ale jeżeli poważnie traktować deklaracje, że media powinny być ponad polityką, to i tak porozumienie z politykami jest konieczne, w tym przypadku z szeroko rozumianym środowiskiem PiS. Dlatego, jak można usłyszeć od niektórych osób związanych z obecnym kierownictwem mediów, próba uchwalenia takiej ustawy zostanie podjęta za kadencji Dudy. Koalicja chce kusić prezydenta tym, że zdążyłby jeszcze wybrać trzech swoich przedstawicieli do nowej KRRiT. Jeśli Duda nie zechce współpracować, będzie można zrzucić na niego odpowiedzialność za weto (tak jak zrobiono to z kwestią pigułki „dzień po”), po czym zaczekać na nowego lokatora Pałacu.
Są oczywiście ograniczenia prawne. Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego jeszcze z 2006 r. nie można przerwać kadencji KRRiT. Właśnie dlatego PiS po objęciu władzy w 2015 r. przyjął kuriozalną koncepcję Rady Mediów Narodowych, która miała nadzorować media publiczne i wybierać ich władze, omijając niejako radę.
Jest jednak inny sposób na przerwanie działań KRRiT, zastosowany zresztą w 2010 r. – zgodne odrzucenie jej sprawozdania przez Sejm, Senat i prezydenta. Jeżeli udałoby się porozumieć z Dudą w kwestii składu nowej rady – mówią niektórzy politycy KO – może zgodziłby się on odrzucić sprawozdanie obecnej.
Kogo to właściwie obchodzi
Na dziś taki scenariusz jest jednak mało prawdopodobny i wszystko wskazuje na to, że do lata przyszłego roku trwać będzie w mediach publicznych obecny stan: tymczasowości, niedofinansowania, chaosu, a przy okazji realizacji politycznych i finansowych interesów.
Kluczowa niekonsekwencja obecnej władzy polega na tym, że nie chcąc rzekomo ręcznie sterować mediami publicznymi, unika zarazem systemowego rozwiązania problemu. W efekcie różne siły polityczne z większym lub mniejszym szczęściem starają się zdobywać większe lub mniejsze przyczółki władzy.
Właściwie powtarza się sytuacja z lat 2007-15, gdy PO w niewielkim stopniu interesowała się mediami publicznymi, a jednocześnie wykazywała w ich sprawie niekonsekwencję. Prawdą jest oczywiście, że początkowo zmiany ustawowe były blokowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale potem radio i telewizję zdobywano już tylko dzięki prawniczym kruczkom, poprzez egzotyczne koalicje w rodzaju PO-LPR.
Dziś, jak można usłyszeć od pracujących w mediach publicznych dziennikarzy, raczej nie ma żadnych formułowanych wprost politycznych nacisków, telefonów ani sugestii: kogo zaprosić, a kogo nie. Albo jakich tematów nie poruszać. Mimo to, z naszych licznych rozmów z osobami pragnącymi zachować anonimowość wyłania się bardzo zły obraz tego, co się dzieje.
Przede wszystkim stan likwidacji, jakiemu poddano spółki medialne, powoduje ograniczenia finansowe. Wiele osób nie dostaje pieniędzy za zrealizowaną pracę, choć tu głównym winowajcą jest szef KRRiT Maciej Świrski, który odmawia wypłaty kolejnych transz, wynikających z opłat abonamentowych. Dotąd tłumaczył się brakiem prawomocnego umocowania likwidatorów, teraz jednak, po kilku sądowych decyzjach legalizujących takie osoby na poziomie regionów, zapowiedział łaskawie, że przekaże pieniądze rozgłośniom w Lublinie i Katowicach.
Pracownicy mediów publicznych nie mogą dziś wziąć kredytów, bo banki nie udzielają ich, jeśli pracodawca jest w stanie likwidacji. Do kuriozalnej sytuacji doszło, gdy ambasador Kazachstanu chciał doprowadzić do podpisania umowy między tamtejszą telewizją a TVP. Władze w Astanie wyśmiały go, argumentując, że nie będzie żadnej umowy z firmą w likwidacji.
Zawodnicy z drugiej ligi
Dryf w mediach objawia się też tym, że wiele osób stara się załatwiać na boku drobne interesiki. – Podczas dużego festiwalu wynajęte zostały wozy transmisyjne prywatnych firm producenckich, zamiast wozów TVP – opowiada jeden z pracowników telewizji.
Największą zagadką dla wielu osób jest polityka kadrowa. W bardzo krytycznym lutowym wywiadzie dla Interii Jacek Snopkiewicz, twórca „Wiadomości” TVP w 1989 r., a potem osoba przez wiele lat związana z telewizją, ostro skrytykował politykę personalną w mediach publicznych. Twierdził, że znaleźli się tam ludzie „z drugiej i trzeciej ligi” mediów komercyjnych, kadry zaś dobierane są po znajomości, a nie na zasadzie transparentnych procedur. Postawił też tezę, że takie media publiczne na pewno sukcesu nie odniosą.
Znamienne jest, że nie wykorzystano doświadczenia takich osób jak Jan Dworak, Krzysztof Luft czy wspomniany Snopkiewicz, politycznie sprzyjających obecnej ekipie. W KO można usłyszeć, że Tusk postawił na młodych, ale zarazem bez większego autorytetu. Poza tym obecny premier miał rzekomo specjalnie zadbać o to, żeby poszczególni koalicjanci nie dzielili się mediami publicznymi jak tortem.
Nie wszędzie się to udało. Zatrudnieni „fachowcy” mają bowiem określone poglądy i relacje towarzyskie. Na przykład w mediach lokalnych swoje udzielne, nieformalne księstwa usiłują budować miejscowi samorządowcy, częściowo partyjni. Zachowanie nieformalnych wpływów przez te koterie będzie tym łatwiejsze, że z założeń projektu ustawy medialnej zniknęły pomysły transparentnego i niepolitycznego finansowania lokalnych mediów publicznych, które zapowiadał w swoim czasie minister Sienkiewicz. Nie będzie też zapisu, który znalazł się w założeniach przygotowanych m.in. przez byłego szefa KRRiT Jana Dworaka, by połączyć lokalne rozgłośnie TVP i Polskiego Radia. – Byłoby wtedy mniej stanowisk do obsadzenia, zwłaszcza w regionach, a przecież, skoro jest trzech koalicjantów, muszą coś dostać – mówi pracownik mediów.
Na podobnej zasadzie przyznawanych jest wiele autorskich programów. Rozdaje się je według systemu politycznej wdzięczności za sympatię wykazywaną wobec polityków obecnej koalicji. Tą metodą pozbyto się Beaty Michniewicz, wieloletniej (i uznawanej za w miarę obiektywną nawet w czasach PiS) dziennikarki Trójki. Została ona po 40 latach przymusowo wysłana na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla innej prowadzącej.
Nie ma się co dziwić, że w takich warunkach niektórzy usiłują załatwiać programy „tylnymi drzwiami”. – Zgłosił się do mnie znany dziennikarz i poprosił wprost, by mu załatwić program w TVP – opowiada poseł KO.
Za decydenta w kwestii kluczowych posad w TVP uchodzi lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Z nim niektórzy kojarzą wpływowego dyrektora biura programowego telewizji Sławomira Zielińskiego. Był on dyrektorem telewizyjnej Jedynki przed laty, gdy TVP kierował Robert Kwiatkowski, a Czarzasty rządził w KRRiT.
– Czarzasty nie ma pełni władzy, ale kontroluje kilka kluczowych punktów z dużym wpływem na kadry – mówi pracownik mediów publicznych. Tego rodzaju układ miał stać za transmitowaniem przez kilka godzin w TVP Info, tuż przed wyborami europejskimi, wręczenia nagrody Króla Eryka Pomorskiego w Darłowie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu.
Mętna woda Czyża
PSL ma w mediach publicznych mniejsze wpływy, choć gdy w lutym minister Sienkiewicz wymienił likwidatora w RDC, a Grzegorza Jakubowskiego zastąpiła Emilia Benedykcińska, na prowadzonym przez dziennikarza Jana Pińskiego portalu Wieści24 ukazała się sugestia, że dostała ona tę posadę, bo jest córką działacza PSL i znajomego wiceminister kultury Bożeny Żelazowskiej. Z kolei tenże Piński jest kojarzony z Romanem Giertychem i właśnie za powiązanego z nimi człowieka uchodził poprzedni likwidator.
Interesy KO są pilnowane w inny, przewrotny sposób. Znamienny przykład ujawnił niedawno dziennikarz Wirtualnej Polski Patryk Słowik. Zauważył on, że po wpisie Donalda Tuska na temat wojennych reparacji (po spotkaniu z kanclerzem Scholzem), w którym padło zdanie, iż szefowa MSZ Anna Fotyga zrzekła się reparacji, portal TVP Info zamieścił materiał polemizujący z premierem. Po krótkim czasie został on zdjęty i powrócił w złagodzonej dla Tuska wersji.
– Nie ma się co dziwić, bo w TVP Info wciąż pracują uległe osoby, które przygotowywały programy dla PiS. Teraz z równą gorliwością tworzą wydania specjalne o przekrętach tej partii w Funduszu Sprawiedliwości, a także decydują, żeby do programów nie zapraszać polityków PiS – mówi pracownik TVP. – Generalnie panuje tu konformizm, a oglądalność szoruje po dnie.
Z rozmów z pracownikami TVP Info wynika, że atmosfera i warunki pracy w stacji są złe, co powoduje, że wiele osób, które np. niedawno przyszły z Polsatu, już chce tam wracać, bo „u Solorza” przynajmniej było stabilnie.
– Telewizja Polska to ogromny okręt, którego kursu nie można nagle zmienić, ale tutaj nikt nawet nie próbuje wprowadzić dobrych praktyk – dodaje inny dziennikarz TVP.
Presja objawia się też w radiowej Trójce. Dziennikarze mają być wzywani na dywanik, jeśli nie powiedzą na antenie „gościni”, tylko „gość”.
Nasi rozmówcy twierdzą, że w stanie tymczasowości, a także w zatrudnianiu osób bliskich władzy może być pewien zamysł. Chodzi o to, by nawet bez politycznych sugestii z zewnątrz wiedzieli, jakie mogą być oczekiwania decydentów. Gdyby to byli ludzie niezależni i z autorytetem, trudno byłoby im coś narzucić, bez obawy o opór i nagłośnienie nacisków.
Gdy 20 grudnia po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie ukazał się codzienny program informacyjny w TVP, Marek Czyż, czyli szef nowego programu „19.30” (miał być nadawany od następnego dnia zamiast „Wiadomości”), zakomunikował widzom, że chce im zaoferować „czystą wodę” zamiast „propagandowej papki”. W ciągu minionego pół roku ta czysta woda mocno jednak zmętniała.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















