Beginki: święte czy heretyczki? Kościół miał dawniej z nimi kłopot

Beginki nie składały ślubów, lecz żyły w czystości i ubóstwie jak zakonnice. Największe obawy duchownych budziły jednak te, które wędrowały między miastami.
Czyta się kilka minut
Portret fotograficzny młodej beginki z książką z albumu fotograficznego Carela Frederika Cordesa, 1882 - 1900 r. // Fot. Alamy / Be&W
Portret fotograficzny młodej beginki z książką z albumu fotograficznego Carela Frederika Cordesa, 1882 - 1900 r. // Fot. Alamy / Be&W

Ich oddolny ruch narodził się prawdopodobnie u schyłku XII stulecia w diecezji Liège; dziś to francuskojęzyczna część Belgii. W europejskim chrześcijaństwie był to czas duchowego ożywienia. Wielu świeckich, mężczyzn i kobiet, rozczarowanych Kościołem – jego odejściem od ubóstwa i pokory – zaczęło szukać osobistych dróg kontaktu z Bogiem. Chcieli naśladować Chrystusa. Ale nie chcieli (lub nie mogli) założyć sutanny czy habitu.

Papiestwo, podejrzliwe wobec idei powszechnego apostolstwa – a zwłaszcza kobiet usiłujących wspiąć się na kazalnicę – zajmowało wobec tych ruchów zmienne stanowisko. Franciszek i Klara zostali świętymi. Wielu innych, im podobnych, uznano jednak za heretyków.

Ani świeckie, ani duchowne: beginki, czyli nowy rodzaj religijności 

Pierwsze beginki miały szczęście: zyskały potężnego adwokata w osobie Jakuba z Vitry, późniejszego biskupa Akki w Palestynie. Jego duchową matką była Maria z Oignies, jedna z pierwszych beginek.

Gdy na początku XIII w. Jakub pisał żywot Marii z Oignies – to pierwszy hagiograficzny tekst poświęcony świeckiej kobiecie – przedstawił w nim beginki jako wspólnotę „świętych dziewic”. Takich, które – choćby pochodziły z bogatych rodzin – z miłości do Chrystusa odrzucają ziemskie dostatki, by żyć w pokorze i ubóstwie.

W osobie Marii z Oignies (zmarłej w 1213 r., w wieku 36 lat) i jej towarzyszek Jakub widział nowy rodzaj świętych. Podkreślał ortodoksyjny charakter ich wspólnoty. Pisał, że beginki – w przeciwieństwie do heretyków – darzą szacunkiem Kościół i nie podważają roli sakramentów. Zdołał nawet przekonać papieża Honoriusza III, że „pobożne kobiety” z Flandrii i Brabancji prowadzą godne pochwały życie chrześcijańskie.

Zakonnice i zakonnicy na XIX-wiecznej rycinie, beginka pierwsza z lewej // Alamy / Be&W

W oczach im współczesnych beginki wymykały się fundamentalnemu podziałowi na świeckich i duchownych. Nie składały ślubów zakonnych, lecz żyły jak zakonnice, zachowując ubóstwo i czystość. Ich decyzja o dołączeniu do wspólnoty nie była, jak w zakonach, ostateczna: w każdej chwili mogły odejść, wrócić do zwykłego życia, wyjść za mąż. Pracę fizyczną (w szkołach, szpitalach, przytułkach) łączyły z modlitwą i ascezą.

Niektóre poświęcały się kontemplacji, inne wiodły aktywne życie „w świecie”. Gdyż, jak pisał XIII-wieczny francuski poeta Rutebeuf, beginka może być zarówno Martą, jak i Marią.

Skomplikowane relacje beginek z zakonami żebrzącymi

Członkinie tych nowych wspólnot w nieuchronny sposób porównywano z mniszkami. Niemiecki cysters Cezary z Heisterbachu pisał z aprobatą, że beginki żyją wśród świeckich, noszą świecki ubiór, lecz miłością do Boga przewyższają inne wspólnoty zakonne. 

Jednak część duchowieństwa widziała w nich w najlepszym razie kobiety pozbawione kontroli i opieki duchowych przewodników. Utyskiwano, jakoby podszywały się pod zakonnice, na dodatek samodzielnie czytając i komentując Pismo Święte. Szybko też zaczęto zarzucać im związki z herezjami. Łączono je z albigensami, z begardami, tzw. herezją wolnego ducha czy wreszcie z potępionymi przez Kościół spirytuałami.

Skomplikowane były także relacje beginek z zakonami żebrzącymi. Niektóre z kobiet szukały protektorów, opiekunów duchowych i spowiedników wśród dominikanów czy franciszkanów. Przykładowo najstarsza społeczność beginek w Prowansji, znana jako „panie z Roubaud”, została założona przez Dulcelinę, siostrę franciszkanina Hugona z Digne; przesycał ją duch franciszkańskiego ubóstwa. 

Jednak w innych miejscach zdarzało się, że członkowie zakonów żebrzących postrzegali beginki jako konkurentki do datków – oraz jako model świętości konkurencyjny wobec modelu zakonów świeckich.

Papież Grzegorz IX nazwał beginki „oblubienicami Chrystusa” 

Oskarżano je też o hipokryzję. Wilhelm z Saint-Amour, XIII-wieczny francuski teolog, pisał, że beginki obcinają włosy i noszą skromne stroje, gdyż chcą wydawać się bardziej świątobliwe niż inne kobiety. Grzeszą jednak obłudą, dowodził Wilhelm, bo udają strojem zakonnice, choć nimi nie są. Na dodatek słuchają fałszywych kaznodziejów i zbierają datki, które należy dawać prawdziwym biednym.

Bardziej dosadnie wyrażał się wspomniany poeta Rutebeuf: przypisywał on beginkom niemoralność i dowcipkował, że w Paryżu jest wiele beginek, które noszą szerokie suknie, ale on, Rutebeuf, nie potrafi powiedzieć, co robią pod nimi.

Rutebeuf zaznaczał przy tym, że nie śmie źle mówić o beginkach, bo król tego nie zniesie. Dla przetrwania tych wspólnot kluczowe było bowiem poparcie władców i lokalnych społeczności. Ogromne znaczenie miała też bulla Grzegorza IX z 1233 r. „Gloriam virginalem” („Chwała dziewictwa”), w której papież nazywał beginki oblubienicami Chrystusa i chwalił ich sposób życia. 

Jak funkcjonowały beginki

Z czasem wspólnoty beginek z miast Brabancji i Flandrii rozprzestrzeniły się po Europie – od francuskiej Prowansji aż po Śląsk. Nigdy nie utworzyły jednego spójnego modelu życia – czegoś na wzór własnej reguły zakonnej. Pozostawały bardzo różnorodne – co zresztą przyczyniało się do ich sukcesu.

Niektóre beginki mieszkały więc wraz ze swoimi rodzinami lub we własnych domach, z jedną lub kilkoma towarzyszkami. Inne łączyły się w małe wspólnoty pod opieką miejscowych duchownych. Jeszcze inne wybierały wielkie beginaże – wspólnoty funkcjonujące na kształt klasztorów, otoczone murami i żyjące według zasad, pod zwierzchnictwem przełożonych. Czasem beginki tworzyły też własne parafie, a czasem wędrowały między miastami. Te ostatnie budziły największe obawy duchownych.

Różnie też rozumiały ewangeliczne ubóstwo. Beginki z Langwedocji zachowywały je rygorystycznie. Żarliwie wsparły spirytuałów w ich sporze z papiestwem, a gdy zostali oni potępieni, wraz z nimi cierpiały represje. Lecz kobietami, które w początkach XIV w. płonęły w Langwedocji na stosach jako beginki, faktycznie często były tercjarki franciszkańskie, które już św. Bonawentura określał pojęciem „beghine”.

Niektóre z nich – jak Na Prous Boneta, francuska beginka z Carcassonne, stracona w 1328 r. jako heretyczka – uważały, że Kościół, wyrzekając się ewangelicznego ubóstwa, całkowicie odszedł od nauczania Chrystusa i teraz przewodzi mu papież-antychryst.

Dla beginek z Paryża praca była częścią życia religijnego

To zamieszanie pojęciowe wiązało się z faktem, że w wiekach XIII i XIV słowo  „beginka” (po francusku béguines) miało wiele znaczeń, a i świeckie pobożne kobiety określano wieloma mianami. Na dodatek natura źródeł historycznych sprawia, że dziś, po wiekach, łatwiej dostrzec nam heretyczki niż bezimienne pobożne niewiasty, które całe życie spędziły w służbie Bogu i bliźnim, nie dając nikomu okazji do zgorszenia czy obmowy. 

Rycina przedstawiająca beginkę z ilustrowanego dzieła francuskiego księdza i historyka L'Abbe Tirona „Historia i stroje zakonów religijnych, cywilnych i wojskowych" // Fot. Mary Evans Picture Library / Be&W

Niepiśmienną Na Prous Bonetę z południa Francji, która widziała w sobie żywy sakrament i wyglądała rychłego końca czasów, w istocie mało łączyło z tymi beginkami, które prowadziły szkoły w Valenciennes na północy Francji czy w Mechelen (dziś w Belgii). Jeszcze mniej miała ona wspólnego z szacowną paryską mieszczką i beginką Marie Osanne. Ta, jak wiele paryskich beginek, zajmowała się produkcją i handlem jedwabiem; w rejestrze podatkowym z 1292 r. figurowała wśród najbogatszych kupców.

Dla tych beginek z Paryża praca rąk stanowiła integralną część życia religijnego. Produkcja jedwabiu, w której się specjalizowały, wymagała kapitału i kontaktów handlowych. Paryskie beginki mogły się w nią angażować, jako że – zgodnie z miejscowym modelem dziedziczenia – niezamężnym kobietom przypadała tam część rodzinnego majątku.

Nawet beginki mieszkające w królewskim beginażu – utworzonym w 1254 r. przez króla Francji Ludwika Świętego na wzór wielkich flandryjskich beginaży – zachowywały kontrolę nad osobistym majątkiem. 

Beginki, które posiadały stosowny kapitał, prowadziły więc w Paryżu warsztaty i tworzyły sieci produkcyjno-handlowe, dając pracę i wsparcie uboższym siostrom. W efekcie w Paryżu słowo „beginka” nie musiało oznaczać członkini wspólnoty, lecz po prostu nabożną i niezamężną kobietę, żyjącą z pracy własnych rąk.

Sobór we Vienne: dlaczego papież Klemens V potępił beginki?

Największym zagrożeniem dla wszystkich tych kobiecych wspólnot było podejrzenie o herezję. Punktem zwrotnym zaś w historii ruchu „pobożnych kobiet” stał się sobór we Vienne (południowa Francja) i uchwalona tam konstytucja „Cum de quibusdam mulieribus” („O niektórych kobietach”), w której beginki potępiono i nakazano im powrót do świeckiego życia.

Papież Klemens V i dostojnicy kościelni, zebrani w latach 1311-12 we Vienne, opisali w niej beginki jako kobiety, które nikomu nie przyrzekają posłuszeństwa i nie wyrzekają się własności, w żadnym więc wypadku nie mogą być uważane za zakonnice, choć noszą tzw. habity beginek. Przede wszystkim zaś zarzucono im rozpowszechnianie heretyckich twierdzeń na temat artykułów wiary i sakramentów.

Czy zarzuty były zasadne? Trzeba pamiętać, że na gruncie duchowości beginek wyrosło wiele wybitnych mistyczek, których bynajmniej nie potępiono za herezję. To np. Hadewijch (pisząca po niderlandzku) czy Mechtylda z Magdeburga (pisząca po dolnoniemiecku).

Jednak pisma innych rzeczywiście budziły kontrowersje. Symbolem tych sporów stała się Małgorzata Porete, spalona w Paryżu na stosie w 1310 r. za złamanie kościelnego zakazu posiadania, kopiowania i rozpowszechniania książki, którą napisała.

Książką tą było „Zwierciadło prostych dusz”: traktat o możliwości mistycznego zjednoczenia z Bogiem. Doskonała dusza, pisała w nim Małgorzata, nie potrzebuje do zbawienia Kościoła z jego sakramentami i mszą, ani nawet dobrych uczynków, bo gdy stanie się jednością z Bogiem, nie będzie grzeszyć ani pragnąć czegokolwiek złego i wbrew Bogu. 

Jej poglądy potępiono, lecz „Zwierciadło” pozostało tekstem wpływowym, kopiowanym i czytanym w klasztorach; doczekało się też wielu tłumaczeń na języki narodowe. 

Nadrenia, Turyngia, Alzacja: beginki giną na stosach

W dekadę po egzekucji Małgorzaty angielski teolog John Baconthorpe nazwał ją beginką, która napisała małą książkę przeciwko duchowieństwu i została za to spalona. Dziś niektórzy historycy uważają, że na radykalne postanowienia soboru we Vienne, który miał miejsce tuż po jej śmierci, wpływ mogły mieć właśnie poglądy Małgorzaty.

Przede wszystkim jednak – co słusznie zauważył już John Baconthorpe – na losach beginek zaważyły niechęć i podejrzliwość między nimi a duchownymi. Po Vienne lokalni duchowni, uzbrojeni w papieskie potępienie, doprowadzili do wielu prześladowań – zwłaszcza w Nadrenii, Turyngii czy Alzacji, gdzie beginki płonęły na stosach. Część wspólnot opustoszała. Ich mieszkanki szukały opieki miejscowego duchowieństwa, wstępowały do zakonów, wracały do rodzin albo uciekały.

Gdzieniegdzie jednak po prostu zmieniano nazwy wspólnot – i raptem beginki stawały się po prostu „pobożnymi dziewicami i wdowami” pod protekcją miejscowego biskupa, nadal ciesząc się „starożytnymi przywilejami”. 

Beginki szanowano na wielu dworach i wkrótce ich dobroczyńcy jęli zabiegać w Rzymie o aprobatę dla wspólnot od dawna powiązanych z ich rodami. Niebawem papież skorygował wcześniejsze potępienie, wskazując, że istnieją też ortodoksyjne beginki, których nie wolno prześladować. 

Teraz jednak należało odróżnić beginki „dobre”, ortodoksyjne, od tych „złych”, heretyckich. 

Proces beginek w śląskiej Świdnicy

Próbą takiego oddzielenia „ziarna od plew” był także proces, który w 1332 r. w śląskiej Świdnicy przeprowadził trybunał kierowany przez inkwizytora Jana ze Schwenkenfeldu. 

Mieszkanki tamtejszego beginaża wypowiadały się o duchownych z pogardą i – jak relacjonowała jedna z nich, Adelajda –  twierdziły, że gdyby mogły głosić kazania, robiłyby to lepiej niż kapłani. Własne modlitwy uważały za skuteczniejsze niż modlitwy księży. 

Utrzymywały też, że mają w sobie taką boskość, iż nie muszą oddawać czci Eucharystii, gdyż jest ona tylko symbolem. I że wystarczy, jeśli któraś weźmie kawałek chleba i wypowie nad nim słowa „Oto ciało moje”, a zostanie on przeistoczony, jak w sakramencie sprawowanym przez kapłana.

Z taką samą dezynwolturą świdnickie „siostry w kapturach” traktowały obowiązek uczestniczenia w niedzielnej mszy. Młodsze członkinie wspólnoty zeznały podczas procesu, że starsze w niedzielę zajmują się przędzeniem, szyciem i innymi pracami w warsztacie tkackim, twierdząc, że taka praca nie jest grzechem. Nie zachowywały też postów, nie spowiadały się i zniechęcały młodsze do spowiedzi. Praca rąk, ubóstwo oraz bardzo surowe umartwienia miały wystarczyć, by zapewnić im zbawienie. 

Ich poglądy niepokojąco przypominały błędy, jakie w bulli „Ad nostrum” przypisano herezji wolnego ducha – i nic dziwnego, że przyciągnęły uwagę inkwizytora. 

Śląskie beginki były przekonane o własnej doskonałości 

Niewykluczone, że na wszczęciu postępowania inkwizycyjnego zaważył konflikt w świdnickiej wspólnocie, a konkretnie – sprzeciw młodszych sióstr wobec surowości form ascezy narzucanych im przez starsze.

Starsze siostry wymagały bowiem od młodszych bezwzględnego posłuszeństwa, mówiąc, że muszą się ugiąć. Ich praktyki pokutne przybierały krańcowe formy. Adelajda zeznała, że z powodu nierozważnych ćwiczeń i pozbawionych umiaru biczowań jedna z sióstr popadła w obłęd. Gdy została znaleziona u trędowatych, tłumaczyła, że osiągnęła taką doskonałość, że nie musi jeść ani pić, gdyż żywi ją Chrystus.

Jednak wieloletnie mieszkanki świdnickiej wspólnoty były przekonane o doskonałości swojej pobożności. „My jesteśmy tymi, które zachowują dziesięć przykazań”, miały mawiać, „my jesteśmy tymi, które podążają za radami Ducha Świętego, my jesteśmy tymi, które żyją według Ewangelii, mamy prawdziwą wiarę, którą chcemy wyznawać i poddawać próbie przed królami i książętami”.

Broniąc własnego modelu pobożności, przekonane o uświęcającej roli pracy, przywoływały obraz Maryi pracującej w świątyni przy czyszczeniu i wykonywaniu innych prac służebnych. Gdyby tego nie czyniła, nigdy nie stałaby się matką Chrystusa, twierdziły. Przekonywały też, że gdyby Chrystus miał się teraz narodzić, wciąż można by było znaleźć tak czystą dziewicę, jaką była Maryja. Jak się można domyślać, właśnie w gronie beginek. 

Co reformator życia zakonnego Jan Busch napisał o beginkach

Akta procesowe się nie zachowały. Dokument notarialny z 1332 r. z zeznaniami świdnickich beginek (wydany w 2017 r. przez Pawła Krasa, Tomasza Gałuszkę OP i Adama Poznańskiego) nie zawiera sentencji wyroku, nie wiemy więc, jak się skończył ich proces. 

Zdaje się jednak, że wspólnota przetrwała, bo kilka dekad po procesie w Świdnicy nadal żyły beginki. Gdyż, jak z przekąsem pisał Jan Busch, XIV-wieczny niemiecki reformator życia zakonnego, kto chciałby potępić wszystkie beginki i siostry w Niemczech, musiałby wysłać większość chrześcijan do piekła

W XIV stuleciu kolejne domy beginek powstawały w Sandomierzu, Krakowie, Kazimierzu, Poznaniu, Wrocławiu i wielu większych i mniejszych europejskich miastach. Uposażane i wspierane przez nabożnych dobroczyńców, także członków panujących rodów i miejskiego patrycjatu.

Beginki nadal modliły się i pracowały, lecz świat wokół nich się zmieniał, a reformacja i kontrreformacja przyniosły nowe formy religijności. Pomimo to niektóre z niderlandzkich wspólnot przetrwały aż do naszych czasów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 08/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Siostry w kapturach