Ateny są boskie, ale bądź gotowy na wszystko

Na pewno czytaliście, że Ateny są brzydkie i nie ma sensu, by zatrzymywać się w nich na dłużej. Tak twierdzą autorzy przewodników, którym wtórują blogerzy. To nieprawda, jeśli tylko jesteście gotowi na wszystko.
z Aten
Czyta się kilka minut
Fasada ateńskiej kamienicy, w której mieści się restauracja Diporto. Ateny, 26 lipca 2022 r. // Fot. Theodore Liasi / Alamy / B&EW
Fasada ateńskiej kamienicy, w której mieści się restauracja Diporto. Ateny, 26 lipca 2022 r. // Fot. Theodore Liasi / Alamy / B&EW

W porze obiadu wrota były rozchylone, a schody wiodące w dół strome i mocno zużyte. Miałem niewielką obawę, że zjadę po nich, obijając pośladkami wszystkie stopnie po kolei, ale przywołałem się do porządku i zszedłem, starając się wyglądać, jakbym robił to co najmniej po raz trzeci. Rozejrzałem się dyskretnie i upewniłem. Kilka stolików i rozklekotane krzesła stały obok wielkich beczek na wino. Lada była symboliczna, pomieszczenie kuchenne również. Za to zapach unosił się doskonały. Aromat oliwy i smażącego się czosnku mieszał się z dymnymi nutami grillowanej ryby.

Między innymi po to przyszedłem do Diporto. Dostać się tam nie było łatwo. Z zewnątrz nie był to najbardziej zachęcający lokal, wręcz przeciwnie. Budynek wyglądał tak, jakby ostatni człowiek opuścił go – na oko – pięćdziesiąt lat temu. Pordzewiałe wrota pokryte graffiti nie były drzwiami ani okiennicą, w dodatku leżały w zasadzie na chodniku. Tak, jedna z najsłynniejszych jadłodajni w Atenach mieści się w piwnicy.

Człowiek za niewielką ladą ledwie na mnie spojrzał, ale ktoś inny wskazał stolik. Wino i sałatka z fetą pojawiły się z prędkością światła, chleb też. Zrozumiałem, że na stole kelner stawia to, co zostało przygotowane i posiłek będzie wielką niespodzianką. Kuchnia, którą miałem przed oczami, nie była zbyt zasobna w urządzenia. Jeden palnik najwyraźniej wystarczał, by wykarmić gości przy siedmiu stolikach.

Diporto nie ma menu, nie pracuje tu także nikt, kto mówiłby po angielsku. Grecy mówią, że miejsce przywołuje klimat Aten sprzed lat. Tawerny takie jak Diporto były po prostu jadłodajniami karmiącymi sprzedawców okolicznych sklepów i rzemieślników pracujących w pobliżu.

Tawerna została założona w 1887 r., a jej nazwa oznacza „dwie pary drzwi”, nie ma jednak co szukać szyldu, bo takowy nie istnieje. Są tacy, którzy twierdzą, że obsługa jest nieuprzejma. Po kilku wizytach muszę przyznać, że nikt nie witał się ze mną z radością i nie chciał się zaprzyjaźniać. Dostawałem stolik i jedzenie i w sumie więcej nie było mi trzeba. O piłce nożnej i tak bym z chłopakami nie poplotkował, i to nawet gdybym znał grecki, więc myślę, że stworzyliśmy świetną drużynę. Oni mnie karmili, a ja jadłem.

Menu w Diporto zmienia się razem z porami roku. Jedyną stałą są grillowane ryby. Zimą można się spodziewać zupy fasolowej polanej solidną porcją oliwy. Latem królować będzie sałatka i tę właśnie miałem przed sobą. Wielki plaster fety oblany oliwą wyglądał niezwykle zachęcająco.

Wejście do Diporto. Ateny, 13 lipca 2017 r. // Fot. Boaz Rottem / Alamy / B&EW

O czym milczy Homer

O fecie wiedziałem już dość sporo, bo kilka dni wcześniej poznałem Vasię, z którą miałem razem gotować w jednej z ateńskich szkół kulinarnych. Zanim zabraliśmy się do siekania i krojenia, poszliśmy jednak na zakupy. Zatrzymaliśmy się przy jednym z niepozornych sklepików na targu, a Vasia zaczęła mówić o fecie, zanim jeszcze zdążyłem zadać jakiekolwiek pytania.

– Feta to ser z mleka owczego lub mieszanki mleka owczego i koziego – zaczęła od rzeczy, które już wiedziałem. Potem przyszedł czas na poradę: – Jeśli się ładnie uśmiechniesz, dostaniesz również taką zrobioną wyłącznie z mleka koziego.

Uśmiechnęła się do chłopaka, który sprzedawał w sklepie, a on odciął niewielkie kawałki sera i machając w naszym kierunku nożem ozdobionym na samym końcu kawałeczkiem fety, najwyraźniej zapraszał do degustacji. Jestem ubezpieczony, więc zaryzykowałem utratę palców i po chwili kozia feta rozpływała mi się w ustach. – Słona, co? – roześmiała się Vasia i kontynuowała opowieść o serze. Rzecz charakterystyczna: feta dojrzewa w solance. To wyjaśniało słoność, ale dla Vasii był to pretekst do wykładu z historii. Okazało się bowiem, że topienie sera w słonej jak morze wodzie to szczegół, który pozwala zajrzeć w przeszłość i ujrzeć pierwszy plaster fety. Bo „feta” to po grecku „plaster”.

Od historyków kulinariów wiadomo, że podobne do fety sery twarogowe wytwarzano w różnych częściach basenu Morza Śródziemnego i Morza Czarnego już w czasach Homera. W jego dziełach nie ma jednak ani słowa o solance. Kiedy więc Homer pisze o serze, należy przypuszczać, że ma na myśli twardy i dojrzewający, jak włoskie pecorino czy hiszpańskie manchego.

Najstarsze doniesienia o konserwowaniu sera w solankach pochodzą z II wieku przed naszą erą. Zanim jednak feta pojawiła się na kulinarnej scenie, musiało minąć jeszcze trochę czasu. Michał Psellos, bizantyjski historyk i pisarz, pisze o solankowym serze dopiero w XI wieku. Opisany przez niego prosfiatos, czyli świeży, dojrzewający trzy miesiące ser to nic innego jak feta.

Wówczas produkowano go głównie na Krecie. W XV wieku na największą grecką wyspę zawędrował włoski podróżnik Pietro Casola. Pozostawił barwne opisy pełnych serów magazynów skarżąc się, że wszystkie były bardzo słone. Kucharze z jego statku docenili jednak smak fety i zakupili spore ilości. Kreteńczycy sprzedawali sery załogom zawijających do portów na wyspie statków i wyjaśniali, że trzymanie sera w solance jest jedyną dostępną metodą konserwacji, która może zapewnić mu dobry smak przez dłuższy czas.

Kupiliśmy z Vasią spory kawał fety i mijając kolejne stoiska, plotkowaliśmy o połączeniach, w jakich feta sprawdza się znakomicie. Horiatiki, czyli sałatka i kleftiko, gulasz były oczywistością, ale Vasia opowiedziała mi także o sałatce z młodego bobu i fenkułu z fetą.

Nie do przejedzenia

Następnego dnia postanowiłem spalić nieco kalorii w ateńskim Muzeum Archeologicznym. Przeczytałem bowiem, że jest jednym z najważniejszych i największych na świecie. Miałem nadzieję, że spalę nie tylko nadmiary fety, ale również kalorie pochodzące z portokalopity, rewelacyjnego ciasta pomarańczowego, które upiekliśmy z Vasią.

Tuż po kontroli biletów wylądowałem oko w oko z maską Agamemnona, zapamiętaną z okładki „Mitologii” Parandowskiego. Kiedy w szkole podstawowej czytaliśmy mity, nie miałem najmniejszego pojęcia, kim był Agamemnon, ani tym bardziej, co przedstawia okładka trzymanej przeze mnie książki. Teraz wiedziałem już, że nie ma ona nic wspólnego z Agamemnonem, mitycznym królem Argolidy. Pochodzi bowiem z XVI wieku przed naszą erą, co oznacza, że jest nieco starsza niż dowódca wojsk greckich w wojnie trojańskiej.

Potem zobaczyłem fragmenty antycznych fresków i całe mnóstwo kurosów, posągów przedstawiających młodych nagich mężczyzn o zagadkowym uśmiechu. Jeszcze później wpadłem na wielkiego konia z brązu dosiadanego przez jeźdźca, na oko siedmioletniego. Bajeczna rzeźba stała na samym środku wielkiego holu i wzbudzała powszechny zachwyt. Godzinę później dotarłem na wystawę czasową poświęconą cesarzowi Hadrianowi. No i po kolejnej godzinie byłem przy wyjściu. Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie żebym był rozczarowany – to, co widziałem, było wspaniałe, ale rozmiarem całkiem rozsądne. Nie byłem przebodźcowany, tylko radośnie kontent, że udało mi się zobaczyć tyle pięknych rzeczy naraz.

Usiadłem w barze Keenkies, który podaje malutkie słone i słodkie pączki nazywane w Atenach loukoumades. W oczekiwaniu na jedzenie przeglądałem informacje o muzeum. I nagle na widok greckich waz zdałem sobie sprawę, że byłoby to nieco dziwne, gdyby w Muzeum Archeologicznym w Atenach brakowało najbardziej znanych przykładów greckiej sztuki.

Pogrzebałem chwilę w kieszeni, bo wiedziałem, że mam tam ulotkę z planem muzeum. Rzut oka na nią sprawił, że odnalazłem miejsca, w których byłem. Tu tak, tu też, o, i tu również. I nagle, o dziwo, zdałem sobie sprawę z tego, że w holu, w którym stał koń, zbiegały się trzy korytarze. Jednym przyszedłem, jednym wyszedłem, został trzeci, który prowadził do części muzeum, o której istnieniu najwyraźniej nie miałem pojęcia.

Prędziutko doczytałem historię muzeum. Dowiedziałem się, że zostało założone przez gubernatora Grecji Ioannisa Kapodistriasa i że gmach został zbudowany pod koniec XIX wieku na gruntach będących darem od Eleni Tositsy. Ta niezwykła kobieta w czasie wojny z Imperium Osmańskim wykupywała greckich żołnierzy z niewoli, a po śmierci męża wydała niemalże cały majątek na budowanie szkół. Zakupiła też ziemię, by Ateny miały gdzie postawić Politechnikę oraz Muzeum Archeologiczne.

Budynek muzeum zaprojektował niemiecki architekt Ludwig Lange. Mimo że powstał gmach o sporych rozmiarach, szybko okazał się zbyt mały. Już na początku XX wieku miały miejsce pierwsze rozbudowy. Dodatkowe skrzydło ukończono w 1939 roku, ale eksponaty nie zagrzały tam długo miejsca, ponieważ w czasie II wojny światowej zostały zapakowane w drewniane skrzynie i zakopane w ziemi. Dzięki temu przetrwały wojenną zawieruchę. Wcisnąłem w siebie ostatniego pączka i ruszyłem w kierunku muzeum. Uznałem, że pora zobaczyć to, co ominąłem.

Dwie godziny później wyszedłem z muzeum po raz drugi. Byłem tak napakowany wrażeniami, że bałem się, iż pęknę. Uznałem, że uratować mnie mogą wyłącznie długi spacer i leciutka jak piórko kolacja, okazało się bowiem, że w sumie spędziłem w muzeum cały dzień.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Południowa część riwiery ateńskiej. 14 lipca 2024 r. // Fot. Yorgos Karahalis / AP / East News

Cisza jest możliwa

Rano termometr wskazywał sporo ponad trzydzieści stopni. Riwiera ateńska w mojej głowie była rajem, na który składały się kilometry plaż z barami. Jeszcze w łóżku starannie wybrałem plażę: zatoczka ze złotych kamieni otaczała lazurową wodę. Byłem zmęczony upałem, nadmiarem muzealnych wrażeń, ludzi i ciągłą pogonią za tym, co najbardziej ateńskie w Atenach. Chciałem posłuchać szumu fal i poczytać o wojnach peloponeskich.

Zaplanowana trasa wyglądała imponująco: najpierw kawałek metrem, na Syntagmie miałem zmienić linię, potem zaś przesiąść się do autobusu. Podróż miała trwać godzinę i piętnaście minut. Uznałem, że warto.

W metrze, jak to w metrze, było głośno i pełno. Tak mi się przynajmniej wydawało. Na Syntagmie się nie zgubiłem, co samo w sobie było sukcesem. Wsiadłem do właściwego pociągu i pomknąłem przed siebie. Wysiadłem mniej więcej nigdzie. Sześciopasmowa autostrada krzyżowała się tu z metrem, innych atrakcji nie było.

Tłok pod niewielkim zadaszeniem przywodził na myśl długą przerwę w mojej szkole, a wydobywające się spod niego kłęby dymu pozwalały przypuszczać, że komuś pali się plecak. Wykluczyłem tę możliwość dopiero wtedy, gdy się okazało, że wszyscy mają w ustach papierosy i palą je tak łapczywie, jakby to był ostatni papieros w ich życiu.

Uznałem, że poczekam na autobus z boku. Nie chciałem ryzykować uwędzenia. Po chwili zrozumiałem, że rezygnacja z tego procesu konserwacji oznaczała smażenie się w bezlitosnym słońcu, które napierało na mnie dokładnie tak, jak moi przyszli towarzysze podróży palili papierosy. „Wytrzymam, wytrzymam – powtarzałem sobie – autobus ma być za trzy minuty”. Po trzynastu przyszło mi do głowy, że wędzenie jest lepsze niż smażenie, ale w wędzarni było już zbyt ciasno. Nie miałem szans zmieścić się pod daszkiem. Pociągi metra nieustannie dowoziły nowych amatorów podróży autobusem.

Przyszło mi nawet do głowy, że wszyscy ci młodzi ludzie mogą mieć ten sam cel co ja i jadą na plażę, choć pewnie nie będą czytać o wojnach na Peloponezie. Odsunąłem jednak od siebie tę myśl, przekonując samego siebie, że mimo upału roztapiającego asfalt trwa rok szkolny, więc młodzież na pewno jedzie do szkoły.

Po kolejnych dziesięciu minutach cały chodnik wokół zadaszenia był już pełen, a ja smażyłem się od góry i wędziłem z boku. W dodatku grupa młodych ludzi wyszarpnęła z plecaka głośnik i kilka sekund później miałem wrażenie, że jest piątkowy wieczór, a ja jestem jedyną trzeźwą osobą w klubie dla nastolatków, których rodzice wyjechali na wakacje. Pociechą było to, że grecki rap był doskonały. Drugą – nadjeżdżający autobus.

Tratwa szaleńców

Gdy drzwi się otworzyły, zrozumiałem, że teraz dopiero się zacznie. W autobusie było więcej ludzi niż na przystanku. Nikt nie wysiadł, mimo to wszyscy, którzy czekali ze mną, weszli do środka. Ja też! Uniosła mnie fala i wrzuciła do wnętrza pojazdu. Tam zaś było jak na zewnątrz, tylko wszystko zostało pomnożone razy dwa. Głośników było bez liku, bo każda grupa miała własną muzykę. Temperatura? Nie pytajcie. Tlen? Brakowało. Oddychaliśmy azotem wymieszanym z piekielnie gorącym dwutlenkiem węgla. Niczym tratwa szaleńców ruszyliśmy przed siebie.

Spojrzałem na telefon. Czekało nas trzydzieści minut jazdy. „Na końcu będzie raj” – tłumaczyłem sobie, starając się skoncentrować na dźwiękach wydobywających się z jednego głośnika. W zasięgu wzroku miałem czerwony, niebieski i czarny. Wybrałem niebieski. Głęboki bit pozwalał odliczać kolejne minuty.

Autobus zwolnił, przegrupowania wśród pasażerów zapowiadały przystanek. Jakaś starsza pani usiłowała coś krzyknąć do kierowcy, ale było to zdecydowanie ponad jej siły. I tu nastąpił cud. Chłopak wyłączył głośnik i ryknął coś w powietrze nad sobą. Wszystkie głośniki umilkły w ciągu kilku sekund. Zrobiło się niemalże cicho. Starsza pani krzyknęła do kierowcy, że wysiada, a on zahamował. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, muzyka zaryczała jakby nigdy nic, a my ruszyliśmy w dalszą podróż. Po kilku przystankach przyzwyczaiłem się do następujących po sobie na przemian ryków, ciszy i ponownej kakofonii dźwięków.

Kropka, będąca autobusem na mojej cyfrowej mapie, zbliżyła się wyraźnie do celu podróży. Gdy autobus się zatrzymał, wyrzuciło mnie na zewnątrz razem ze wszystkimi ludźmi i wszystkimi głośnikami. Tłum i dźwięki ruszyły przed siebie. Ja z nimi. Zatoczka z plażą, bajeczna na zdjęciach w internecie, w rzeczywistości wyglądała zupełnie inaczej. Każdy kawałek wybrzeża był pokryty ludźmi, za żadne skarby nie potrafiłem usłyszeć szumu fal rozbijających się o kamienie, ponieważ na plaży znajdowało się pięć tysięcy głośników, z których każdy ustawiony na full emitował inny rodzaj muzyki.

Przyjrzałem się plaży i ludziom i podjąłem decyzję o ewakuacji. Wsiadłem w pierwszy lepszy autobus. Dwa przystanki dalej nie było żadnej zatoczki. Było za to morze i jakaś para z psem. Rozłożyłem obok ręcznik, wykąpałem się i słuchając szczekającego na fale psa, zrozumiałem, że wyprawa na ateńską riwierę powinna być przygotowana staranniej, bo wieści o pięknych plażach prędko się rozchodzą. Cóż, moja nie była może piękna, ale niemalże pusta i cicha. Wyciągnąłem książkę i przepadłem w historii wojen peloponeskich.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wielka feta