ArtRage: chuligani literatury

ArtRage to fenomen. Zarządzane przez dwie osoby wydawnictwo publikuje zarówno noblistów i laureatów Nagrody Bookera, niesłusznie zapomnianych klasyków w nowych przekładach, jak i prozatorskie debiuty. Po trzech latach istnienia wyznacza literackie trendy i stało się punktem odniesienia dla jakości wydawniczych praktyk.
Czyta się kilka minut
Fot. Ewelina Lebida / materiały prasowe Wydawnictwa ArtRage
Fot. Ewelina Lebida / materiały prasowe Wydawnictwa ArtRage

Zaczęło się wiosną 2022 r., gdy ukazała się powieść „Oni” Kay Dick (tłum. Dorota Konowrocka-Sawa) – nazywana zapomnianym arcydziełem. Wydana oryginalnie w Wielkiej Brytanii w 1977 r., mroczna i skomplikowana formalnie, była co najmniej nieoczywistym pomysłem na debiut wydawnictwa. 

Krzysztof Cieślik, tłumacz i redaktor ArtRage, tak wspomina heroiczne czasy: – To było trochę tak, jakby wpuścić dzieci do sklepu z cukierkami – o, fajne, kupujemy! Zrobiliśmy to, przeinwestowaliśmy i stąd wzięły się późniejsze problemy.

Nieustanne negocjowanie z realiami finansowymi to jedna ze specjalności ArtRage’a. Pomysł od początku był prosty, twierdzi drugi z założycieli wydawnictwa, Michał Michalski: – Zależało mi na pokazaniu, że z dobrą literaturą można podchodzić do czytelnika bez nadęcia. Przez lata byłem zrażony do ambitniejszych książek przez to, jak były podawane – z namaszczeniem, nadęciem, w akademickim sosie.

W czytelniczym odbiorze zajmują się wyłącznie literatura wybitną. Nieomylnie odkrywają dzieła, które rodzimy dryf wydawniczy pominął albo prześlepił. Nawet, jeśli ktoś nie wie, kogo właśnie wydali i o czym to jest, kredyt zaufania do nich osiągnął ten pułap, że Polska Czytająca niezawodnie kupi.

Na naszym rynku książki wartościowe rzeczy giną w masie chłamu

W ostatnich 10-15 latach sposób funkcjonowania polskich wydawnictw uległ zasadniczej zmianie. Po anarchicznych latach 90. i chaotycznej pierwszej dekadzie XXI wieku, rynek został ostatecznie podzielony między dużych i małych graczy – popularne niegdyś wydawnictwa średniego rozmiaru albo zniknęły, albo – nieliczne – znalazły na siebie nowy pomysł. Ci duzi, zatrudniający nawet po kilkadziesiąt osób, budują swoją ofertę maksymalnie szeroko, inwestując w różne style i gatunki.

Ten model ma oczywiście swoje plusy i minusy – trudno go oceniać bez uwzględniania skomplikowanego ekosystemu współczesnej kultury, na który składają się media, procesy społeczne, zawirowania polityczne i wiele innych czynników.

Jak pokazują najróżniejsze badania z zakresu socjologii literatury, mamy tu do czynienia z systemem naczyń połączonych – pozycjonowanie się jednych znacząco wpływa na to, jak definiują się inni. Mówiąc inaczej – najodważniejsi nie mogliby zaistnieć bez odniesienia się do kultury głównego nurtu. Dlatego pozycja, którą zajmują tacy wydawcy jak ArtRage, ma swoje oczywiste ograniczenia, ale jednocześnie daje dużą swobodę.

Krzysztof Cieślik, współzałożyciel Wydawnictwa ArtRage // Fot. Robert Gardziński

Wszędzie słychać to tłumaczenie: „Wydajmy chłam, który się na pewno sprzeda, dzięki czemu będziemy mogli wydać coś wartościowego”. – Nie zgadzam się z taką strategią – mówi Cieślik. – Wartościowe rzeczy giną potem w masie tego chłamu.
 

Nie, to nie jest dezynwoltura, tylko znak rozpoznawczy ArtRage. To nie jest tylko pozowanie na „chuliganów literatury” (choć obaj redaktorzy ewidentnie to lubią i do twarzy im z tym), ale element szerszego, przemyślanego pomysłu na obecność literatury w przestrzeni medialnej.

Branżo wydawnicza: mówmy, jak jest

Tak, to była sensacja. ArtRage opublikował niedawno zestawienie wszystkich sprzedanych w 2024 r. książek (zarówno w wersji papierowej, jak i ebooków). Bardzo rzadko ujawnia się takie dane – najczęściej jedynie wtedy, gdy wydawnictwo chce się pochwalić sukcesem. Informacje o wynikach można zdobyć jedynie półoficjalnymi kanałami wewnątrzbranżowymi, a wciąż są to zazwyczaj dane częściowe i wyrwane z kontekstu.

Dlatego raport ArtRage’a wzbudził duże poruszenie. Wydawcy na kilkunastu stronach pokazują zarówno swoje sukcesy, jak i porażki (w żargonie zwane „flopami”). Ta druga część zaczyna się od zdania: „Miało wyjść inaczej, a wyszło jak wyszło, czyli zakładaliśmy, że będzie super i nie było. Co nie znaczy, że nie było warto”. Michalski tłumaczy: – ZAiKS robi to od lat. Chcieliśmy zrobić podobnie – po prostu przekazać informacje. To nie jest chwalenie się ani żalenie. To są po prostu suche liczby.

Cieślik jednak dodaje: – Branża wydawnicza w Polsce to miejsce, gdzie nikt niczego nie mówi otwarcie. Wszyscy tylko się dziwią, że coś lub ktoś upada. No ale skoro przez lata nikt nie mówił o liczbach, to skąd miał się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda ten rynek?

Liczby bezwzględnie weryfikują wiele domysłów i fantazji. Na przykład – książka „Ja to ktoś inny” norweskiego noblisty Jona Fosse sprzedała się w nakładzie 4226 egzemplarzy, a jego „Białość” w liczbie 7480 sztuk (obie w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej). „Czas starego Boga” irlandzkiego laureata Nagrody Bookera w przekładzie Agi Zano rozszedł się w nakładzie 3580 sztuk. To mało czy dużo? Bez zbudowania odpowiedniego kontekstu trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. 

Michał Michalski, współzałożyciel Wydawnictwa ArtRage // Fot. Agata Krajewska / kreska_ / materiały prasowe Wydawnictwa ArtRage

„Rok był dobry i liczby też. Nie zbankrutowaliśmy” – brzmi konkluzja autorów raportu. Ich „flopy” to na przykład powieść „Echeverria” argentyńskiego pisarza i reportera Martína Caparrósa, znanego u nas przede wszystkim z głośnego „Głodu” – 723 egzemplarzy (przełożyła Katarzyna Okrasko). Jedna z najwybitniejszych – zdaniem wielu najwybitniejsza – powieść ubiegłego roku, czyli „Pasierb” Juana José Saera, dobił do 1100 egzemplarzy (tłumaczyła Barbara Jaroszuk).

– Bardzo liczyliśmy na efekt – żeby ludzie zobaczyli, jak to naprawdę wygląda. I faktycznie, nawet osoby, które siedzą w branży od lat, były zaskoczone tymi liczbami – przyznaje Cieślik.

– Wszyscy tylko powtarzają, że rynek książki się kurczy, że książka umiera, ale bez liczb to są tylko frazesy. Transparentność pozwala zobaczyć, co naprawdę się dzieje – dodaje Michalski.

W branży wydawniczej liczby nie tylko rzadko trafiają do publicznego obiegu, ale równie rzadko stają się punktem wyjścia do rozmowy o ekosystemie dystrybucji i sprzedaży książek.

Księgarnie, wydawnictwa – wszyscy są w tej samej sytuacji. I praktycznie nikt nic o tym nie mówi – podbija Cieślik. Jego zdaniem brak otwartości nie dotyczy wyłącznie wyników finansowych, ale także warunków współpracy między poszczególnymi ogniwami rynku. Na końcu tego łańcucha często zostają księgarnie – zwłaszcza te niewielkie – które mierzą się z nieprzewidywalnością popytu i polityką zwrotów, a także z kurczącym się miejscem na półkach. Raport ArtRage’a, choć dotyczy tylko jednej oficyny, stał się pretekstem do ważnej rozmowy.

Stu martwych Chilijczyków

– Społecznościowy aspekt naszej działalności jest kluczowy. Wydawnictwo jest formą rozmowy z czytelnikami, w mediach społecznościowych, wszędzie, gdzie się da. Nie wyobrażamy sobie robienia wydawnictwa, które nie byłoby jakoś oddolne czy wspólnotowe – mówi Cieślik.

W tym przypadku komunikacja odbywa się na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, podkast „ArtRage – wcale nie podcast”, w którym redaktorzy rozmawiają w swobodny sposób o najróżniejszych branżowych niuansach. Jednak dzięki specyficznemu poczuciu humoru, ale też bezkompromisowemu (co rzadkie w tym środowisku) diagnozowaniu najróżniejszych wypaczeń czy wręcz systemowych patologii. Można się wciągnąć, czego dowodzi spore grono wiernych słuchaczy.

Do tego dochodzą przykuwające oko pomysły promocyjne (odpowiada za nie szefowa promocji Ewelina Lebida), memy i regularne doniesienia z wewnętrznego życia wydawnictwa na grupie facebookowej. Ten ostatni element jest szczególnie oryginalny – redaktorzy często pokazują zapisy swoich chatów, gdzie przerzucają się pomysłami, ale też brawurowo się nawzajem krytykują i obrażają (wątek „Martwych Chilijczyków”, wymyślony przez fanów, to już klasyczny lejtmotyw – zachęcam do śledzenia).

Obaj redaktorzy stanowią też dobraną (przynajmniej w wymiarze swoich publicznych person) parę – jeden co chwilę wynajduje kolejnego genialnego autora, którego koniecznie chce wydać, drugi brutalnie weryfikuje pomysły pod kątem mocy przerobowych i możliwości finansowych (czasem zamieniają się rolami). Do tego dochodzą długie konwersacje i spory z czytelnikami – nie tylko o książkach bezpośrednio związanych z ArtRage’em. W ten sposób wydawnictwo staje się wspólnotą czytelników.

– Jak książka nie idzie, mówimy wprost: „Ej, ta poszła słabo”. To nie jest żal, to jest informacja. A potem widzimy, że ci, którzy byli nią zajawieni, zaczynają o niej mówić i książka znów zaczyna żyć – mówi Michalski. Cieślik dodaje: – Dzięki temu, że czytelnicy między sobą rozmawiają, książka ma prawo funkcjonować. To podstawa.

Standardowe działania promocyjne w dużych wydawnictwach są niezwykle kosztowne, a inwestycje często nie przynoszą satysfakcjonujących efektów. Do tego bywają problematyczne etycznie – co rusz wybuchają awantury o „opłacane recenzje” albo inne formy zaangażowania osób z dużymi zasięgami medialnymi. Dlatego ArtRage szuka alternatywnych rozwiązań, wnosząc nową energię do świata literackiego.

Abonament na książki w trzech wariantach

Jako jedyne w Polsce wydawnictwo ArtRage oferuje abonament na swoje książki – w trzech wariantach, na 11, 22 albo 44 kolejne tytuły. Przy tych większych wolumenach nawet sami redaktorzy mają jedynie mgliste wyobrażenie, jakie książki trafią w końcu do prenumeratorów. To oczywiście system pokrewny różnym pomysłom subskrypcyjnym, a także crowdfundingowym – różni się jednak tym, że bazuje na klasycznej strategii wydawniczej, czyli po prostu sprzedawaniu pojedynczych książek.

– Prenumerata daje nam parę miesięcy spokoju w wydatkach. Mamy około 120 prenumeratorów, co przerosło nasze oczekiwania. To są nasi ludzie – osoby, które są z nami od lat – mówi Michalski. Ten w istocie bardzo prosty mechanizm – nawet w tak niewielkiej skali – ma ogromne znaczenie, a co do samej zasady posiada potencjał wręcz rewolucyjny.

Jeżeli uda się namówić czytelników na płacenie za książki z góry, pojawiają się znacznie większe możliwości działania dla wydawnictwa (na przykład pozyskiwanie droższych licencji, ale też budowanie stabilniejszego modelu rozwoju). Ale w tym modelu wydawca nie może sobie pozwolić na błąd, nie może zawieść oczekiwań abonentów. Kredyt zaufania jest olbrzymi, więc i wpadka kosztuje więcej.

No właśnie, wszystkie te pomysły byłyby niewiele warte bez dobrej literatury. A konkurencja jest duża i często dysponuje znacznie większymi możliwościami finansowymi oraz kadrowymi. Pomaga oczywiście dobre rozeznanie w tym, co dzieje się teraz w literaturze (albo działo się dekady temu), a także dobre oko i intuicja.

Świetnym przykładem jest tu Jon Fosse, który w ArtRage’u pojawił się niedługo przed Noblem. Michalski tłumaczy skromnie: – To najwybitniejszy i najbardziej ceniony współczesny norweski pisarz. Wyłapanie go nie było wyzwaniem. Mieliśmy go tuż przed nosem.

Podobnie było z Irlandczykiem Sebastianem Barrym: – Jest rekordzistą w nominacjach do Bookera. I wygrał dwa razy Costa Award, a do tego Dublin Award, Walter Scott Prize. Na Wyspach jest naprawdę duży, w Stanach też. W Polsce miał dwa podejścia u dwóch różnych wydawców, ale najwyraźniej „nie zażarł”. Gdy się okazało, że jest wolny, napisałem do agenta: „dzień dobry, bierzemy wszystko”. Dał.

Ufajmy ludziom, którzy znają się na swojej pracy

To wciąż jednak za mało. Potrzebni są wyspecjalizowani w różnych obszarach kulturowych i językowych eksperci – czyli tłumacze. Według Cieślika jedyni, którzy naprawdę znają się na literaturze obcej: – Jeśli ktoś zna hiszpańską literaturę, to na pewno tłumacz, a nie ja. Jak Kasia Okrasko mówi, że coś jest dobre, czy Tomek Pindel, czy Basia Jaroszuk, to ja po prostu wiem, że jest dobre. Nie potrzebuję eseju na ten temat, wystarczą mi ich trzy zdania, żeby podjąć decyzję.

Ten szacunek i docenienie roli tłumaczy to oczywiście element dużo szerszego, nowego zjawiska. Ich rola nie ogranicza się już do samej translacji. Często stają się ambasadorami mało znanych literackich światów, a swoimi rekomendacjami bezpośrednio kształtują plany wydawnicze.

– Podobnie mamy z grafikami. Ufamy ludziom, którzy znają się na swojej pracy – mówi Cieślik. – Jeśli można mówić o jakimś naszym sukcesie, to jednym z kluczowych elementów jest seria „Cymelia”. I to jest ogromna zasługa Łukasza Piskorka, który zrobił jej projekt. Za każdym razem, gdy wysyłamy do akceptu okładki „Cymelii”, agenci i autorzy piszą nam, że są zachwyceni. Nie ma innej reakcji.

Nie ukrywamy swojej sympatii dla ArtRage’a. Daleko nam jednak do budowania prostych hierarchii, a jeszcze dalej do krytykowania kogokolwiek. Istnieje w Polsce wiele wydawnictw – większych i mniejszych – które oferują nam wybitną literaturę, posiadają wyraziste i oryginalne tożsamości, a także walczą (z dużą skutecznością) o lepsze warunki dla całego pola literackiego. Łączy je bez wątpienia szczera, głęboka pasja twórców, którzy mają wystarczająco dużo sprytu i determinacji, by ją konsekwentnie realizować.

To opowieść o jednym z nich.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Chuligani literatury