Przeprawa przez bezsilność. Kim jest Jon Fosse, laureat Literackiej Nagrody Nobla 2023

Dawno nie mieliśmy pisarza, który zamiast na diagnozy czy morały, byłby tak bezgranicznie otwarty na zwykłe życie. Po to, żeby znaleźć najważniejsze – nitki nadziei i pogodzenia z zimnym, ciemnym światem.

05.10.2023

Czyta się kilka minut

Jon Fosse, październik 2021 r. / FOT. JESSICA GOW/AFP/East News

Jest głęboko wierzącym chrześcijaninem, ale nie interesuje go mierzenie się z palącymi problemami współczesnego świata. Do tego ma silne przekonanie, że literatura wyradza się nie z rzetelnie rozplanowanej pracy, tylko z natchnienia, że spływa na niego w trakcie pozarozumowego misterium. Nie brzmi to jak opis osoby, która mogłaby napisać powieść odpowiadającą na potrzeby nowoczesnego społeczeństwa. 

To prawda – bardziej niedzisiejszego człowieka niż ten Norweg trudno sobie wyobrazić; tak bardzo niezaangażowanego we wszystko, co nazwalibyśmy ważną sprawą. A skoro tak, to Jon Fosse nadawałby się na śmietnisko najnowszej literatury. Uduchowiony, anachroniczny, po prostu mało przydatny. Tylko że z jakiegoś powodu całe zastępy czytelników czy krytyczek od lat zarzekały się, że widziałyby go z Noblem.

I jeszcze fakt, że jego opus magnum, siedmiotomowa „Septologia” (wydania oryginalne: 2019, 2020, 2021), w praktyce sprowadza się do dosłownie paru niekończących się, zapętlonych zdań i ledwie kilkuwątkowej fabuły, z której w zasadzie nie wynikają żadne konkretne wnioski, żadna refleksja społeczno-polityczno-kulturowa, która uzasadniałaby ogromną objętość książki. Bo trzeba jeszcze powiedzieć, że całość jest rozpisana, jakby z kaprysu, na paręset ślimaczo następujących po sobie stronic. 

Z szybkiej kalkulacji wychodzi mi, że czas poświęcony na „Septologię” to koszt co najmniej trzech innych porzuconych książek, plus kilku zaniedbanych obowiązków. Czytanie tego w środku pędzącego świata? A co dopiero „używanie” w dyskusjach o politycznych powinnościach współczesnej literatury. Przecież dzisiaj liczą się krótkie, zaangażowane i jasno określone światopoglądowo komunikaty. Takie, które otwarcie zapraszają, żeby się z nimi zgadzać lub nie.

Daleko mu do takiej twórczości, ale – wbrew wszelkiej logice – dostarcza dziś jednego z najbardziej bogatych i pożywnych doświadczeń czytelniczych.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Książki wyeksponowane podczas ogłoszenia Literackiej Nagrody Nobla 2023. Sztokholm, 5 października 2023 r. / FOT. JONATHAN NACKSTRAND/AFP/East News

Zjawienie

Dopiero teraz na dobre trafia na polski rynek z odpowiednim przytupem. Wydawnictwo ArtRage najpierw oddaje w ręce czytelniczek i czytelników „Drugie imię” – pierwszy z trzech tomów wchodzących w skład „Septologii”, zawierający dwie z jej siedmiu części. Kolejne tomy, również w przekładzie Iwony Zimnickiej, będą się u nas ukazywać rok po roku. 

Jednak zanim to wszystko nastąpi, Fosse pozostaje trochę jak przybysz z odległego kraju. Zdążyli go docenić na świecie, wystawić w znaczących europejskich teatrach, poobstawiać jego nazwisko u bukmacherów, a do nas wchodzi jakby tylnymi drzwiami – nie dość, że późno, to jeszcze na pierwszy ogień z najnowszą powieścią, bez porządnej rozgrzewki.

Pytanie tylko, na ile potrzebna jest tu rekonstrukcja całej jego pisarskiej drogi. Bo, mówiąc wprost, kolejne teksty Fossego, które czytam – z konieczności w angielskich przekładach, głównie Damiona Searlsa, nagradzanego amerykańskiego pisarza i tłumacza – za każdym razem wyglądają trochę jak wprawki do „Septologii”. Tak samo pozapętlane w swoim rozgadaniu, z motywami powtarzanymi tak obsesyjnie, że zaczynają się śnić po nocach. Fjord, fale, łódka, chata. Fjord, alkohol, matka, syn. Morze, religia, chata, malarz.

Gdzieś po drodze pojawia się jeden z bardziej ekscytujących konceptów Fossego – bohaterowie i bohaterki spotykają samych siebie. Może z przeszłości, może z alternatywnych wersji własnych biografii, a może siebie nieistniejących nigdy i nigdzie. Nikt nie tłumaczy źródła tych anomalii, bo i sam autor nie bardzo wie, skąd mu się one wzięły. Ja lubię myśleć, że przestrzenie w jego literaturze mają własną pamięć – coś jak u Zbigniewa Rybczyńskiego w oscarowym „Tangu” (1981). Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, poruszając się po planach geometrycznych wytyczonych w przestrzeni. Cykl się ciągle powtarza, ale czy kolejna wchodząca osoba jest na pewno tą samą, co wcześniej?

Dałoby się wyrysować drzewo genealogiczne pokrewieństw i zależności między jego postaciami. Wyszłoby, że wszystkie są z tego samego rodu. Dla niepoznaki czasem migrują między miastami i wsiami zachodniego wybrzeża Norwegii, czasem zmieniają stroje i wykonywane zawody, ale wcale niezbyt często, natomiast ich problemy i namiętności pozostają mniej więcej identyczne. To tragicznie nieszczęśliwi mężowie, zmarli synowie, uwięzione w żałobie żony i porzucone córki. Z korodującymi więzami rodzinnymi, z utraconymi miłościami ich żyć, w ciągłym marazmie. Ale też z niejasnym przeczuciem, że jakiś absolut jeszcze trzyma te życia w ryzach.

Po co więc szczegółowo rekonstruować ich losy, skoro najwyraźniej sprowadzają się one do tych samych smutnych opowieści? Choćby po to, żeby nie poprzestać na tym mylnym wrażeniu. Żeby to wszystko przypadkiem nie zabrzmiało jak kolejne powtórzenie depresyjnej prozy, scheda po nihilistach albo zżynka z Thomasa Bernharda. Po to, żeby znaleźć w tych książkach najważniejsze – nitki nadziei i pogodzenia z zimnym, ciemnym światem. Bo Fosse niby pisze o tym, co już sobie nieraz w literaturze i sztuce poprzerabialiśmy, ale znajduje oryginalny idiom, z którego jakimś cudem wyradzają się nigdy nieopowiedziane emocje.

Wzrastanie

„Cud” to wyjątkowo uzasadnione słowo w przypadku Fossego. Od dawna utrzymuje, że umiejętność pisania spłynęła na niego jak łaska, której nikt nie miałby prawa odrzucić. No bo czym innym wyjaśnić jego wielką dramatopisarską karierę? Mówimy o człowieku, który z teatrem się wprost nienawidził, a już na pewno nie planował w latach 90. tworzyć w tak – jego zdaniem – wyczerpanym wówczas rodzaju literackim. Jako dwudziestoczterolatek miał już na koncie śmiały debiut prozatorski „Czerwone. Czarne” (1983), dwa lata później wydał jeszcze powieść „Zamknięta gitara” i nie zbaczał dalej niż na teren poezji („Anioł z wodą w oczach” z 1986 r.).

Do teatru wszedł faktycznie jakby za sprawą łaski. Najpierw Tom Remlov, dyrektor Teatru Narodowego w Bergen, wciągnął go w reformatorski Projekt Bergeński. Założenie było proste: wpuścić młodą energię w norweską dramaturgię. Od połowy lat 90. ledwie trzydziestoparoletni Fosse wypluwał z siebie sztukę za sztuką, zbierał kolejne nagrody i kolejne wystawienia w Niemczech, Francji i jeszcze dalej na południe. Świat teatru pożerał dosłownie wszystko, czego dostarczał mu młody pisarz. Zwłaszcza w Norwegii głód nowości był ogromny. W prasie pisano, że tak dobrze nastrojony dramaturgiczny mózg nie istniał od czasów Henryka Ibsena – wielkiego poprzednika i inspiratora Fossego.

Choćby taka „Matka i dziecko” (1997). Na scenie są dwie postaci, z których ta druga odzywa się głównie lakonicznym „tak” i „nie”. Całość brzmi trochę jak rozmowa ze zbuntowanym synem po nieudanej wywiadówce, ale ciężar emocjonalny jest tu zawieszony dużo wyżej. Wydaje się, że kiedy w końcu spadnie, nie będzie czego zbierać. Tylko że Fosse nie goni za – wszyscy by chcieli – eskalacją. Żale i wzajemne oczekiwania buzują głęboko, pod spodem dialogów, ale ostatecznie nigdy nie wypływają w pełni na wierzch. 

Kolejne dramaty to znowu jednoaktowe wyścigi potwierdzeń z zaprzeczeniami, znów to samo krztuszenie się własnymi słowami, identyczne zapętlenia i niedopowiedzenia. Nawet tło nie bardzo się zmienia. Dom w okolicy fiordu, z którego chciałoby się wynieść, ale nie zawsze można; ciemność za oknem, zimno. Syn, Ojciec, Matka, Sąsiad – często bezimienne, uniwersalne figury wrzucone w nowoczesną rodzinną tragedię. Wśród nich jest też Asle.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Jon Fosse, Oslo, wrzesień 2019 r. / FOT. Hakon Mosvold Larsen/Associated Press/East News

Imiennicy

Asle urodził się w „Letnim dniu” (1998). Nabrał pełni w „Oto Ales” (2004). Z kolei „Trylogia” (2014) nadała kierunek jego filozofii życiowej. W „Septologii” zyskał ostateczny kształt. Zawsze Asle – nigdy nie ten sam, ale przecież jakoś podobny do swoich imienników z różnych fabuł Fossego. Kumuluje w sobie cały przekrój ludzkich doświadczeń, z tym że z utworu na utwór zmienia cielesną powłokę. Pomnik Aslego byłby z przegniłego drewna wyłowionego z zatoki, zbity rdzawymi gwoździami. Z czasem zmieniałby kształt, porastał mchem. Brat i przeciwstawienie Pana Cogito.

Bo teksty Fossego to zawsze opowieści o zmienności, która ujawnia się w przedziwny sposób – przez nawroty tego samego. Mówią nam o pewnym paradoksie – że skoro człowiek jest zmienny, świadczy to o jego wiecznej jednakowości. A mówiąc prościej: możesz zrobić wszystko, żeby stać się nową osobą, ale tak naprawdę nigdy nie wymażesz własnej tożsamości. Czytanie Fossego ze świadomością tego przeznaczenia jest jedną z najbardziej wzruszających przepraw przez ludzką bezsilność w historii literatury.

I wcale nie dlatego, że to jakaś doniosła, głęboka myśl. Zupełnie przeciwnie. Wybrzmiewa najdotkliwiej za sprawą całkiem zwyczajnych sytuacji. Takie pojedyncze kadry wypalają mi się pod powiekami jak nieusuwalne znamiona. Pierwsze z brzegu: żona wygląda męża przez okno, mimo że ten od lat nie wraca z rejsu po wzburzonym morzu; dziewczyna z chłopakiem zaraz przeżyją swój pierwszy raz w przypadkowej piaskownicy; właściciel zaginionego psa dowiaduje się, że zwierzę zostało zabite; młody malarz bezowocnie szuka swojej kochanki. 

Już jedna taka migawka wystarczyłaby jako dowód wielkości pisarza, tymczasem u Fossego następują one regularnie, w każdej książce. We wczesnych „Prozach z dzieciństwa” (1994) są na przykład wydestylowane do ekstremalnie krótkich form, dosłownie jednozdaniowych opowiadanek. Na przeciwległym biegunie ekstremów znajduje się właśnie wydane po polsku „Drugie imię”. Tam też na początek dostajemy do przyswojenia jedno zdanie. Ale kończy się ono po dwustu stronach.

Donikąd

Po co ono się tak ciągnie? Najwidoczniej nigdzie mu się nie spieszy, bo zanim wyjawi choćby najmniejszą informację, zanim popchnie akcję do przodu, mija parę stron. Po drodze trzy razy się powtórzy, pięć razy zatrzyma i jeszcze trochę zameandruje. Można pomyśleć, że to zupełnie bezcelowe, tym bardziej że w tej fabule nie ma znowu aż tak dużo zdarzeń. Czy potrzeba tylu słów, żeby powiedzieć, że malarz Asle jeździ sprzedawać obrazy do galerii Beyera, spotyka swojego zapitego imiennika, widuje sąsiada Åsleika i się modli? Jasne, to spore uproszczenie, są jeszcze długaśne chwile zadumy, wspomnień i wewnętrznych monologów, w których można pomieścić ogrom treści. Ale one też rządzą się prawem nadmiaru, naddatkowego gadania, żeby nie powiedzieć: pustosłowia. Fosse robi jednak z tego ględzenia rytuał, może nawet misterium, bo słowa spływają na jego bohaterów poza ich kontrolą, zupełnie jak na samego autora. Gdyby byli bardziej powściągliwi, to może i nam czytanie poszłoby sprawniej, ale wtedy w ich mowie nie zostałoby nic poza informacją – w całości przyswajalną i interpretowalną – czyli dokładnie na odwrót, niż chciałby Fosse. Dla niego ważniejsze są momenty dezinformacji, obsesyjnie zagadywanego niedopowiedzenia, kiedy postaci mówią, żeby mówić, i w tym mówieniu mimochodem stwarzają najbardziej realistyczne sytuacje. Są realistyczne, bo tak jak w życiu ich wagę można bardziej odczuć emocjami, niż objąć rozumem. Chyba tę zasadę miał na myśli Fosse w jednym ze swoich esejów: „tego, co wiemy w głębi, nie można wydobyć i uzasadnić (...), to tylko coś, co wiemy, a skąd wiemy i dlaczego, i tak dalej, jest mało interesujące. Przypuszczalnie najmądrzej po prostu to zostawić niedookreślone”.

Dlatego też na przegranej pozycji byli reżyserzy teatralni, którzy na scenie próbowali naprawiać połamany i niedopowiedziany język Fossego, psychologizować albo intelektualizować jego proste komunikaty. Jakby żaden z nich nie chciał pojąć, że właśnie w tym „zepsuciu” zawiera się cała oryginalna metoda. W tej powolnej drodze donikąd chodzi o współodczuwanie. Jedynym warunkiem zrozumienia tej prozy jest po prostu bycie człowiekiem.

W świetle

Oczywiście kusi, żeby czytać „Septologię” w kluczu biblijnym. „Drugie imię” poprzedza motto z Apokalipsy, siedem części rymuje się z siedmiodniowym Stworzeniem, do tego ciągle trafiają się tu mniejsze i większe sugestie odsyłające do chrześcijaństwa: krzyż świętego Andrzeja, rybak, różaniec, łódka. Zresztą Asle mówi o wierze czy religii otwarcie i obszernie, wcale nie po ezopowemu. A że sam Fosse przez ostatnie czterdzieści lat przeszedł drogę od ateisty do głęboko wierzącego katolika, to wyjątkowo łatwo wmawiać mu w tym kontekście autobiografizm. Już w „Melancholii” (1995) Boska światłość wlewała się w życie malarza Larsa ze wszystkich stron – gdyby nie fakt, że jego bohater był wzorowany na prawdziwym XIX-wiecznym malarzu Larsie Hertervigu, to pewnie byłby pierwszym z wielu imienników Aslego oraz, potencjalnie, alter ego Fossego.

Ale mało który autor tak stanowczo odcina się od sugestii o autobiografizmie. Sprawa wiary w twórczości norweskiego pisarza jest bardziej skomplikowana. Jeśli Fosse pisze o duchowości, to nie żeby sprzedać czytającym religijną agitkę, tylko dlatego, że zwyczajnie przerobił ten temat od podszewki. Z tego samego powodu pisze zresztą o alkoholu, co też nie znaczy, że drugi Asle, ten upadły, jest literackim odbiciem pisarza. O Bogu mówi ze sporą ostrożnością, trzymając się z dala od wielkich słów, bez dogmatyzmu i zamykania się na świeckie namiętności. W sumie nie wyobrażam sobie, żeby mógł zrazić do swojej literatury nawet najbardziej zagorzałych ateistów.

Bo poza wszystkim innym pokazuje, w jaki sposób jest dziś możliwa wielka literatura wyzwolona z wymogu zaangażowania. A przy tym wcale nie migająca się od spraw najwyższej wagi. Wystarczy tylko, żebyśmy sobie ustalili, że taką sprawą może być przelotne spotkanie z sąsiadem, wspomnienie pierwszej miłości albo bezcelowe patrzenie w horyzont.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyk filmowy i literacki po warszawskiej polonistyce. Urodzony w 1996 roku. Stale współpracuje z „Dwutygodnikiem”, „Kinem” i „Tygodnikiem Powszechnym”. Tłumaczy filmy z języka ukraińskiego. Laureat Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2022), Konkursu im.… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Przeprawa przez bezsilność