Bunt maszyn do pisania. Czy rynek książki czeka rewolucja?

Statystyczny Polak ma poczucie, że za 30 zł w kinie otrzyma więcej, niż mógłby zyskać kupując za tyle samo książkę. Dystrybutorzy od lat mają na to jedną receptę: rabat.
Czyta się kilka minut
Tłumy przed wejściem na Poznańskie Targi Książki. Poznań, 8 marca 2025 r. // Fot. Gerard / Reporter
Tłumy przed wejściem na Poznańskie Targi Książki. Poznań, 8 marca 2025 r. // Fot. Gerard / Reporter

Kto chciał coś powiedzieć publicznie, ten już to zrobił. Ja na tę karuzelę wskakiwać nie zamierzam, to do niczego nie prowadzi – rzuca do telefonu prezes dużego polskiego wydawnictwa, po czym rozłącza się bez pożegnania.

Autorzy też zrobili się ostrożni.

– Jestem już tym zmęczona – mówi reportażystka. – Spotykamy się, wymieniamy podejrzeniami, kto kogo i na ile naciął, ale jak przychodzi do konkretów, to każdy powtarza, że nie będzie szedł na zwarcie ze swoim wydawcą. To ja się też nie będę wystawiać na strzał.

Dziennikarz, autor kilku książek: – Publikuję w wydawnictwie należącym do firmy, w której też na co dzień pracuję. Jezu, nawet jak to napiszesz, to będzie wiadomo, o którą firmę chodzi. No więc nic ci oficjalnie nie powiem. Zresztą, chyba wszyscy już wiedzą, jak jest.

Cała Polska czyta pozew autorki „Chłopek”

Tak dużego zainteresowania tematyką honorariów dla pisarzy i marż w branży księgarskiej nie było nad Wisłą chyba nigdy. 25 lutego światło dzienne ujrzał raport Polskiej Sieci Ekonomii opracowany dla Instytutu Książki. Na blisko stu stronach jego autorzy rozłożyli na elementy krajowy rynek wydawniczy, kreśląc obraz trawiącego go kryzysu, na czele z „postępującą oligopolizacją i zaburzeniem równowagi w łańcuchu wartości”, które biją także w sytuację materialną pisarzy, tłumaczy oraz redaktorów, korektorów i łamaczy.

Jakby dla podbicia tez zawartych w raporcie, dwa tygodnie później branżę obiegła wiadomość, że Joanna Kuciel-Frydryszak, autorka bestsellerowej monografii „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, złożyła pozew sądowy, w którym domaga się od wydawnictwa Marginesy podwyższenia tantiem za swój hit, który sprzedał się w ponad 500 tys. egzemplarzy. „Zamierzam skorzystać ze znowelizowanego ostatnio art. 44 prawa autorskiego, czyli tak zwanej klauzuli bestsellerowej, która zakłada, że »w przypadku gdy wynagrodzenie twórcy jest niewspółmiernie niskie w stosunku do korzyści nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd«” – napisała w oświadczeniu.

Marginesy odpowiedziały ostrożnym komunikatem, w którym podkreśliły zrozumienie dla oczekiwań autorki, która odniosła taki sukces wydawniczy, i zarazem zdziwienie, że na ścieżkę sądową trafi spór, który wydawnictwo od jakiegoś czasu usiłuje rozwiązać polubownie.

Przy okazji Polska dowiedziała się, że na sprzedaży jednego egzemplarza rynkowego bestsellera można zarobić średnio dwa złote z groszami.

Sztafeta pretensji: autorzy kłócą się z wydawcami a wydawcy z dystrybutorami

Rozpętała się burza. W mediach społecznościowych kolejni autorzy solidaryzowali się z Joanną Kuciel-Frydryszak i dzielili własnymi doświadczeniami ze współpracy z wydawcami. Wyłonił się z tego obraz środowiska od lat eksploatowanego w sposób niemal rabunkowy i do tego regularnie upokarzanego oferowanymi stawkami. 

Lista pretensji była długa, począwszy od wspomnianych honorariów, które w rozbiciu na każdy miesiąc pracy nad książką zwykle nie starczają nawet na opłacenie składek ZUS, przez kurczące się terminy na wykonanie umowy, a kończąc na poważnych, ale najczęściej stawianych anonimowo zarzutach manipulacji danymi o sprzedaży.

Wywołani do odpowiedzi wydawcy obruszyli się na wrzucanie do jednego worka nierzetelnych podmiotów z takimi, które na swoich autorów dmuchają i chuchają, a przy okazji przypomnieli wyliczenia, z których wynika, że największy kawałek książkowego tortu od lat zjadają nie oni, lecz dystrybutorzy.

Ostatni z wymienionych na razie nie zabierają głosu w sporze. Liczą zapewne, że sprawa kolejny raz ucichnie. O miażdżącej przewadze czterech największych polskich dystrybutorów książek, kontrolujących około 80 proc. rynku dystrybucji hurtowej, mówi się przecież i pisze od ponad dekady, ale nic poważnego dla pozycji oligopolistów z tego, jak dotąd, nie wynika. Nie pomógł nawet wstrząs, jakim było dla branży przejęcie w 2011 r. przez Empik wydawnictw W.A.B., Wilga i Buchmann, co postawiło tego ważnego dystrybutora w uprzywilejowanej pozycji firmy, która sama wytwarza sobie towar na sprzedaż.

Od tamtej pory głębszym zmianom nie uległa też lista największych zarzutów pod adresem polskich dystrybutorów, na czele z wymuszaniem na innych uczestnikach rynku olbrzymich rabatów, sięgających nawet 70 proc. ceny okładkowej, narzucaniem wydawcom dodatkowych opłat za ekspozycję towaru czy dane o sprzedaży i wydłużaniem terminów zapłaty, na którą niektóre wydawnictwa czekają ponad pół roku.

W obrocie książkami w Polsce etap dystrybucji stał się swoistą czarną dziurą. 

Autorzy wspomnianego wyżej raportu dla Instytutu Książki szacują, że ze sprzedaży jednego egzemplarza książki w cenie okładkowej 57,50 zł jej autor lub autorka dostanie z tantiem 2,87 zł. Wydawnictwu, po odjęciu kosztów produkcji, zostanie 7,87 zł. Dystrybutor zarobi na czysto 6,90 zł. No, chyba że ma też swoje księgarnie, bo wówczas dostanie dodatkowe 4,60 zł.

Więcej wydajemy na colę niż na książki

Strategia na przetrzymanie może być skuteczna, bo spór zaognił się głównie na linii autorzy–wydawcy. Jedna z doświadczonych polskich redaktorek w swoich mediach społecznościowych wypomniała nawet ostatnio koleżeństwu po fachu, że „napier…lamy się w niewłaściwej konfiguracji”.

Fakt, że katalizatorem sporu był pozew złożony przez autorkę jednej z najpoczytniejszych polskich książek ostatniej dekady, stworzył w dodatku mylne wrażenie, że pod zarzuty stawiane przez Kuciel-Frydryszak można podstawić sytuację dowolnego polskiego literata czy literatki. Punkt wyjścia jest istotnie ten sam: chodzi o formułę rozliczeń autorów z wydawcą, które często premiują tego ostatniego kosztem tych pierwszych. Prawdziwym problemem, z jakim boryka się olbrzymia większość próbujących żyć z pisania Polek i Polaków, nie są jednak procenty w umowie z wydawnictwem, lecz nakłady książek.

Przy rynkowej średniej na poziomie ok. dwóch tysięcy egzemplarzy pisarstwo musi pozostać w naszym kraju działalnością niedochodową, bez względu na to, czy autorowi uda się wyszarpać 15 czy 10 proc. ceny książki – i również bez względu na to, czy podstawą wyliczeń będzie cena okładkowa, czy hurtowa.

Krzysztof Domaradzki, dziennikarz ekonomiczny piszący także powieści kryminalne, w jednym z wywiadów obrazowo porównywał wartość krajowych wydatków na książki z innymi pozycjami z rodzimego koszyka zakupowego. Więcej pieniędzy Polacy co roku wydają m.in. na napoje gazowane (7,5 mld zł), pakowane mięso (9 mld zł), nie wspominając o wódce, która tylko w jeden kwartał wypłukuje z polskich kieszeni więcej gotówki aniżeli oferta księgarń przez okrągły rok.

Kto jest winny tej mizerii? Wśród podejrzanych najczęściej wymienia się internet z mediami społecznościowymi. Dostaje się też szkole, która młode głowy zatruwa Mickiewiczowskim świerzopem i dzięcieliną, miast siać fascynację żywą literaturą współczesną. A gdy młody człowiek jakimś cudem zacznie jednak czytać, wpada w rzekomą pustkę literatury Young Adult oraz innych rynkowych efemeryd.

Ta i podobne narracje kompletnie lekceważą fakt, że w krajach, w których czytelnictwo ma się o wiele lepiej niż w Polsce, również działa internet, szkoła dba o należyte miejsce dla miejscowych tradycji literackich, a rynek książki nieustanne epatuje odbiorców różnymi nowinkami.

- Nie zawarliśmy tego wśród głównych tez, bo to obserwacja, którą rozciągnąłbym na wiele sfer polskiej gospodarki, ale na rynku książki widać to bardzo wyraźnie. Mam na myśli niski poziom kapitału społecznego i wynikającą z niego prymitywną kulturę biznesu, która dla wielu graczy sprowadza się do poszukiwania okazji, żeby wzbogacić się kosztem współpracowników – podkreśla Jan Oleszczuk-Zygmuntowski, jeden z autorów raportu „Jeszcze książka nie zginęła”. – W tym kontekście trzeba też inaczej spojrzeć na informacje o wartości krajowego rynku książki, która od lat stoi praktycznie w miejscu. Jestem ekonomistą, nie znam się na literaturze, ale wiem, że w atmosferze braku zaufania trudno budować wartość. 

Rabat receptą na wszystko

Polskim rynkiem książki, jak dodaje Oleszczuk-Zygmuntowski, rządzą darwinizm i krótkoterminowa kalkulacja. Półroczne terminy płatności za przekazany do dystrybucji towar, jakie narzucają wydawcom najwięksi hurtownicy, mogą niejedno małe wydawnictwo doprowadzić na skraj niewypłacalności. Dystrybutorzy oczywiście zdają sobie z tego sprawę, ale nad zdrowszych kontrahentów przedkładają kapitał na koncie, którym można dłużej poobracać.

– Taka kalkulacja nie uwzględnia jednak tego, że wydawnictwa, które ponoszą przecież stałe koszty działalności, zabezpieczają się przed takimi praktykami poprzez wydawanie coraz większej liczby tytułów – zauważa ekonomista. – Zaczynają też cisnąć autorów, żeby jak najszybciej oddawali książki do produkcji, i ciąć koszty procesu wydawniczego. Każdy dzielnie rozwiązuje problemy kapitalizmu przez przerzucenie ich dalej w łańcuchu wartości. 

Badania konsumenckie potwierdzają tymczasem, że barierą w dostępie do książki nie jest w Polsce jej cena, lecz relacja tej ceny do oferowanej jakości. Statystyczny nadwiślański konsument kultury ma poczucie, że wydając 30 zł w kinie, otrzyma więcej, niż mógłby zyskać kupując za tyle samo książkę. Wydawcy i dystrybutorzy na razie mają na to tylko jedną receptę: rabat od ceny okładkowej.

Autorów i wydawców łączy z kolei ten sam problematyczny stosunek do książki, w której, w zależności od sytuacji, widzą albo produkt, albo dobro kultury. 

Wydawnictwa chętnie podkreślają swój udział w kulturalnym poletku, domagają się z tego tytułu preferencji podatkowych od państwa, ale w rozmowach z autorami posługują się językiem transakcji handlowych. W wielu wydawnictwach „hit” jest nadal synonimem bestsellera, ale w tym pojęciu nie mieszczą się przełomowe publikacje, które przestawiają tory debaty publicznej, choć sprzedały się w niewielkim nakładzie.

Pisarze i pisarki popełniają ten sam grzech. Apelują np. o ustanowienie czegoś w rodzaju minimalnego dochodu gwarantowanego dla ludzi pióra, ale oburzeniem reagują już na pytanie, czy po wprowadzeniu takiego rozwiązania powinno im nadal przysługiwać dodatkowe wynagrodzenie np. za wieczór autorski w publicznej bibliotece.

–  Możemy w kółko apelować o promocję czytelnictwa w Polsce, ale to nie jego stan jest moim zdaniem źródłem problemów rodzimej branży wydawniczej. To raczej fatalna kondycja tego sektora jest dziś jednym z wielu czynników ograniczających polski apetyt na książki – kwituje Oleszczuk-Zygmuntowski.

37,5 mln polskojęzycznych mieszkańców naszego kraju co roku wydaje na czytelnictwo ok. 4 mld zł. Dla porównania: 16 mln Czechów i Słowaków co roku przeznacza na ten cel równowartość ok. 1,7 mld zł. Na rynku ponaddwukrotnie mniejszym od polskiego co roku ma miejsce ok. 24 tys. książkowych premier. W Polsce – ledwie 10 tys. więcej.

Z badań firmy Nielsen Admosphere wynika, że ponad trzy czwarte Czechów czyta w ciągu roku przynajmniej jedną książkę, a 28 proc. mieszkańców kraju chodzi przynajmniej raz w roku do biblioteki. W Polsce po minimum jeden tytuł rocznie sięga tymczasem zaledwie 43 proc. populacji. Już to proste porównanie każe inaczej rozkładać akcenty w debacie o kryzysie czytelnictwa i problemach polskiego rynku wydawniczego.

– Tu wszyscy w branży rozumieją, że jedziemy na jednym wózku – mówi Filip Ostrowski, współzałożyciel słowackiego wydawnictwa Absynt, które w Czechach i na Słowacji publikuje głównie literaturę non-fiction. – Jesteśmy malutką firmą nawet jak na warunki słowackie, ale jestem po imieniu z właścicielami dwóch największych sieci dystrybucyjnych działających w Czechach i na Słowacji. Żadnemu z nich do głowy by nie przyszło, żeby oferować nam gorsze warunki tylko dlatego, że na biznesie z nami zarabiają mniej niż na współpracy z większymi wydawcami. Jeśli wystawiam fakturę z 14-dniowym terminem płatności, pieniądze na koncie mam zwykle po dwóch tygodniach.

I Czechy, i Słowacja nie mają, podobnie jak Polska, daleko idących regulacji rynku wydawniczego. Nie mają także ustawy o minimalnej cenie książki. Nie jest potrzebna.

– Tytuł, który dzisiaj wypuścimy na rynek z ceną 20 euro na okładce, będzie wszędzie oferowany po 20 euro – podkreśla drugi współwłaściciel Absyntu, Juraj Koudela. – Uczestnicy rynku rozumieją, że konkurencja sprowadzona do rywalizacji na cenę to droga donikąd.  

Środowisko pisarek i pisarzy zaczęło głośno mówić o swojej kondycji finansowej

W debacie o kondycji polskiego rynku wydawniczego głos zabrał ostatnio sam Remigiusz Mróz. Autor-instytucja, znany z niemal taśmowej produkcji kryminałów, podzielił się na Facebooku swoimi doświadczeniami z początków pisarskiej kariery, kiedy w trakcie negocjacji umowy został przypadkowo dodany do listy mailingowej pracowników wydawnictwa, naradzających się właśnie, jaki procent ceny okładkowej mu zaoferować. „Moglibyśmy dać mu 10 proc., ale zaproponuj 5 proc., zgodzi się na 6 proc.” – sugerował koledze z pracy jeden z uczestników konwersacji. Podobne zagrania, zwłaszcza wobec nieświadomych reguł branżowej gry debiutantów, wciąż są – zdaniem Mroza – na porządku dziennym.

Listę wydawniczych grzeszków można łatwo rozbudować w oparciu o rozmowy z osobami, które mają za sobą debiut książkowy. Powszechną praktyką jest nierefundowanie kosztów związanych ze zbieraniem materiałów do książki, zwłaszcza w przypadku autorów fikcji (inna sprawa, że właśnie chęć pomocy przy researchu przyświecała ustawodawcom, którzy przyznali polskim twórcom prawo do 50 proc. kosztów uzyskania przychodu). Zdarzają się i takie kwiatki, jak klauzule, które zobowiązują autora lub autorkę do wydania na takich samych warunkach kolejnej książki w tym samym wydawnictwie – o ile poprzednia odniesie jasno zdefiniowany sukces sprzedażowy.

Wydawcy zaczynają rozumieć, że po ostatniej aferze z honorariami utrzymywanie równie asymetrycznych warunków wejścia w świat literatury może być niemożliwe. Środowisko pisarek i pisarzy nie tylko zaczęło głośno mówić o swojej kondycji finansowej, ale też odważnie kieruje zarzuty pod adresem pozostałych uczestników rynku wydawniczego. Zniknęła swoista „zmowa wstydu”, która skrywała dotąd przed opinią publiczną rzeczywisty charakter relacji autorzy-wydawcy-dystrybutorzy. Niewykluczone, że poprawi to nieco warunki dla przyszłych debiutantów.

Panaceum na wszystkie bolączki w opinii wielu przedstawicieli branży ma być za to ustawa o gwarantowanej cenie minimalnej książki, którą mają nadzieję dostać w przedwyborczym prezencie od rządu. Dzięki niej uda się wyrugować z rynku proceder rabatowania i przeceniania tytułów nazajutrz po premierze.

Stojąca za tym kalkulacja jest prosta. Dla poszczególnych uczestników rynku książka ma kosztować tyle samo. Dzięki temu będzie też dłużej krążyć po księgarniach w cenie okładkowej, zapewniając większą rentowność twórcom i producentom. O ile oczywiście największe wydawnictwa nie pójdą drogą na skróty i nie zaczną znów bawić się w rabaty, np. pod pretekstem promocji na „egzemplarze technicznie wadliwe”.

Jan Oleszczuk-Zygmuntowski: – W podsumowaniu raportu podkreślamy, że ratunkiem dla polskiej książki jest wprowadzenie pięciu komplementarnych reform, w tym ustawy o ochronie rynku książki z jednolitą ceną, ochrony małych księgarń i transparentnością obrotu, nadzoru urzędu antymonopolowego nad tym wrażliwym rynkiem, branżowego kodeksu dobrych praktyk, nowych zasad zakupów bibliotecznych i wreszcie z powołaniem do życia spółdzielni księgarskiej. Śledząc debatę o naszym raporcie, widzę tymczasem, że różni uczestnicy tego rynku chcieliby wdrożenia tylko tych elementów, które im aktualnie pasują. Jeśli dostaniemy na przykład samą ustawę o cenie jednolitej, efekty uzdrowienia branży będą niezadowalające.

Jeśli na końcu niezadowoleni będą także czytelnicy, rewolucja zapoczątkowana przez autorów pożre swoich rodziców.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Bunt maszyn do pisania