Reklama

Historia linii prostej

Historia linii prostej

26.01.2006
Czyta się kilka minut
Pynchon obsesyjnie drąży temat ukrytego sensu. Jego narracje dynamizuje detektywistyczna praca mająca na celu wydobycie na jaw rzekomych podziemnych sieci, łączących to, co na powierzchni wydaje się niepowiązane.
Grafika Krzysztofa Skórczewskiego
T

To oporne pisarstwo, które umyka przed próbami opisu. Światy, które w tej prozie się tworzą, nie dają się sprowadzić do interpretacyjnych czy choćby opisowych formuł. Powikłanych, meandrujących fabuł nie da się streścić, jakby autor świadomie pisał tak, by jedynym komentarzem do jego powieści mogły być one same.

Na szczęście zawsze można napisać, że ten "kultowy autor być może nie istnieje", bo nie ma żadnych jego zdjęć, a on sam nie pokazuje się publicznie; że pod jego nazwiskiem ukrywa się "tak naprawdę" znany odludek, J.D. Salinger; że studiował pisarstwo u Vladimira Nabokova, choć autor "Pamięci, przemów" za grosz tego nie pamięta. Wydawać by się mogło, że Thomas Pynchon, bo o nim tu oczywiście mowa, wykreował swój wizerunek pisarza bez oblicza z litości dla krytyków, podsuwając im jakże wygodny temat zastępczy.

Labirynt konstrukcji, sieć zdań

"V.", "49 idzie pod młotek", "Tęcza grawitacji", "Vineland" oraz "Mason i Dixon", ostatnia jak dotąd powieść Pynchona, to proza wysokiej rezystancji: nęci, ale nie daje się przeniknąć. Przytłacza sama już objętość jego powieści; nawet drugie, stosunkowo krótkie dzieło, które Pynchon z niezrozumiałych względów znielubił i wydziedziczył, w stopniu skomplikowania spiskowej intrygi rozkłada na łopatki lekkomyślnego interpretatora, który chciałby uporządkować wszystkie wątki i motywy.

Niewyobrażalnie szeroki zakres tematów, erudycyjnych odwołań i aluzji, oszałamiająca gama stylów i rejestrów językowych, rozpiętość geograficzna i czasowa narracji, metamorficzny, płynny i niestabilny charakter kreowanej w nich rzeczywistości, idące w setki dramatis personae sprawiają, że czytelnik obcujący z dziełem Pynchona czuje się nie tyle w pułapce labiryntu (którego zasadę prędzej czy później można przecież rozszyfrować), ile w rozrastającej się żywiołowo barokowej budowli. Poczucie zagubienia w konstrukcji, która przerasta możliwości ludzkich władz poznawczych, uświadomienie sobie własnej ograniczoności wobec ogromu i złożoności świata, a także namacalna, dręcząca nieomal obecność nienazwanej tajemnicy lub, jak kto woli, podziemnego świata doskonale ukrytych konspiratorów, tajnych stowarzyszeń, tajemnych rytów i języków, towarzyszą nieodłącznie lekturze prozy Pynchona.

Do tego dochodzi język, o który nawet najuważniejszy czytelnik co chwila się potyka, wpada na zdania jak na ściany w ciemnym korytarzu, czuje ciężką, gęstą, lepką materialność słów. Zdania Pynchona krępują niczym sieć, powstrzymując dalszy ruch do przodu, bo lektura tej prozy to mozolne wchodzenie w głąb tekstu, a nie marsz ku jego nieobecnej przecież, widmowej konkluzji. Pynchonowskie słowa nie chcą być przezroczyste, obnoszą się ze swoją natrętną cielesnością, stają między nami a tym, co, jak chcielibyśmy wierzyć, jest po drugiej stronie. Spotęgowane w polskim przekładzie zagęszczenie inwersji rozrywa składnię i naturalne, wydawałoby się, więzi gramatycznych zależności, a tym samym wzmacnia wrażenie nadmiaru znaków, które nie chcą lub nie mogą ułożyć się w jednolity wzór, w żadną linię prostą.

Druga strona chaosu

W ostatniej swojej powieści, "Mason i Dixon", wydanej w 1997 roku, Pynchon stylizuje swój język, nawiązując między innymi do prozy Laurence'a Sterne'a. Język ten, jak i typ narracji, przywołują na myśl "Tristrama Shandy'ego", największe i najbardziej wywrotowe dzieło Sterne'a, a jednocześnie powieść powstałą mniej więcej w tym samym czasie, w którym toczy się akcja "Masona i Dixona". Sam język, w jakim Pynchon prowadzi swoją narrację, będący wytworem talentu naśladowczego, brzuchomówstwa i daru przedrzeźniania, jest więc maską, kamuflażem, symulacją, ale to, co maskuje ta sterne'owska stylizacja, pozostaje nieuchwytne. Zwłaszcza że iluzja osiemnastowiecznej prozy, z jej chwytami i manieryzmami, pęka co jakiś czas, gdy Pynchon jakby mimochodem podsuwa czytelnikowi drobny anachronizm, jakieś ukryte odniesienie do naszej współczesności, na przykład cytat z popularnego słuchowiska radiowego.

Jeśli padło tu słowo "wzór", to nie bez kozery. Na ujawnianiu i ukrywaniu wzoru, na grze z widmowymi sensami, mapami i porządkami wspiera się bowiem postmodernistyczna poetyka Pynchona, choć oczywiście do nich się nie sprowadza. O ile w świecie modernistów tliło się jeszcze przekonanie, że w rozbitej rzeczywistości można jednak odnaleźć trwały i wieczny wzór, a tym samym ukryty przed ludzkim okiem porządek lub jego zasadę, o tyle w postmodernistycznym świecie miejsca na takie przekonanie już nie ma.

Wielcy moderniści, tacy jak Eliot, Yeats, W.C. Williams czy Wallace Stevens, istnienie takiego całościującego wzoru zakładali, choć może nie zawsze wierzyli, że uda się go odnaleźć. Istniał on choćby jako postulat, bez którego modernistyczny świat zamieniał się w "stos potłuczonych obrazów", w paradę widm i fantomów. Postmoderniści takiego założenia nie potrzebują, z definicji go nie czynią, a nawet, jak by powiedział Lyotard, nie chcą go opłakiwać. Demaskują za to jałowość poszukiwań uniwersalnego wzorca, a porządek uznają nie tyle za przeciwstawienie chaosu, ile za jego drugą stronę.

W całej swojej prozie Pynchon obsesyjnie drąży temat ukrytego sensu, nawet gdyby tym sensem miały być spiski czy konspiracyjna działalność tajnych sekt i służb. Jego narracje dynamizuje detektywistyczna praca mająca na celu wydobycie na jaw rzekomych podziemnych sieci, łączących to, co na powierzchni wydaje się niepowiązane. W tę pracę Pynchon wciąga czytelników, najczęściej po to, by zostawić ich w poczuciu niespełnienia, ze świadomością, że szukali rzeczy nie tyle ukrytych, ile urojonych.

Obsesja podziemnego spisku to trop oczywiście ponowoczesny, ale też bardzo amerykański (Paul Auster, Don DeLillo), przybierający postać paranoicznej czasami wiary, że zawsze ktoś, gdzieś, pociąga za sznurki. Wiara ta odzwierciedla potrzebę ładu, choćby konspiracyjnego, ale może być także gwałtem zadawanym rzeczywistości. W prozie Pynchona co i rusz to, co spontaniczne, wielorakie i hybrydyczne, ściera się z ludzką skłonnością do narzucania jednolitych, uporządkowanych i wszechobjaśniających formuł.

Nic dziwnego, że Pynchon zainteresował się historią Masona i Dixona, poświęcając kilkanaście lat na przestudiowanie ich biografii i napisanie opartej na tych życiorysach powieści. Charles Mason to angielski astronom, a Jeremiah Dixon - geometra; Towarzystwo Królewskie wysyła ich na misje badawcze. Obserwując "przejście Wenus" z różnych punktów na ziemi, próbują zmierzyć paralaksę Słońca, ale, jak podejrzewają, a z nimi podejrzenie to dzieli czujny czytelnik, londyńskie towarzystwo naukowe, zwane też znacząco "niewidocznym kolegium", pod płaszczykiem badań realizuje plany zgoła odmienne, prowadząc sekretną politykę, w której Mason i Dixon są tylko żałosnymi pionkami. To zresztą jeden z powracających tematów prozy Pynchona, demaskującego rzekomo naukowe projekty i stowarzyszenia, które tak naprawdę są tajnymi sprzysiężeniami realizującymi swoje polityczne cele.

Blizna

Mason i Dixon, jeśli są do dziś pamiętani, to nie z racji dokonanych przez nich pomiarów paralaksy słonecznej. Nie to osiągnięcie zapewniło im względną, bo historyczną nieśmiertelność. Do historii przeszli dzięki innemu zamówieniu i innej pracy: to oni wyznaczyli kilkusetmilową linię dzielącą dwie północnoamerykańskie kolonie, Maryland i Pensylwanię. Mason i Dixon mieli swoją pracą definitywnie zamknąć toczący się od 80 lat spór między koloniami, ale prowadząc przez 233 mile, ściśle według równoleżnika 30° 43' 17.6'', prostą dzielącą oba terytoria, nakreślili także, choć nieświadomie, linię, która wyznaczyła przyszłość Ameryki. Linia Masona i Dixona oddziela bowiem stany Południa od Północy, a więc stany, których gospodarka wspierała się na pracy niewolniczej, od stanów, w których niewolnictwo zniesiono. Linia ta jest więc symbolicznym znakiem pęknięcia, kulturowego, politycznego i społecznego zróżnicowania w dopiero co wyłaniającym się i (paradoksalnie) jednoczącym państwie.

Mason i Dixon wyznaczają linię prostą zgodnie ze skomplikowanymi pomiarami nie tylko geometrycznymi (Dixon), ale i astronomicznymi (Mason). Porządek gwiazd interweniuje w nieporządek ziemski, a świat niebieski przywołany zostaje do roli arbitra w sporze o miedzę. W epoce triumfującego oświeceniowego sekularyzmu astronomia zajmuje miejsce dawnej teologii, a Newton - Boga. Pynchon z ironią przedstawia tę naukę, z żarliwością neofity pretendującą do obiektywizmu, przypominając jak blisko jest jej do astrologii, wróżbiarstwa i innych zabobonów, pozornie wyplenionych przez oświeceniowy entuzjazm edukacyjny.

W tej powieści o linii prostej nic nie jest proste. Podobnie jak narracja Pynchona, linia Masona i Dixona załamuje się i skrzy sprzecznościami. Miała być linią pokoju, a stała się linią wojny. Miała jednoczyć, a dzieliła. Miała wprowadzić ład, a w konsekwencji doprowadziła do chaosu. Miała nadać miarę i formę temu, co miary i formy nie ma, a zamieniła się w szlak zła. Ta geometryczna prosta, ślad platońskiej idei, niedoskonałe echo doskonałości, przecięła terytorium, które istnieje poza władaniem geometrii i poza światem geometrycznych figur. Była gwałtem zadanym ziemi, stąd przywoływane w powieści skojarzenia z blizną, z krwawym śladem jak po cięciu szablą.

Ta dwoistość linii, jej wewnętrznie sprzeczna natura znajduje uzupełnienie w dwoistości jej autorów. Pynchon zbudował obie postaci angielskich naukowców na zasadzie niemal slapstickowej sprzeczności. Mason jako astronom wpatrzony jest w niebo, Dixon, geometra, mierzy ziemię. Mason to melancholik, szukający kontaktu ze zmarłą żoną, Dixon to lekkoduch. Mason pochodzi z wielkomiejskiego Londynu, Dixon jest wiejskim prowincjuszem, Mason trzyma na wodzy swoje zmysły, Dixon oddaje się przyjemnościom życia. Mason urodził się pod znakiem Wenus, a Dixon - Słońca. Nic dziwnego, że linia wyznaczona przez tych dwu mężczyzn, różnych jak ogień i woda, musiała sama stać się odzwierciedleniem niekonsekwencji, sprzeczności i napięć. Podobnie zresztą epoka, do której należeli i którą reprezentowali, epoka rozumu i linii prostych, pękała powoli, przepoczwarzając się w romantyzm, w czas linii krzywych i splątanych.

***

Niełatwa lektura tej książki, którą utrudnia dodatkowo wykoncypowana polszczyzna przekładu, nie tyle stawia pytanie o możliwość przeniknięcia czy zmierzenia rzeczywistości, ile tę niemożliwość obrazuje - w języku, w fabule, w przywołanej historii. Podstawa takiej miary, linia prosta, ani w świecie, ani w narracji niczego nie porządkuje. Przeciwnie, wywodząc się z niezgody na świat zmienny i wieloraki, wydaje się czasami żałosną, czasami tragiczną w skutkach, ludzką uzurpacją.

Thomas Pynchon, "Mason i Dixon", przełożyła Joanna Urban, Warszawa 2005, Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]