Reklama

Mali, śmieszni dublińczycy

Mali, śmieszni dublińczycy

02.07.2008
Czyta się kilka minut
Choć należy do świętej trójcy irlandzkiego modernizmu, Flann O’Brien w Polsce znany jest zaledwie śladowo. Daleko mu do popularności pozostałych dwóch mistrzów wyspiarskiej prozy, Becketta i Joyce’a.
"Ciężkie życie. Egzegeza nędzy" - okładka
N

Nie tylko dlatego, że jego spuścizna jest nieporównanie mniejsza i mniej doniosła, ale też dlatego, że wrażliwość O’Briena nie jest raczej bliska polskiej duszy, skłonnej bardziej do łatwych egzaltacji niż do gombrowiczowskiej gry z własną tożsamością.

U O’Briena nie ma miejsca na wzniosłe idee, wielkie dramaty i patos; ich miejsce zajmuje ironia. To ta kategoria określa jego pisarski wszechświat. Wybierając spośród dwóch tradycji literatury brytyjskiej, O’Brien zamiast do dickensowskiego realizmu nawiązuje do prześmiewczego "Tristrama Shandy’ego"

Laurence’a Sterne’a (udanie zekranizowanego niedawno przez Michaela Winterbottoma). Wybór jest zresztą naturalny, bo irlandzki pisarz znakomicie odnajduje się w żywiołowej walce z literackimi tradycjami, niezrównanie żongluje stylami, ośmiesza narracyjne konwencje, zarazem hołubiąc władzę sprawczą języka i słowa pisanego.

Już napisany w 1939 roku "Sweeney wśród drzew", powszechnie uznawany za największe osiągnięcie O’Briena, był popisem jego intelektualnej i literackiej siły. Ta debiutancka nie-powieść utkana została z mniejszych i większych historyjek, których autor raz tworzył pastisze celtyckich mitów, by gdzie indziej stylizować swą opowieść na artykuł z popołudniowej bulwarówki. To właśnie w wizjonerskim "Sweeneyu..." zawarł też O’Brien iście postmodernistyczne motto całej swej twórczości: "Cała literatura powinna być traktowana jak otchłań, z której poszczególni autorzy mogą wyciągać postacie w zależności od potrzeby, tworząc nowe tylko wtedy, kiedy nie zdołają odnaleźć już istniejącej". Autor "Trzeciego policjanta" nie gardzi żadnym z literackich stylów, ale każdy z nich traktuje z właściwym dystansem. Nawet kiedy narrator napusza się do granic możliwości, jest to napuszenie komicznie przerysowane. O’Brien lubi przeto balansować na granicy stylu i tegoż stylu parodii; wie, że absolutyzacja jednego tylko sposobu patrzenia i pisania doprowadzić musi do jego ośmieszenia.

Życie O’Briena jako pisarza nie należało do najłatwiejszych. "Sweeney..." nazbyt wyprzedzał epokę, by doczekać się należnego uznania. Z pierwszego wydania sprzedano zaledwie 244 egzemplarze, większość nakładu spłonęła podczas wojny. Późniejszego "Trzeciego policjanta" wydawca najpierw odrzucił, by opublikować książkę dopiero po śmierci autora. Porażki literackie wetował sobie O’Brien na polu dziennikarskim, publikując popularne satyryczne felietony w "The Irish Time". Właśnie z pozycji ironicznego publicysty pisał swą ostatnią powieść.

"Ciężkie życie" ukazało się po raz pierwszy w 1961 roku. Powstało naprędce, w imię buntu autora wobec własnej twórczej przeszłości - O’Brien nie mógł pogodzić się z tym, że jedynym utworem, z którym się go utożsamia, jest jego młodzieńcza powieść, dlatego napisał kolejną, zupełnie inną, skonstruowaną bardziej linearnie, zasadzającą się raczej na intelektualnej przewrotności niż stylistycznej woltyżerce.

Dwaj mali chłopcy wcześnie tracą matkę. Ojca nie znają w ogóle, trafiają więc pod opiekę pana Collopy’ego oraz jego córki Anny. Taki początek każe średnio wyrobionemu czytelnikowi czekać na dalszy ciąg opowieści o ciężkim życiu irlandzkich sierot, naznaczonym tragizmem, biedą, okrucieństwem i wszystkim, czego tylko nie chcielibyśmy sobie życzyć. Tymczasem O’Brien na nice odwraca dickensowskie schematy powieści realistycznej, by stworzyć opowiastkę przewrotną i prowokującą. Jego mali bohaterowie nie tylko nie są skazani na ubogą wegetację, ale wręcz żyją w dość komfortowych warunkach, uczęszczają do dobrej szkoły prowadzonej przez zakonników, a ich wychowaniem zajmuje się zdystansowany wobec wszystkiego i wszystkich pan Collopy. Ów starszy elegant prowadzi żywot tyleż nudny, co pożyteczny. Jego dni upływają bowiem na sączeniu dużej ilości whisky oraz prowadzeniu pseudointelektualnych dysput o roli Kościoła, religii, prawach kobiet, o Irlandii i przywarach jej mieszkańców. Jego głównym adwersarzem jest ksiądz Pierdt, pochodzący z Niemiec jezuita, którego z panem Collopym dzieli wszystko prócz umiłowania do szklaneczki bursztynowego trunku.

To właśnie rozmowy obu dżentelmenów stanowią osnowę powieści O’Briena, który obdarowuje bohaterów zarówno własnymi słabostkami (głównie do alkoholu), jak i poglądami. W czasie zażartych dyskusji pan Collopy raz przypomina jezuicie o wstydliwych kartach z historii Kościoła, gdzie indziej żartuje, że jezuici zazdrościć muszą Lutrowi, gdyż ten był zdecydowanie skuteczniejszy w niszczeniu katolicyzmu, by wreszcie porównać zakon do Kompanii Wschodnioindyjskiej, tyle że służącej "boskiemu imperializmowi".

O’Brien świetnie się bawi, notując kolejne rozmowy i kłótnie księdza i starego alkoholika. Popisuje się niezłą znajomością nauki oraz historii Kościoła, ale też poczuciem humoru. Kiedy tylko wywody jego bohaterów zaczynają przybierać ton powagi, jednym zdaniem unieważnia ich opowieści, obnażając miałkość argumentacji.

Jest przy tym mistrzem w pozorowaniu napięcia i ośmieszaniu czytelniczych oczekiwań, czego najlepszym przykładem centralna intryga powieści, którą stanowi tajemniczy spisek knuty przez pana Collopy’ego. Wiemy o nim jedynie, że dotyczy praw kobiet, wiemy, że ma nie lada znaczenie, a gdy się uda, na domu Collopych zawiśnie pamiątkowa tabliczka i "kobiety z całego świata będą tu przyjeżdżać, by oddać mu hołd". Irlandzki pisarz roztacza nad owym projektem aurę tajemniczości, sprawiając, że oczekujemy czegoś bardzo spektakularnego, uderzającego w skorumpowany świat polityki lub pełne hipokryzji struktury Kościoła. Tymczasem w finale dowiadujemy się, że tajemny plan Collopy’ego dotyczy... wybudowania szaletów miejskich dla mieszkanek Dublina, które przez indolencję władz samotnie toczą walkę ze swymi pęcherzami.

Podobnych szalbierstw, zwodów i uników jest u O’Briena wiele. Pisarz bawi się tradycją literatury angielskiej i irlandzkiej, a w jego powieści odnajdziemy zarówno odbite w krzywym zwierciadle ślady Joyce’a czy mniej znanych Irlandczyków (O’Criomhthainn, Séamus Ó Grianna), jak i echa francuskich mistrzów absurdu na czele z Jarrym i Queneau.

"Ciężkie życie" nie jest powieścią wielką. Nigdy nie miało nią być. Dzięki tej małej książeczce O’Brien chciał jedynie pokazać swoją twórczą i intelektualną żywotność, o której wielu powątpiewało, uważając go za autora jednej powieści. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pisarz-wizjoner, który uwodził debiutanckim "Sweeneyem...",

ustąpił tu miejsca zgryźliwemu polemiście, który skandale i kontrowersyjne poglądy stawia ponad literacką wirtuozerię. W mistrzowskim trójkącie irlandzkich twórców O’Brien pełni rolę błazna, który z lubością przekłuwa balon napuszenia i dramatyzmu. I chyba tylko on potrafi tak śmiać się z czytelnika, by również ten ostatni dobrze się bawił.

Flann O’Brien, Ciężkie życie. Egzegeza nędzy, przeł. Krzysztof Puławski, Izabelin 2008, Świat Literacki.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]