Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Zamęt przed wyborami prezydenckimi w Polsce: aspiracje, wyższa konieczność i ryzyko

„Nie chcę, ale muszę” – te słowa Lecha Wałęsy z 1990 roku zapisały się w annałach historii politycznej Polski. Wiele wskazuje na to, że mogą być hasłem towarzyszącym także przyszłorocznym wyborom prezydenckim.
Czyta się kilka minut
Donald Tusk i Rafał Trzaskowski, Warszawa, 4 czerwca 2024 r. // Fot. Marek Lasyk / Reporter
Donald Tusk i Rafał Trzaskowski, Warszawa, 4 czerwca 2024 r. // Fot. Marek Lasyk / Reporter

Niewykluczone, że słowa Wałęsy będzie musiał powtórzyć Donald Tusk, który już kilka razy deklarował, że nie zamierza wystartować w wyścigu do prezydentury w 2025 roku. Jednak coraz większa presja polityczna na to, by cała rządząca koalicja wystawiła swojego kandydata, może zmusić Tuska do zmiany decyzji.

Rozwiąże on tym kilka problemów, przede wszystkim wyniku wyborów. Tusk oczywiście ma duży negatywny elektorat, który może odegrać sporą rolę, ale jego start – oczywiście w sytuacji poparcia przez wszystkie ugrupowania koalicyjne – może mu zagwarantować zwycięstwo już w pierwszej turze. Wiadomo też, że raczej nie ma szans, by kogo innego niż Tusk (np. Rafała Trzaskowskiego) poparły zarówno lewica, jak i Trzecia Droga. Nie ma też możliwości, by KO i lewica zgodziły się np. na Szymona Hołownię jako wspólnego kandydata. 

Aspiracje Hołowni

Marszałek Sejmu może mieć największy problem z rezygnacją ze startu – całą swoją dotychczasową karierę polityczną podporządkował walce o prezydenturę. Jednak obecna sytuacja jest dla niego coraz bardziej niekorzystna, Hołownia przestał być gwiazdą mediów, i widać to w sondażach. Jeśli się okaże, że jego poparcie jest na tyle niskie, iż nie ma szans na drugą turę, a w pierwszej może zostać zmiażdżony przez kandydatów wielkich obozów KO i PiS – może za cenę np. zachowania fotela do końca kadencji odłożyć swoje prezydenckie aspiracje na rok 2030 lub 2035. PSL z kolei może zostać przekonane stanowiskiem premiera dla Władysława Kosiniaka-Kamysza lub marszałka Senatu dla Waldemara Pawlaka albo Michała Kamińskiego.

Oczywiście pozostaje problem lewicy. Wspólnego kandydata całej koalicji przyjęłaby ona zapewne z aprobatą, bo rozwiązałoby to kwadraturę koła z wystawianiem własnego, który mógłby uzyskać wstydliwy wynik. Pozostaje jednak kwestia zawartej w umowie koalicyjnej obietnicy fotela marszałka Sejmu w drugiej połowie kadencji dla Włodzimierza Czarzastego. Tu możliwe są różne układanki – od większej liczby resortów w rządzie dla lewicy po dotrzymanie umowy koalicyjnej w kwestii marszałka Sejmu, a przekazanie Polsce 2050 np. stanowiska marszałka Senatu. 

Szanse Trzaskowskiego

Argumentem na rzecz zmiany decyzji Tuska może być też to, że równoległy start kandydatów trzech ugrupowań tworzących koalicję może nie skończyć się dla niej dobrze. Rafał Trzaskowski, najbardziej prawdopodobny kandydat KO w takiej sytuacji, wcale nie musi mieć pewnego zwycięstwa z kandydatem PiS w drugiej turze. Zwłaszcza jeśli kandydat PiS zostanie poparty przez wyborców Konfederacji, Trzaskowskiego zaś, mającego wizerunek polityka o wyraźnie lewicowych sympatiach (kłania się tu zwłaszcza dość nieprzemyślana i dzieląca koalicję decyzja w sprawie usunięcia krzyży z warszawskich urzędów), nie poprą bardziej konserwatywni wyborcy Trzeciej Drogi. 

Po półtorarocznych rządach zapewne nie będzie już bowiem tak silnie działać mechanizm „wszyscy przeciw kandydatowi PiS”. Dodatkowym osłabieniem Trzaskowskiego w takiej sytuacji może być wystawienie swojej kandydatki przez współtworzącą Koalicję Obywatelską Partię Zielonych, która zastanawia się nad wykorzystaniem wyborów prezydenckich do przypomnienia o swojej tożsamości ideowej i rozważa wystawienie np. posłanki Klaudii Jachiry lub Joanny Kamińskiej.

Start Hołowni obok Trzaskowskiego, o czym już była mowa, może w sytuacji słabego wyniku marszałka Sejmu definitywnie pogrzebać jego prezydenckie aspiracje. Kłótnie między Nową Lewicą a Razem w sprawie prezydenckiego kandydata (a raczej kandydatki) mogą natomiast pogłębić rozłam na lewicy.

Gdyby ostatecznie wybrano opcję z Tuskiem w roli głównej, a Trzaskowski nie stanąłby do wyborów za rok (albo został do rezygnacji przymuszony), pozostaje kwestia, co z nim zrobić. Nie wiadomo jednak, czy pozostawienie go na trudnym stanowisku włodarza stolicy, wprowadzenie na ważne stanowisko do rządu albo mglista wizja startu w wyborach za kolejnych pięć lat nie byłyby dla niego zbyt frustrujące.

Kogo poprze Kaczyński

Formuły „nie chcę, ale muszę” użyje być może także prezes PiS Jarosław Kaczyński. Oczywiście nie chodzi tu o jego kandydowanie, ale o wsparcie takiego kandydata, który nie do końca będzie mu odpowiadał. Prezes, jak można usłyszeć w PiS, najchętniej wystawiłby kandydata zbliżonego do Andrzeja Dudy. Mającego szanse na dobry wynik, ale niezdradzającego zbyt wygórowanych ambicji politycznych i w najważniejszych kwestiach mimo wszystko lojalnego wobec PiS. Takie gwarancje może dawać tylko dotychczasowy polityk PiS, karierę polityczną zawdzięczający partii matce. Stąd wysokie prawdopodobieństwo postawienia na takich kandydatów jak Zbigniew Bogucki czy Tobiasz Bocheński, wpisujących się zarówno w potrzeby prezesa, jak i przez swój umiarkowany wizerunek nieaktywujących zbyt dużego negatywnego elektoratu.

W PiS panuje jednak słuszne chyba przekonanie, że kluczem do zwycięstwa kandydata tej partii jest poparcie go w drugiej turze przez wyborców Konfederacji. A na to raczej nie mogą liczyć wspomniani Bogucki czy Bocheński, przede wszystkim zaś przodujący dziś w partyjnych sondażach były premier Mateusz Morawiecki.

Na głosy Konfederacji mógłby liczyć co prawda zdradzający prezydenckie aspiracje były minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek, ale on z kolei ma tak duży negatywny elektorat, że jego start zapewne nie zakończyłby się sukcesem. Na placu boju pozostaje więc jeszcze jeden kandydat – prezes IPN Karol Nawrocki. Jego ultrapatriotyczny wizerunek może dać głosy wyborców Konfederacji. Z drugiej strony, z punktu widzenia prezesa Kaczyńskiego, największym problemem tego kandydata może być brak gwarancji wystarczającej partyjnej lojalności. Dla PiS jest on człowiekiem z zewnątrz. Jeśli jednak ceną będzie perspektywa zwycięstwa, prezes może powiedzieć: „nie chcę, ale muszę”.

Mentzen i Bosak

Kandydatem Konfederacji, jak wszystko na to wskazuje, będzie Sławomir Mentzen, a nie pnący się w górę w sondażach wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak. Dla niego start jest ryzykiem – słaby wynik może podważyć i tak kwestionowane w skonfederowanym obozie przywództwo. Zapewne tworzący Konfederację narodowcy woleliby, aby kandydatem stał się Bosak. Ale jeśli Mentzen chce myśleć o autentycznym przywództwie nad całym ultrakonserwatywnym obozem, musi podjąć ryzyko. Zatem i on może powiedzieć: „Nie chcę, ale muszę”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Na okładce: Chrystus Pantokrator zXIX w., autor nieznany, galeria miejska wJaninie, Grecja // Historic Images / Alamy Stock Photo