Kiedyś zestawiano ją z twórcami jej pokolenia, Mają Kleczewską albo Janem Klatą, szukano punktów wspólnych, śledzono, skąd wynikają różnice języków scenicznej wypowiedzi. Szczęśliwie po pewnym czasie te porównania zarzucono. Zapewne gdyby Agata Duda-Gracz inaczej pokierowała swoim artystycznym życiem, mogłaby w pewnym momencie objąć stery któregoś z teatrów (sam wiem o co najmniej jednym) i płynąć w nieco bardziej głównym nurcie. Ale czy właśnie w nim nie jest, tyle że na własnych warunkach?
Jej ostatnie przedstawienia powstały w krakowskim Teatrze Słowackiego, w gdańskim Wybrzeżu oraz w Teatrze Śląskim w Katowicach, a więc na scenach, które nadają ton nie tylko wewnętrznym środowiskowym narracjom, ale też decydują o tym, jak postrzegane jest dziś nasze teatralne życie.
Regularnie pracuje również Duda-Gracz ze studentami, reżyserując ich dyplomy. Zaryzykowała nawet współpracę z producentem Jerzym Gudejką, by spotkać się z Jadwigą Jankowską-Cieślak i Danielem Olbrychskim w „Przebłyskach” Serge’a Kribusa.
Po odejściu wielkiej aktorki spektakl ma szansę na nowe życie z Anną Romantowską w obsadzie, a wspominam o tym dlatego, że nawet w takich, z założenia obcych sobie, bo komercyjnych warunkach, artystka po swojemu nagina rzeczywistość, dając widowni coś, czego ta się nie spodziewała – w tym przypadku chwilami obcesową, obrazoburczą komedię o starości i umieraniu.
Memling i „Sąd ostateczny” w teatrze Dudy-Gracz
W gdańskim Wybrzeżu Duda-Gracz pracowała po raz pierwszy, do Katowic wróciła, bo – jak powiedział dyrektor Robert Talarczyk – ma tam swój dom. To coś więcej niż jedynie grzecznościowa formuła, to deklaracja o szerszym znaczeniu.
Duda-Gracz znalazła sposób na autorski teatr w ramach wielkich instytucji, jej przedstawienia mają zawsze osobny wymiar, ostatnio odpowiada w nich za bardzo wiele elementów, by nie powiedzieć, że prawie za wszystko – tekst, reżyserię, scenografię, kostiumy, a nawet ruch sceniczny – do tego pracuje z tymi samymi kompozytorami i twórcami świateł.

A jednocześnie owe inscenizacje gładko wpisują się w szersze koncepcje scen. Dokładnie tak stało się w Gdańsku. Znakomity zespół Teatru Wybrzeże, mimo że zaprawiony w różnych estetykach i stylach, czegoś takiego jak „Memling, czyli historia końca świata” jeszcze nie ćwiczył.
Nie jest tajemnicą, iż Agata Duda-Gracz przyjechała do Gdańska z nieco innym pomysłem, ale szef Wybrzeża, Adam Orzechowski zaproponował jej rzecz o Memlingu, aby osadzić spektakl w trójmiejskiej historii i tutejszych klimatach. Wiadomo, czym jest „Sąd ostateczny” dla Gdańska i dla miejscowego Muzeum Narodowego.
Szaleństwo malarza i muzyka jako ratunek
Twórczyni podjęła wątek po swojemu, rekonstruując proces powstawania obrazu, raz za razem ów obraz w całości i we fragmentach inscenizując. Nie zrealizowała przy tym, rzecz jasna, biograficznej opowieści o słynnym wizjonerze, w najmniejszym stopniu nie interesowała jej literalna wierność faktom, chociaż przeprowadziła przedtem dokładną kwerendę.
Odmalowała obraz epoki ciemnej i niejednoznacznej, o której dzisiaj mało wiemy, a jeśli już cokolwiek, to operujemy łatwymi kliszami. Narysowała na scenie Wybrzeża bliskie nam dzisiaj przeczucie nadciągającej apokalipsy. I wcale nie wielkiego Hansa umieściła w centrum historii.
Znalazł się tam oszalały Hugo van der Goes (znakomita, bardzo plastyczna rola Marcina Miodka, odważnie zrywająca z dotychczasowym wizerunkiem młodego aktora), niderlandzki malarz, niewątpliwie ważny, może wręcz wybitny. Duda-Gracz podnosi wątek załamania psychicznego Goesa, które ten przeszedł w klasztorze augustianów, leczony muzyką. Reżyserka rysuje postępujące obłąkanie, akcentując, iż jego przyczynę sam Hugo widzi w rosnącej pozycji Memlinga, gdyż ten odebrał mu należne zaszczyty i apanaże.
„Memling, czyli historia końca świata”: najzabawniejszy spektakl Agaty Dudy-Gracz
Goes pełni w gdańskim przedstawieniu trochę podobną rolę, jak Antonio Salieri w „Amadeuszu” Petera Shaffera, tyle że autorka obchodzi się z nim bardziej uczciwie. Nie używa Goesa do własnych celów, jak brytyjski pisarz robił z Salierim, nie ustawia go w roli zazdrosnej miernoty, co dla dramaturgicznego konceptu wbrew faktom uczynił autor „Amadeusza” z antagonistą Mozarta.
W gdańskim spektaklu równie ważne jest arcydzieło Memlinga, co szaleństwo Goesa. Poddany opresjom w imię rzekomego wyleczenia bohater staje się ofiarą własnej sztuki i namacalnym dowodem na jej niszczące działanie.
W takim układzie Memling (Michał Jaros) przyjmuje funkcję kogoś w rodzaju kronikarza świata utrwalanego na płótnach. A ów świat końca XV w. rozpięty jest pomiędzy resztkami sacrum, które jednak robi zadowolone z siebie miny sióstr oraz zakonników i udaje, że ma się jak najlepiej, a rosnącym w siłę profanum. Spektakl bezbłędnie punktuje hipokryzję, pustkę i blichtr Kościoła, ale powstrzymuje się od publicystyki.
Zamiast uderzać politycznymi frazesami, atakuje śmiechem – role Grzegorza Gzyla (Przeor) i Doroty Androsz (siostra Dymfna) są jak z najlepszej komedii. W ogóle „Memling…” zdaje mi się najbardziej zabawnym z dotychczasowych dzieł Dudy-Gracz. O tym, że ma niezwykłe poczucie humoru, zaświadczała niejednokrotnie, ostatnio choćby w „Proszę Państwa, Wyspiański umiera” w krakowskim Teatrze Słowackiego. W Gdańsku uwolniła żywioł śmiechu na zupełnie inną niż dotychczas skalę.
„Między nogami Leny, czyli »Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny« według Caravaggia”. W głowie geniusza
Pierwszą wersję spektaklu o Caravaggiu Agata Duda-Gracz przygotowała kilka lat temu w Teatrze Dramatycznym w Kłajpedzie, gdzie wciąż jest grany. Pokazano go w Polsce, ale nie tylko mnie nie udało się przedstawienia zobaczyć. Dlatego nie oceniam, czym różni się widowisko w Katowicach od litewskiej wersji, traktuję je autonomicznie.
Rekonstruując na scenie Teatru Śląskiego najważniejsze dzieła włoskiego mistrza i rewolucjonisty – widzimy choćby „Niewiernego Tomasza”, „Ścięcie św. Jana Chrzciciela”, „Judytę odcinającą głowę Holofernesowi” – artystka tworzy kolejny frenetyczny obraz epoki, pełnej prostaczków, ladacznic, obnoszących swe insygnia kościelnych dostojników, ale akcent stawia zupełnie gdzie indziej.
Obsadzając w tytułowej roli Krzysztofa Wronę (grał u niej wcześniej m.in. Wyspiańskiego), zaprasza nas do wnętrza zmęczonej nieustanną maligną głowy Caravaggia. Każe postrzegać świat jego obłąkanymi oczami, staczać się na dno upadku w opłakiwaniu ukochanej, bo wraz z jej odejściem dla bohatera kończy się cały świat.
„Między nogami Leny…” w Teatrze Śląskim imponuje rozmachem, aktorki i aktorzy są świetni w scenach zbiorowych i najmniejszych nawet epizodach, ale ja wolę patrzeć na to przedstawienie jako na intymną impresję o geniuszu udręczonym przez świat, własną wielkość i małość, wreszcie czysto ludzką bezradność.
Wspaniale ukazuje to Wrona, akcentując nieujarzmioną chropowatość Michelangela, jego niedostosowanie i ból. Chciałoby się powiedzieć o jego roli – ten biedny Caravaggio, i wcale nie umniejsza to siły osobowości ikonicznego bohatera.
Przez całą artystyczną drogę Agacie Dudzie-Gracz blisko było do opowiadania o malarzach i tworzeniu, ale ostatnie jej inscenizacje niosą w tym względzie ożywczą bezczelność, osobiste uwolnienie i odsłonięcie. Artystka nie kłania się nikomu, mówi o tych, o których chce i jak chce.
Wbrew tytułowi dzieło Memlinga nikogo nie sądzi, raczej nakłuwa śmiechem. A przy tym – widać to bardzo wyraźnie – bez sentymentu przypomina, że łatwiej nosić emblematy świętości, niż pozostać człowiekiem. To sprawia, że ubrane w historyczny kostium spektakle Dudy-Gracz stają się bezkompromisowym komentarzem do współczesności.
Najbliższe pokazy spektaklu „Między nogami Leny, czyli »Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny« według Caravaggia” w Teatrze Śląskim już od 5 marca. Z kolei „Memling, czyli historia końca świata” w Teatrze Wybrzeże już 27 lutego.
JACEK WAKAR jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















