Łukasz Twarkowski wrócił do Rygi trzy i pół roku po „Rohtko” – spektaklu, który zbudował jego pozycję jako jednej z najważniejszych wschodzących gwiazd europejskiego teatru, a ujmując to nieco odważniej: kluczowego w nim dzisiaj wizjonera. Artysta mówi co prawda, że jego zawodowym domem jest Wilno i tamtejszy Teatr Narodowy, bo tam właśnie powstały przedstawienia, od których rozpoczęła się jego międzynarodowa kariera.
Najpierw był inspirowany nowelą Prospera Mériméego i autentycznymi miejskimi historiami „Lokis”, potem (oddzielona zrealizowanym w Hanowerze „Było sobie życie”) „Respublika” – pierwsza w karierze reżysera próba widowiska totalnego, wielogodzinnego maratonu oddziałującego na wszystkie zmysły.
Kończył go ogarniający wszystkich rave, który wszędzie, gdzie grana była „Respublika”, wybrzmiewał innymi znaczeniami. Twarkowski wspominał przed kilkoma miesiącami, że po raz ostatni spektakl zagrano w Tajpej na Tajwanie, gdzie cała inscenizacja wraz z finałową imprezą stała się dla dwóch tysięcy uczestników doświadczeniem wolności.
Znam wielu – i sam się do tej grupy zaliczam – którzy „Respubliki” nie zobaczyli i chyba już im się nie uda. Prace Twarkowskiego wymagają szczególnych warunków i wyjątkowych technicznych możliwości, dlatego niewiele miejsc na nie stać.
Twarkowski: od autora niszowego do międzynarodowej sensacji
„Rohtko” ten stan rzeczy zmienił. Koprodukowany przez opolski Teatr Kochanowskiego i wsparty przez Instytut Adama Mickiewicza spektakl po ryskiej premierze zagrano w Opolu, dokąd zjechał kawał artystycznego świata, ale nie Polska. U nas bowiem pozostawał Twarkowski autorem raczej niszowych inscenizacji, żeniących klasyczne teksty („Akropolis” w Starym Teatrze w Krakowie) z mnogością pikseli – technologicznym przetworzeniem, tyle że wtedy jeszcze na rodzimą, a więc biedną modłę.
Albo spektakli bawiących się odważnymi interpretacjami utworów nieoczywistych, jak w „GRIMM: czarny śnieg” z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Bardziej zaznajomieni z teatralnym światem rozpoznawali w nim asystenta Krystiana Lupy, a potem jeszcze zagranicznego agenta słynnego reżysera. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, co Twarkowski czynił w teatrze poza krajem – przecież straciliśmy go z oczu.
Wtedy artysta udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że dziś nie Lupa, nawet nie Krzysztof Warlikowski – chociaż ich marki nikt nie podważa – lecz właśnie Łukasz Twarkowski wyznacza język dla teatru przyszłości. Na ogromnej scenie pokazał balet ledowych ekranów i piruety ogromnych scenicznych mansjonów, żeby równolegle poprowadzić wątki kilkorga bohaterów, w centrum umieszczając legendarnego malarza.
Przedstawienie o tym, co w sztuce jest prawdziwe, a gdzie zaczyna się falsyfikat, fenomenalnie grane przez zespół Dailes Teātris, wzmocniony m.in. przez Katarzynę Osipuk i Andrzeja Jakubczyka, szybko okrzyknięto międzynarodową sensacją. W takiej otoczce przyjechało do Opola na pokazy w ramach Boskiej Komedii w grudniu 2022 r.
Wtedy już było szaleństwo: autokary z Krakowa, wielojęzyczny tłum, nadkomplet na ogromnej widowni. „Rohtko”, wcześniej cel zagranicznych pielgrzymek teatromanów znad Wisły, teraz stał się punktem odniesienia. Reżyser sam go sobie wyznaczył, i to na niebotycznie wysokim poziomie.
O czym opowiada „Oracle” Twarkowskiego
Multimedialne, a czasem na wskroś intymne show Twarkowskiego, grane jak świat długi i szeroki, a dzisiaj wciąż utrzymujące się na afiszu teatru w Rydze, stało się dla niego tym, czym dla Paolo Sorrentino było „Wielkie piękno”. Arcydziełem założycielskim i do dziś niedoścignionym, majstersztykiem, do którego wszystkie następne prace artysty są porównywane.
Dlatego po krakowskich pokazach na Boskiej Komedii w 2024 r. zrealizowanej w Wilnie „Quanty” widzowie nie kryli zachwytu, ale ci bardziej wtajemniczeni powtarzali, że jednak „Rohtko” to to nie jest. „Quanta” operowała skalą gigantyczną, ale jednak zauważalnie mniejszą, choć w Polsce wciąż zdecydowanie niemożliwą.
Spektakl stanowił też pierwszą część trylogii naukowej. Podejmował wprost temat fizyki kwantowej, wadząc się z pojęciem ciągłości czasu. Scenę, przedstawiającą hotel Les Moires w szwajcarskich Alpach, zaludniały postaci autentyczne, z chemikiem Wernerem Morgensternem oraz filozofem i fizykiem Wernerem Heisenbergiem na czele. Morgenstern (Rytis Saladžius) pojawia się także w „Oracle”, co podkreśla ciągłość między dwiema częściami cyklu.
Tym razem znajdujemy się jednak w ośrodku Bletchley Park, gdzie trwają prace nad złamaniem kodu Enigmy, co przyczyni się do szybszego końca wojny i ocalenia tysięcy ludzkich istnień. Dlatego w centrum opowieści jest tym razem Alan Turing (Mārtiņš Meiers). Ale znajomość jego losów nie jest konieczna, by wejść głęboko w świat nowego spektaklu Twarkowskiego.
W hipnotyzującym prologu widzimy gigantyczną maszynę z okrągłymi gałkami, która zdaje się demiurgiem scenicznych zdarzeń. Jak słyszymy z offu, wszystko jest skutkiem wielkiej gry, która „gra się sama” bez jasno określonych zasad, jest celem samym w sobie, unicestwiając i odradzając uczestników. Zdaje się ona odbiciem sztucznej inteligencji, zdolnej wpływać na ludzkie losy, podpowiadać kolejne ruchy, suflować motywacje. Choć zwykle na opowieści o wszechwładzy AI pozostaję nieczuły, a widmo jej nieuchronności lekceważę, to jednak zarysowaną w „Oracle” wizję Wielkiego Mechanizmu obdarzonego niemal boskimi atrybutami przyjąłem bez zastrzeżeń.
To zasługa dramaturżki Anki Herbut (pisała też „Rohtko”; „Quantę” – Joanna Bednarczyk), a przede wszystkim samego Twarkowskiego, który z pomocą licznych kamer zwielokrotniających obrazy wrzuca nas w środek rozgrywki o nieznanym zakończeniu, każe poczuć niepewność, czy aby na pewno jesteśmy władcami swego losu. Ciarki chodzą po plecach. Bo jeśli tak nie jest, co – jak dowodzi ryskie przedstawienie – suponowano już w odległej przeszłości, to pozostajemy jedynie pionkami w grze, łatwymi do zdmuchnięcia z planszy przez potężniejsze od nas moce.
„Oracle” z wielu względów najbliższy jest największemu do tej pory osiągnięciu twórcy. Wspólna z „Rohtko” jest konwencja całości, rozpoznajemy w obsadach obu widowisk te same nazwiska, na scenie zaś znajome twarze. Jesteśmy w świecie znanym. Co nie znaczy, że oswojonym.
Na czym polega fenomen Twarkowskiego
Twarkowski wywraca bowiem szachownicę, zmienia zasady w trakcie gry, a przede wszystkim podbija stawkę, gdy idzie o znaczenie przedstawienia. W „Rohtko” pytał o prawdę w odniesieniu do sztuki, z ironią infiltrował zamknięty krąg twórców, teoretyków i krytyków.
Tym razem zderza ze sobą ludzi z różnych światów, aby zapytać już nie o sztukę, lecz o rzeczywistość. Która jest prawdziwa, a która to jedynie falsyfikat? Czy istnieją światy równoległe na wzór symultanicznie prowadzonych opowieści w „Oracle”? Najnowsze przedstawienie Twarkowskiego nie mnoży przed widzami barier nie do przejścia, dba o żywy kontakt z publicznością, a jednak stawia pytania o wymiarze, jaki w teatrze bynajmniej nie jest codziennością.
Pracuje z reżyserem wciąż ta sama, sprawdzona ekipa i ich porozumienie zdaje się jednym z kluczy do sukcesu. Fabien Lédé projektuje scenografię i ustawia światła. Svenja Gassen odpowiada za kostiumy, Paweł Sakowicz za choreografię, a Jakub Lech za wideo. Nowy w tym gronie jest kompozytor Julek Płoski, dotychczas słyszeliśmy muzykę Lubomira Grzelaka. To jednak nie jest zmiana radykalna.
W „Oracle” przenikają się plany filmowe, sceny aktorskie są na bieżąco rejestrowane przez kamery, abyśmy mogli widzieć je jednocześnie z oddali i w zbliżeniu. Twarkowskiego można postrzegać jako dziecko owładnięte siłą własnej wyobraźni, które beztrosko testuje granice powoływanego przez nią do życia świata – to obraz wdzięczny, ale nieprawdziwy i za chwilę wypiera go ten rzeczywisty: inscenizator trzyma w ręku wszystkie nici widowiska, z żelazną konsekwencją panuje nad inscenizacją, bo każda czasowa obsuwa, każde techniczne niedociągnięcie przy widowisku o takiej skali skutkuje nieuchronną katastrofą.
A jednak chcę widzieć w Łukaszu Twarkowskim twórcę, który pielęgnuje w sobie rys niepoprawnego romantyka, dokarmia wewnętrzne dziecko, teatralną maszynerię traktuje zaś jako posłuszną sobie zabawkę, co z kolei umożliwia mu wchodzenie na coraz wyższe poziomy gry. Tak go w jakimś stopniu postrzegam, a jednocześnie wychodzę z „Oracle” z przeświadczeniem, że to kolejny przypadek, kiedy artysta osiąga rzadką w teatrze równowagę. Ogląda się ten ogromny spektakl z onieśmieleniem dla jego skali, raz za razem zadając sobie pytanie, jak to w ogóle jest możliwe. Równocześnie, po scenicznej burzy, kołowrocie obrazów i dźwięków przychodzą chwile wyciszenia, kiedy konfrontujemy się z tym wszystkim, o czym mówi przedstawienie. I nikt nam tego nie ułatwia.
„Oracle” zręcznie łączy popkulturę z wyrafinowaniem. „You are my destiny”, śpiewa Mina, a postacie ruszają do tańca. Filmowe epizody z Bletchley Park mają sznyt dawnego brytyjskiego kina wojennego. Wspaniałe są równolegle rozegrane sceny dwóch par w tej samej chwili przeżywających początek i koniec miłości. Właśnie łączenie przeciwstawnych żywiołów robi u Twarkowskiego największe wrażenie.
Całość naładowana jest nowoczesną technologią, ale „Oracle” – a wcześniej „Rohtko” – nie wstydzą się garściami czerpać z konwencji klasycznego melodramatu. W wielkiej przestrzeni Dailes rodzi się teatr do spodu intymny, oparty wyłącznie na spotkaniu dwojga ludzi i obserwowaniu zmieniającej się między nimi relacji. Wtedy sam się przyłapuję na czystym wzruszeniu, zdaje mi się, że pulsująca muzyka bije w rytmie ludzkiego serca.
Plany Twarkowskiego na przyszłość: czy „Oracle” będzie grane w Polsce?
Twarkowski ma kalendarz wypełniony na lata. Głównym producentem ostatniej, tym razem francuskojęzycznej części trylogii naukowej będzie Comédie de Genève, wcześniej ma powstać ponoć mniejszy spektakl w Münchner Kammerspiele.
Mimo to chyba nie wszystkim w Polsce z jego sukcesem jest po drodze, skoro dostrzega się w nim jedynie designera. Mniejsza z nimi, Twarkowski jest już z innego porządku. W imieniu coraz bardziej licznego fanklubu, który wyrusza z Polski na kolejne spektakle tam, gdzie akurat może dotrzeć (część grupy spotkałem ostatnio w Rydze), życzyłbym sobie tylko, by zaglądał do Polski, choćby na festiwale. Oby tak było. Wróble ćwierkają, że z „Oracle” szanse są duże.
ORACLE – tekst Anka Herbut, reż. Łukasz Twarkowski, scenografia Fabien Lédé. Najbliższe spektakle w Dailes Teātris w Rydze 23-25 kwietnia 2026 r. (z napisami w jęz. angielskim).
JACEK WAKAR jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















