Wydawało się, że to rozdział zamknięty. Że wszystko, co możemy dostać – a i tego nie mogliśmy się spodziewać – to telewizyjna wersja słynnego przedstawienia Krystiana Lupy, która z inicjatywy Teatru TV powstała w roku ubiegłym. Rzecz absolutnie nie do zlekceważenia, bowiem legendarna inscenizacja, traktowana jako bezpowrotnie utracona, nagle została utrwalona i stało się jasne, że przetrwa, zostanie w archiwach, będzie można do niej wracać.
Najpierw telewizja
Gdy się o tej inicjatywie dowiedziałem, pomyślałem, że choćby z tego powodu warto było odbudowywać telewizyjną scenę, choć dzisiejszy Teatr TV pod wodzą Michała Kotańskiego wydaje mi się przechwalony i często nie dołączam do chóru zachwyconych. Nie zaprzeczając oczywiście, że wśród licznych (może zbyt licznych nawet) propozycji zdarzały się dzieła ważne i spełnione. Tyle że na moje oko było ich chyba jednak mniej, niż utarty pogląd głosi.
Z „Wycinką” od początku sprawa była jednak specyficzna. Czekałem na telewizyjną realizację jako jeden z tych, co sceniczną wersję widzieli. Jej los, zaskakująco zbieżny z historią literackiego pierwowzoru Thomasa Bernharda, też zadziałał piorunująco, każąc zobaczyć w spektaklu odbicie księgi zakazanej i aresztowanej, którą decyzją bezdusznej i głupiej władzy skazano na unicestwienie.
Najpierw telewizyjne przedstawienie, a teraz powrót „Wycinki” do teatru żywego planu wskazały jednak, że cuda się zdarzają, a po pogrzebie – raz na wieczność – może nastąpić zmartwychwstanie.
Jak zniszczono Teatr Polski
Nie ma sensu z upodobaniem babrać się w czasach mrocznych i na szczęście minionych, ale przypomnieć trzeba, że dzieje „Wycinki” Krystiana Lupy stały się emblematyczne dla opowieści o anihilacji Teatru Polskiego we Wrocławiu po tym, jak przy aprobacie ówczesnej władzy centralnej, ale dzięki decyzjom dolnośląskich samorządowców reprezentujących inną niż PiS opcję, zamontowano na dyrektorskim stołku Cezarego Morawskiego.
A ten niezwłocznie przystąpił do niszczenia jednej z najlepszych wówczas scen w kraju. Z zimną krwią rozwalił zespół aktorski, reżyserów zastąpił ludźmi miernymi, ale wiernymi, a najważniejsze, że niepodnoszącymi wysoko głów.
Doprowadził do wieloletniej degradacji Polskiego, zamieniając go, mimo trzech scen i technicznego potencjału, w placówkę smutną i prowincjonalną, margines marginesu życia teatralnego nie tylko w skali szerszej, ale nawet w stolicy Dolnego Śląska.
Część aktorów i aktorek zwolnił, część zmusił do odejścia, po czym wykorzystywał to choćby do blokowania wyjazdów „Wycinki”, argumentując obłudnie, iż członków obsady nie ma już w zespole Polskiego.
Powrót „Wycinki” do Wrocławia
Efekt był taki, że lutowe pokazy były pierwszymi prezentacjami przedstawienia we Wrocławiu od dziesięciu lat. A tak w ogóle to powrotem „Wycinki” po niemal ośmiu latach, gdyż ostatni raz zagrano ją, z ogromnym zresztą sukcesem, na festiwalu Mostra Internacional de Teatro w São Paulo w Brazylii. Był marzec 2018 r. Po tamtych prezentacjach wydawało się, iż przedstawienie przestanie istnieć.
Zespół rozjechał się po Polsce, zmuszony znaleźć nowe miejsca życia i pracy. Dawnych ludzi Polskiego możemy dziś odnaleźć pod wieloma adresami, przede wszystkim w Warszawie – w Powszechnym, Studio, Narodowym, Polskim, Ateneum. Dość regularnie spotykają się w projektach Teatru Polskiego w Podziemiu, który stanowi coś na kształt dawnego Polskiego na uchodźstwie.
Nic nie wskazuje jednak, by kiedykolwiek wrócił do budynku przy Zapolskiej. Tamten Polski to już dawno zamknięta historia.
Wszystko to sprawiło, że 20 lutego na widowni wrocławskiej Piekarni ukonstytuowała się samoistnie i niezauważalnie powołana przez samą siebie wspólnota wyznawców scenicznej „Wycinki”, którzy przybyli razem świętować nieoczekiwane odrodzenie pogrzebanego na dobre dzieła.
Jak powiedziałem wcześniej, wersja telewizyjna pozwalała skupić się na detalach, przypomnieć role, dialogi i frazy, poza tym siłą rzeczy charakteryzowała się bardziej kameralnym od oryginału wymiarem. Dla takich jak ja widzów pozostała jednak szlachetnym substytutem arcydzieła, czymś podanym zamiast, zdolnym przywołać ślad dawnych emocji.
No właśnie, tylko ślad, bo pełne doświadczanie mistrzowskiego spektaklu Krystiana Lupy możliwe jest wyłącznie w żywym z nim kontakcie. W ten lekko mroźny lutowy wieczór okazał się on faktem.
I nikomu nie przeszkodziło, że tuż przed seansem dowiedzieliśmy się, iż pokaz będzie miał charakter próby generalnej, dlatego trzeba brać pod uwagę ingerencje reżyserskie w jego przebieg, no i w ogóle różnych rzeczy można się spodziewać. Koniec końców do niczego takiego nie doszło, obsada sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie pożegnała się z postaciami.
I to jednak byłoby za mało, bo przecież w ramach ogólnej dewastacji Polskiego przed laty dokonano anihilacji scenografii spektaklu. Odbudowała ją TVP na potrzeby własnej realizacji, a potem przekazała Teatrowi Polskiemu w Podziemiu. Bez tego na powrót „Wycinki” nie byłoby jakichkolwiek szans.
Ten sam zespół, inne doświadczenie
Z premierowej obsady przedstawienia zabrakło jedynie Krzesisławy Dubielówny. Wspaniała aktorka, niezapomniana choćby z „Immanuela Kanta” w inscenizacji Lupy, tym razem partię miała niedużą, więc jej odejście, chociaż jest wielką stratą dla teatralnego świata, na „Wycince” nie zaważyło.
Poza tym wszystkie i wszyscy wrócili do swych ról, do niezmienionych słów, do takich samych lub bliźniaczych kostiumów, a przede wszystkim do portretów ludzkich, jakie wówczas stworzyli.

Na pierwszy rzut oka bowiem oglądamy po raz kolejny tę samą inscenizację, nie jej nową wersję, a co najwyżej rekonstrukcję, bowiem zmieniły się parametry przestrzeni, trzeba było odtworzyć relacje między postaciami, sytuacje, a wreszcie to, co najważniejsze – wewnętrzne pejzaże w ludziach.
Tyle że jest to pierwsze powierzchowne spojrzenie, tylko pozory, bo w istocie nowa-stara „Wycinka” przynosi fascynującą, niespotykaną w teatrze grę z czasem, może nawet niejednym. Powrót aktorek i aktorów do ról przynosi nie tylko powtórne ich stopienie z postaciami z Bernharda. Pozwala także na nałożenie na nie zaklętej w ciałach i myślach pamięci z czasu premiery przedstawienia w 2014 r. i późniejszej, zbyt krótkiej jego eksploatacji.
Spektakl, który gra z czasem
Osobliwe to doświadczenie, bo przenosi się także na nas, publiczność. Siedzę zatem na widowni Piekarni, chłonę spektakl i wydaje mi się, że słyszałem już przecież te kadencje, załamania głosu i zaśpiewy, widziałem te grymasy i gesty, raz zawieszone w pół, za chwilę gwałtowne, te nogi zakładane na siebie i to niedbałe niby, a w istocie obsesyjne nimi machanie. Pamięć partytury zaklęta w wykonawcach pozwala tego nie odtwarzać, a stworzyć na nowo, nie popadając nawet przez chwilę w mechaniczne kopiowanie.
Niby tak, niby wszystko się zgadza, oni to ciągle oni, ale… Ci sami, a jednak nie ci sami. Krystian Lupa i jego zespół podejmują bezkompromisową grę z czasem, rozgrywkę w przywoływanie przeszłości, wreszcie nie unikają pytania, co się ze mną, aktorką lub aktorem, stało przez czas od „Wycinki” do „Wycinki” i jak to wpływa na postać i całą inscenizację.
Otwiera ją filmowa sekwencja z Joaną Thul (Marta Zięba) nagrana gdzieś w pomieszczeniach Teatru Polskiego. O tym, co najważniejsze w aktorstwie i dlaczego nigdy nie przeprowadzi warsztatów w Teatrze Narodowym.
Wyznanie wiary Joany Thul zrymuje się szybko z doświadczeniem aktorki, dzisiaj związanej z warszawskim Studiem, ale chcącej pozostać wierną swej niezależności pielgrzymującej po różnych scenach w Polsce. W projekcjach z roku 2014 Zięba zdaje się bardziej łagodna, pastelowa, w retrospekcjach przed samobójstwem w spektaklu w roku 2026 ma w sobie więcej dzikości, desperacji. Emocje łączą się w niej w sposób fascynujący.
Projekcje pozostały bowiem oryginalne, są takie jak podczas premiery przed dwunastu laty. Uśmiech budzi dawny dyrektor Polskiego (a dziś poseł) Krzysztof Mieszkowski jako ksiądz na czele konduktu pogrzebowego. Przejmujące są zaś zbliżenia, bo tu i ówdzie widać bruzdy lat, ktoś całkiem zmienił fryzurę, komuś zmatowiał wzrok, w kogoś wkradła się dziwna rezygnacja, bo w istocie jest już poza zawodem.
Nie da się powiedzieć, iż w nowej „Wycince” zespół – sieroty po dawnym Polskim – opowiadają siebie z ostatnich lat, lecz przecież każde doświadczenie zostawiło w nich znamię. W dodatku, jak sygnalizowałem, los widowiska koresponduje z treścią książki Bernharda i zawartym w niej wielkim oskarżeniem samozwańczych elit.
Teatr Bernharda
Bernhard opisał „artystyczną kolację” organizowaną przez niejakich Auersbergerów (Halina Rasiakówna i Wojciech Ziemiański). Atrakcją wieczoru ma być przybycie Aktora Teatru Narodowego (Jan Frycz), w oryginale Burgtheater, tuż po zagraniu Ekdala w „Dzikiej kaczce” Ibsena. Bernhard (Piotr Skiba) zasiada na uszatym fotelu i z mieszaniną pogardy i drwiny obserwuje niezwykle zadowolone z siebie towarzystwo. Wreszcie dochodzi do przesilenia.
W „Wycince” rozpoznała się para ówczesnych wiedeńskich celebrytów, co doprowadziło do zakazu rozpowszechniania książki, jej faktycznego zaaresztowania, pisarza zaś zmusiło do ostatecznego zerwania więzi z Austrią. Cała twórczość Bernharda jest pełnym furii atakiem na swój kraj, ale tu nabiera on wyjątkowej siły.
Właśnie fragmenty o mordowaniu geniuszy, mieście hipokryzji i wszechwładzy miernot zawsze najsilniej rezonowały też z publicznością spektaklu Krystiana Lupy, w zależności od momentu grania nabierając nowych znaczeń.
Dziś jest podobnie, tyle że słowa nie uderzają już w PiS ani przysłowiowego Morawskiego, nie załatwiają spraw bieżących, ale trafiają głębiej, boleśnie diagnozując stan rzeczywistości. Punktują, co się z nami stało, gdzie się znaleźliśmy, jak bardzo zapomnieliśmy o swoich wartościach, zatraceni we własnym wypaleniu.
W późniejszym, mocno pękniętym spektaklu Lupy „Imagine” pada pytanie o to, jak doszło do tego, że spieprzyliśmy wszystko. W „Wycince” nie ma takiej kwestii, ale znaczenie jest podobne, w dodatku wybrzmiewa mocniej, choć bez dosłowności.
Lupa i jego najbardziej osobisty spektakl
„Wycinka” przy całym rozmachu i skali nabrała dziś bardziej osobistego, wręcz intymnego wymiaru. Tyrada Aktora Teatru Narodowego w fenomenalnym wykonaniu Jana Frycza wydaje się dziś bardziej stłumiona, chwilami wręcz zduszona, a przez to jeszcze bardziej gorzka. Klęska pani Auersberger-Haliny Rasiakówny nie pozwala na wyszydzenie bohaterki, ale buduje wobec niej współczucie.
Furia Wojciecha Ziemiańskiego nabiera nowego wymiaru w połączeniu z dzisiejszą fizycznością aktora. Piotr Skiba jako Bernhard mniej ma w sobie oskarżycielskiej pasji, a więcej rezygnacji, jakby wiedział, że już nie ma co udawać, że świat można chociaż w małym stopniu naprawić.
Krystian Lupa zawsze mówił o sobie słowami najważniejszych dla siebie autorów, ale „Wycinka” wydaje się dziś jego szczególnie osobistą wypowiedzią. Artysta, który pod rządami poprzedniej ekipy nie widział dla siebie miejsca w Polsce, potem próbował bronić się przed oskarżeniami o przemoc, walcząc, by ktoś chciał wysłuchać jego wersji zdarzeń.
Próba pozbawienia go pozycji mistrza nie powiodła się, pracował za granicą, teraz słychać o planach związanych z najważniejszymi rodzimymi scenami.
Spotkałem go w sobotę, pogadaliśmy chwilę o tamtym wieczorze. Ma w sobie ogień, nie bez przyczyny wielu uważa go za jednego z najmłodszych artystów teatru. O „Wycinkę” już na nowo zaczynają pytać festiwale. A ja mam marzenie, by powracała do Wrocławia, choćby na jeden weekend w roku. By trwało przedstawienie i wspólnota wokół niego.
Autor jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















