„Cyryl, gdzie jesteś?” przez dekady uważana była za klasykę gatunku powieści przygodowej dla dzieci (choć oczywiście nie tylko dla nich!). Niemniej wydana po raz pierwszy w 1962 roku książka Wiktora Woroszylskiego dziś wydaje się nieco zapomniana. Na szczęście wydawnictwo Dwie Siostry postanowiło ją przypomnieć, i to w kształcie oraz wyglądzie wiernym (na ile to możliwe) kultowemu oryginałowi.
Najnowsze wydanie książki, z niepodrabialnymi w stylu ilustracjami Bohdana Butenki, przykuwa wzrok i budzi nostalgię u czytelników wychowanych na kulturze popularnej PRL-u. A trochę młodszym odbiorcom (na przykład mnie, milenialsowi), z całą mocą przypomina, jak przebogata, nieoczywista i różna od tego, co można dziś znaleźć na księgarnianych półkach, była literatura dziecięca i młodzieżowa sprzed przeszło 60 lat.
„Cyryl, gdzie jesteś?” to szalona, mocno surrealistyczna z ducha opowieść o… no właśnie, o czym? Przede wszystkim chyba o mocy samej wyobraźni, ale też plastyczności języka (i obrazu), dzięki którym rzeczywistość traci ostrość konturów, zamieniając się w ekscytujące laboratorium, w którym każdy może się dobrze bawić.
Tytułowy bohater to tajemniczy zwierz (jaki dokładnie, dowiemy się dopiero pod koniec) mieszkający w wannie bliźniaków Ludki i Lutka. Pech chciał, że któregoś dnia ucieka z domu – więc rodzeństwo rozpoczyna śledztwo. Nic jednak nie jest do końca tym, czym się początkowo wydaje. Fabuła już na wstępie rozwidla się na kilka osobnych wątków, z których każdy rywalizuje o uwagę czytelnika swoją absurdalnością.
Na przykład tytułowy Cyryl zamiast być jedynie pretekstem do poszukiwań, staje się katalizatorem dziwacznych zdarzeń, a śledztwo prowadzone przez Ludkę i Lutka szybko przybiera formę surrealistycznej przygody pełnej zwrotów akcji. Dodatkowo oryginalna typografia – z nieregularnymi układami tekstu i wizualnymi zabawami na stronach – wciąga czytelnika w wir fabularnego chaosu.
W pewnym momencie narrator stwierdza: „Każdą historię można opowiedzieć na różne sposoby. Można powoli, bardzo dokładnie, niczego nie opuszczając. Jaka była pogoda, jakie meble stały w pokoju i co kto miał w duszy. To bywa ładne i wiele osób to lubi”. Ta książka z pewnością pod tę kategorię nie podpada.
To zaskakujące, że tego typu eksperymenty formalne i językowe (a wiele z nich jest naprawdę intensywnych) były dla kolejnych pokoleń czytelników często punktem wejścia w dorosły świat literatury. Trudno jednocześnie w prosty sposób porównywać „Cyryla” z dzisiejszą literaturą dziecięcą czy młodzieżową. Bo choć nic nie starzeje się tak szybko, jak „język młodzieżowy” i jego literackie wcielenia, to „Cyryl...” jest książką od samego początku całkowicie zanurzoną w literackiej umowności i oderwaną od realizmu – nie bez powodu akcja rozgrywa się w Głównym Mieście na Głównej Ulicy, bohaterowie noszą absurdalne, nierealistyczne imiona, a jeden z nich mówi wyłącznie wierszem.
Zamiast próbować realistycznie uchwycić ducha czy język swojego czasu, „Cyryl...” korzystał z arsenału środków literatury awangardowej, co pozwala patrzeć na jego „starzenie się” raczej jak na zmiany w odbiorze kolażowych powieści Dos Passosa niż na typowe książki młodzieżowe. Umowność fabuły i absurdalność świata przedstawionego stają się tu wręcz szczepionką na starzenie się – elementy identyfikowane przez starszych czytelników jako ślady minionych czasów wtapiają się w tę umowność i surrealizm. Dzięki temu dzisiejsze dzieci nie postrzegają ich jako przestarzałych, lecz jako naturalną część literackiego świata, który nie wymaga dodatkowego tłumaczenia. Aczkolwiek historia recepcji tej książki byłaby bez wątpienia równie fascynująca jak sama powieść.
Jednym z moich ulubionych wątków jest historia ojca głównych bohaterów. Jest on profesorem (niedookreślonej gałęzi nauki), który wraz ze swoimi młodszymi kolegami po fachu wyrusza nad jezioro Bzdrynie w poszukiwaniu rzekomo widzianego tam węża morskiego. Ekipa szybko jednak gubi się w gęstej mgle i zamiast na legendarnego potwora trafia do dziwacznej wioski, gdzie zalęknieni chłopi wciąż czekają, aż dobry car zbuduje im drogę. Część uczonych w tej sytuacji czuje się w obowiązku zainspirować zagubiony gdzieś w XIX wieku lud do rewolucji, która oczywiście nie kończy się najlepiej (sam Woroszylski był po wojnie ideowym komunistą, z czym jednak skończył po 1956 roku).
Mamy też Florka Obłędka, malarza, którego zajmuje przede wszystkim walka z apsikizmem – doktryną artystyczną, którą można scharakteryzować jako konserwatywną i upraszczającą wizję świata. Chociaż apsikizm wydaje się początkowo czymś zupełnie nieistotnym, to w zestawieniu z kontrapsikizmem, który reprezentuje bardziej otwarte, eksperymentalne podejście do sztuki, wątek ten nabiera szerszego znaczenia. Jest to bowiem odwieczny spór pomiędzy starymi i ustosunkowanymi a młodymi i zbuntowanymi, akademikami (czy realistami) a eksperymentatorami. Choć tak naprawdę wszystko wskazuje na to, że konflikt ten nie obchodzi nikogo poza samymi bezpośrednio zaangażowanymi…

„Cyryl, gdzie jesteś?” to książka, która wymyka się prostym klasyfikacjom – z jednej strony pełna absurdalnego humoru i surrealistycznych zwrotów akcji, z drugiej przemyślana i wielopoziomowa. Jej niezwykłość tkwi w umiejętności zabawy formą i treścią, co sprawia, że pozostaje świeża mimo upływu czasu. To przypomnienie, że literatura dziecięca może być jednocześnie eksperymentalna i uniwersalna, a wyobraźnia – najważniejszym narzędziem, które nigdy się nie starzeje.
„Cyryl, gdzie jesteś? Krótka, ale powieść”, tekst Wiktor Woroszylski, ilustracje: Bohdan Butenko, Dwie Siostry, Warszawa 2024
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















