Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że w niedzielę 12 kwietnia oczy całej Europy, a może nie tylko Europy, zwrócą się ku Budapesztowi. Zwłaszcza o dziewiętnastej, gdy zamkną się lokale wyborcze i usłyszymy sondażowe wyniki.
Teoretycznie w tych wyborach startuje pięć partii. Biuro Wyborcze przydzieliło numery komitetom: jedynkę otrzymała Partia Psa o Dwóch Ogonach (formacja satyryczna), dwójkę Tisza, trójkę Ruch Naszej Ojczyzny (Mi Hazánk Mozgalom), czwórkę liberalna Koalicja Demokratyczna, piątkę rządząca koalicja Fidesz-KDNP (KDNP to Chrześcijańsko-Demokratyczna Partia Ludowa, która od 2010 r. jest w trwałej koalicji z partią premiera Viktora Orbána).
Praktycznie liczą się dwie siły: rządowy blok Orbána i opozycyjna Tisza Pétera Magyara. Według ostatnich sondaży mogą razem przejąć nawet 90 proc. głosów. Oba obozy są zdyscyplinowane: deklarowana frekwencja w ich elektoratach wynosi ok. 90 procent. Z pozostałych trzech komitetów jedynka i czwórka są marginalne; szansę na przekroczenie progu wyborczego ma jeszcze tylko skrajnie prawicowy Ruch Naszej Ojczyzny.
Z sondażu, który w połowie marca przeprowadził ośrodek 21 Research Center Survey (to on najtrafniej przewidział wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2024 r.), wynika, że w 199-osobowym parlamencie Tisza może liczyć na 115 mandatów, Fidesz na 78, a Mi Hazánk na sześć. Formacja Magyara miałaby więc komfortową większość.
Wybory na Węgrzech jak referendum nad rządami Orbána
Teoretycznie Tisza idzie po zwycięstwo. Takie wrażenie można było również odnieść obserwując, co działo się na ulicach Budapesztu w niedzielę 15 marca. Dla Węgrów to ważny dzień: święto przypadające w rocznicę wybuchu powstania narodowego w 1848 r., w okresie Wiosny Ludów (Węgry należały wtedy do cesarstwa austriackiego; ich złoty wiek, czas podwójnej monarchii Austro-Węgier, miał zacząć się niespełna dwie dekady później).

Tego dnia Magyar zwołał zwolenników na „Marsz Narodowy”. Według organizatorów wzięło w nim udział pół miliona ludzi. Inne źródła podają niższe szacunki, ale istotnie na dwukilometrowym odcinku Alei Andrássyego – łączącej Plac Deáka (tu krzyżują się trzy linie metra) z Placem Bohaterów – zebrały się tłumy nieprzebrane.
Zorganizowany nieco wcześniej „Marsz Pokoju” Orbána, którego uczestnicy zebrali się na Placu Kossutha przed parlamentem, był na pewno mniej liczny. Premier nie składa jednak broni.
Przebieg tego święta pokazuje, jak głęboki stał się podział w społeczeństwie Węgier. Dwa obozy żywią wobec siebie niemal autentyczną nienawiść. Nawet koncyliacyjna postawa Magyara, który deklaruje odbudowę narodowej wspólnoty, nie łagodzi napięcia. Bo też wybory z 12 kwietnia są czymś w rodzaju referendum – nawet nie nad tym, czy Tisza powinna przejąć władzę, lecz nad oceną 16 lat nieprzerwanych rządów Fideszu.
Niezdecydowani wyborcy na Węgrzech komplikują sondaże
Skąd więc przysłówek „teoretycznie”? Rzecz w tym, że sondaże, a w ślad za nimi myślenie życzeniowe dużej części komentatorów zniekształcają obraz. Wiara w koniec Orbána jest ogromna. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej złożona.
Sondaże opierają się na deklaracjach wyborców zdecydowanych, którzy na pewno pójdą do urn. Jeśli w obu elektoratach 90 proc. deklaruje udział w głosowaniu, oznacza to, że potencjał mobilizacji zwolenników niemal się wyczerpał. Dodatkowych można pozyskać już tylko wśród tych, którzy dziś nie wiedzą, czy zagłosują, a jeśli tak, to na kogo.
Niedawno instytut Republikon opublikował badanie „Co wiemy o niezdecydowanych”. Ich odsetek szacuje się na 23 proc., czyli 1,8 mln osób. W społeczeństwie liczącym 9,5 mln obywateli to potężna grupa. Wiadomo, że do urn pójdzie pewnie mniej niż połowa z nich (370 tys. deklaruje to z całą pewnością). Choć z analizy wynika, że niezdecydowanym bliżej jest do Tiszy, to zarazem tylko co trzeci z nich sądzi, że Orbán przegra. W sukces Magyara wierzy zaś jedynie 28 proc. niezdecydowanych.
Tymczasem według sondaży Tisza prowadzi przewagą półmilionową. To dużo, ale nie na tyle dużo, by Orbán musiał porzucić wszelką nadzieję. Musi teraz grać na pozyskanie niezdecydowanych i na demobilizację zwolenników opozycji (przepływów elektoratu między partią Magyara a Fideszem praktycznie nie ma).
Warto też pamiętać, że do głosowania korespondencyjnego uprawniona jest węgierska diaspora. Mowa o niespełna pół milionie wyborców, którzy od czasu wprowadzenia tej procedury w 2014 r. w ponad 90 proc. opowiadają się po stronie Orbána.
Orbán straszy wojną, Ukrainą i Brukselą
Nic dziwnego, że przemówienia, które 15 marca wygłosili Orbán i Magyar, adresowane były głównie do ich żelaznych elektoratów. Oba były też swego rodzaju streszczeniem tematów, na których te dwa obozy oparły swoje kampanie.
Orbán buduje obraz Węgier jako okrętu, który przed katastrofą może uchronić jedynie on. W tej wizji górą lodową, która może zatopić „Titanica”, są Ukraina i Unia Europejska. Premier przekonuje, że Unia chce wypowiedzieć Rosji wojnę przed 2030 r. Twierdzi też, że Ukraina jest gotowa zaatakować Węgry. Na razie jej celem miałaby być infrastruktura krytyczna, stąd na początku marca w okolice takich obiektów ostentacyjnie przegrupowano wojsko.
To paradoks: Ukraina, którą Orbán od co najmniej 2018 r. przedstawia jako państwo upadłe, ma być zagrożeniem. Obiektywnie to teza kuriozalna, kalka rosyjskiej propagandy. Ale w elektoracie Fideszu trafia na podatny grunt. Wyborcy Orbána w ogromnej większości uważają, że w 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę z winy Kijowa i Zachodu.
Nie oznacza to automatycznie, że ten elektorat jest prorosyjski – on po prostu przyjął narrację rządzących. Przykładowo: gdy po ujawnieniu masowych grobów w Buczy Orbán podał w wątpliwość rosyjskie sprawstwo, jego zwolennicy uznali, że „żyjemy w czasach, w których nie można być pewnym tego, co się widzi”.
Co przemilczają obóz Orbána i jego media
Narracja o rzekomo agresywnej Unii towarzyszy też węgierskiej dyskusji o programie tanich unijnych kredytów na zbrojenia SAFE. Co nie przeszkadza Orbánowi ubiegać się o 16 mld euro z tego programu (premier nazywa go „propokojowym, a nie wojennym”). Na razie środki te są zawieszone ze względu na mechanizm warunkowości zastosowany wobec Węgier już w 2022 r. Rada Unii uznała, że węgierski wymiar sprawiedliwości nie gwarantuje kontroli nad uczciwym wydatkowaniem unijnych pieniędzy.
Jest to pogląd uzasadniony. Ludzie z otoczenia Orbána, wobec których w przeszłości padały naprawdę poważne zarzuty o defraudację funduszy unijnych – jest wśród nich także zięć premiera – nie ponieśli dotąd z tego tytułu żadnej odpowiedzialności.
Na ostatniej prostej przed 12 kwietnia zwolennicy Fideszu żyją więc w lęku przed wojną (rozpętaną, według premiera, przez Zachód). Nie chcą być też „ukraińską kolonią”, jak głosiło hasło na transparencie niesionym na czele „Marszu Pokoju”. Do tego dochodzi dziś strach przed nową falą migrantów, która może być skutkiem wojny na Bliskim Wschodzie.
Warto dodać, że obóz Orbána i jego media skrzętnie przemilczają kwestię, kto zaczął wojnę z Iranem. Taka wiedza nie współgrałaby ani z „propokojowym” wizerunkiem Donalda Trumpa, ani z hołubionym tu politycznym sojusznikiem Orbána – Beniaminem Netanjahu.
Czy w przekazie Orbána jest miejsce na pozytywy? Niewiele. Premier podkreśla czasem, że Węgry to jedyny kraj Europy, gdzie matki wychowujące co najmniej dwoje dzieci są zwolnione z podatku dochodowego. Jednak na koniec strachem zarządza się łatwiej.
Péter Magyar obiecuje rozliczenie Fideszu i narodowe pojednanie
Inaczej Péter Magyar: on deklaruje narodowe pojednanie. Jest przekonany, że skoro to w nim przetrwały wartości konserwatywne, którym Fidesz się sprzeniewierzył, po wyborach będzie w stanie „zaopiekować się” dotychczasowymi stronnikami Orbána. Magyar roztacza wizję dostępu do unijnych funduszy zaraz po przejęciu władzy (w kalendarzu powyborczym zaprzysiężenie nowego rządu przypada na przełom trzeciego i czwartego tygodnia maja).
Magyar obiecuje też dofinansowanie służby zdrowia (na Węgrzech jest w złym stanie) i edukacji oraz bezpardonową walkę z korupcją. Jego sztandarowy projekt to rozliczenie rządów Fideszu – przy jednoczesnej deklaracji, że Węgry pozostaną członkiem Unii i NATO.
Magyar musi przy tym uważać, by prorządowa propaganda nie przypięła mu łatki polityka proukraińskiego. Choć poglądy Orbána i Magyara w tej kwestii w istocie niewiele się różnią, premier kreuje rywala na „namiestnika Kijowa i Brukseli”. Stąd w prorządowej infosferze błyskawicznie kolportowano zdjęcie ukraińskiej flagi na marszu Tiszy. Jak ustalili dziennikarze śledczy (m.in. z portalu 444.hu), była to prowokacja zwolenników Fideszu.
Co się może wydarzyć po wyborach na Węgrzech?
Teoretycznie – przysłówek ten musi, jak widać, wciąż nam towarzyszyć – Tisza wygra, jeśli uzyska co najmniej sto mandatów, co da jej możliwość powołania rządu z Magyarem jako premierem. W praktyce jednak, jeśli Tisza nie uzyska większości konstytucyjnej (133 mandatów), Węgry może czekać polityczny chaos i paraliż.
Rzecz w tym, że od 2010 r. tysiące ustaw uchwalonych przez obóz Orbána zostały „zabezpieczone” przed nowelizacją wymogiem większości dwóch trzecich głosów. Bez większości konstytucyjnej realne zmiany – choćby w obszarze sądownictwa – nie będą więc możliwe.
Państwo może pogrążyć się w chaosie prawnym, a entuzjazm wywołany sukcesem Magyara może szybko wyparować, gdy wiarę w naprawę kraju zastąpi zniecierpliwienie brakiem sprawczości nowego premiera.
Co wtedy? Teoretycznie można uchwalić nową ustawę zasadniczą zwykłą większością i poddać ją pod referendum. Przy pozytywnym wyniku można uznać ją za nową konstytucję – nową, czyli taką, która generalnie znosi stary orbánowski porządek. To jednak może rodzić pytania o reakcje instytucji międzynarodowych, w tym Unii Europejskiej i Rady Europy. Czy uznałyby one taką drogę na skróty za praworządną? To niewiadoma.
Jednak to będzie potem. Na razie dla Węgrów liczy się jedno: to, co wydarzy się 12 kwietnia. Zwolennicy Fideszu pragną kolejnych czterech lat rządów Orbána. Jego przeciwnicy mają jeden cel: pokonać go, a o resztę martwić się później.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















