Europejskie państwa Przymierza Atlantyckiego stanowczo, choć dyplomatycznie, powiedziały „nie” Donaldowi Trumpowi, gdy wezwał je do wysłania okrętów wojennych, aby odblokowały cieśninę Ormuz. Ten ważny szlak morski w Zatoce Perskiej został zaryglowany przez Iran w odwecie za amerykańsko-izraelski atak na Islamską Republikę. Konsekwencją blokady jest wzrost cen surowców, co budzi obawy o gospodarkę światową.
Trump liczył szczególnie na Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, w mniejszym stopniu na inne państwa NATO. Odmowa udziału w wojnie rozgniewała prezydenta USA, który – nie po raz pierwszy – stwierdził publicznie, że NATO nie jest Stanom potrzebne, a nawet że jest balastem dla Waszyngtonu.
W Europie takie gniewne wypowiedzi Trumpa nikogo już nie zaskakują; są przyjmowane jako kolejny dowód, że Europa powinna liczyć się z osłabieniem więzi atlantyckich oraz z koniecznością wzmacniania własnego potencjału zbrojnego.
Trump ponownie osłabia zaufanie do NATO
Fakt, że Londyn, Paryż, Berlin, Warszawa i inne stolice nie mają ochoty na wojnę z Iranem, nie powinien być zaskoczeniem. Żadne z państw Europy nie deklarowało chęci udziału w ataku na Iran, i to nawet wtedy, gdyby Teheran był bliski uzyskania broni jądrowej.
Amerykanie nie zabiegali wcześniej u Europejczyków o aktywne wsparcie w operacji przeciw Iranowi. Kluczowe dla Stanów są sojusze na Bliskim Wschodzie – uczestnictwo Izraela w operacji zbrojnej i lojalność partnerów w Zatoce Perskiej, Turcji czy na Kaukazie. Osamotnienie Iranu, w połączeniu z ogromną przewagą militarną, technologiczną i wywiadowczą USA i Izraela, powinno było wystarczyć do prowadzenia wojny.
Oskarżając Europę (NATO) o brak lojalności i wsparcia w Iranie, Trump po raz kolejny przyczynia się do słabnięcia atlantyckich powiązań w Przymierzu Atlantyckim. Dezawuowanie NATO jest groźne dla pokoju w Europie: to sygnał dla Putina, że rola Stanów w obronie wschodniej flanki Przymierza nie jest przesądzona ani teraz, ani w przyszłości.
Kaprysy prezydenta Trumpa powinny dobitnie uświadomić także nam w Polsce, że amerykańska polisa ubezpieczeniowa, dla Polski oczywiście o znaczeniu egzystencjalnym, może przybierać coraz bardziej warunkowy, a nie automatyczny charakter. To ważne memento, drugie w tym roku – po styczniowym kryzysie wokół Grenlandii.
Kryzys w Zatoce Perskiej wpływa na bezpieczeństwo Europy
Wojna w Iranie to nie wojna Europy, ale Europa, nawet stojąc z boku, musi życzyć Ameryce i Izraelowi w niej zwycięstwa. W europejskim interesie jest upadek reżimu irańskiego, a jeśli nie upadek, to przynajmniej neutralizacja jego potencjału szkodzenia zachodnim interesom w świecie, nie tylko na Bliskim Wschodzie.
Gdyby Amerykanom i Izraelczykom udało się doprowadzić prędzej czy później do rewolucji w Iranie, Europie także nie będzie obojętne, jaki system wyłoni się w nowym Teheranie. Państwa europejskie, jeśli chcą zachować wpływy w Zatoce Perskiej, muszą być gotowe na to, że obecna wojna wytworzy nową dynamikę geopolityczną, która swoim zasięgiem dotknie Unię Europejską i NATO. Dlatego zawołanie Europy „to nie nasza wojna” nie oznacza, że nasza w jakiejś części nie będzie „powojenna” sytuacja w Iranie i Zatoce Perskiej.
Wojny USA na Bliskim Wschodzie wciąż ciążą Europie
Warto pamiętać, że niechęć Europy do udziału w wojnie z Iranem to także skutek doświadczeń ostatnich kilku dekad. Szereg państw europejskich wsparło USA w wojnach w świecie islamskim, często w dużej skali.
W 1991 r., w czasie wojny z Husajnem o Kuwejt, były to Wielka Brytania czy Francja, a także nawet biedna Polska, która dopiero co wyszła z komunizmu. Świeżo zjednoczone Niemcy powstrzymywały się od udziału w niej, ale finansowały część wysiłku aliantów.
W 2001 r. całe NATO weszło do wojny w Afganistanie – na prośbę Ameryki.
Z kolei w 2003 r. Wielka Brytania, Polska, Włochy i Hiszpania wzięły udział w inwazji w Iraku, a szereg państw wysłało wojska do powojennej stabilizacji państwa irackiego. Wtedy Francja i Niemcy trzymały się z boku.
Później, po 2014 r., szeroka międzynarodowa koalicja walczyła z samozwańczym Państwem Islamskim oraz brała udział w atakach na poprzedni syryjski reżim po tym, jak użył on broni chemicznej.
Nie tylko wielu Amerykanów żyje traumą wojen XXI wieku, które obiecywał kończyć i nie rozpoczynać nowych sam Trump.
Odmowa Europy nie powinna dziwić Waszyngtonu
Trauma ta jest widoczna również w Europie. Np. Wielka Brytania, wcześniej lojalna wobec Waszyngtonu, pamięta, jak bardzo społecznie niepopularna była wojna w 2003 r. przeciw Irakowi. Udział w inwazji na Irak u boku Amerykanów, wbrew opinii publicznej, położył się cieniem na spuściźnie Tony’ego Blaira, uważanego do czasu tej wojny za jednego z najwybitniejszych premierów Zjednoczonego Królestwa.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi fakt, że nawet najwierniejsi sojusznicy Stanów Zjednoczonych nie są dziś chętni, by iść na wojnę.
Dziwić oczywiście może, że amerykański prezydent jest tym zdziwiony. Tym bardziej że, jak wspomniałem, Waszyngton nie zabiegał o wsparcie Europy przy rozprawie z irańskim reżimem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















