Wojny o płeć. Co biolodzy mówią o niebinarności

Jest jednym z najbardziej fascynujących i przełomowych wynalazków ewolucji. Wpływa na niemal wszystkie aspekty życia osobników. Nic dziwnego, że o płeć ciągle się kłócimy.
Czyta się kilka minut
Amphiprion ocellaris // Fot. J.W.Alker / B&EW
Amphiprion ocellaris // Fot. J.W.Alker / B&EW

Pływający wśród czułek ukwiału błazenek plamisty dzięki wyrazistym, pomarańczowo-białym plamom na ciele i czarnym konturom płetw wygląda bardziej jak postać z disnejowskiej kreskówki niż prawdziwa rybka. Być może stąd pomysł na film o Nemo – błazenku uwięzionym w akwarium. Ale jaskrawe kolory i układ z ukwiałem, któremu w zamian za schronienie błazenek oferuje zjadanie pasożytów i dostarczanie pożywnych odchodów, nie są jedynymi oryginalnymi cechami tej koralowej rybki.

U błazenka wyewoluowało bardzo rzadkie w świecie zwierząt tzw. obojnactwo następcze, połączone z jeszcze rzadszą społeczną determinacją płci. Pierwszy z tych terminów oznacza, że osobniki mogą produkować zarówno męskie, jak i żeńskie komórki rozrodcze (gamety) – ale nie w tym samym okresie w życiu. Drugi, że typ produkowanych przez osobnika gamet zależy od struktury społecznej stada.

Błazenki żyją w grupach złożonych z dużej dominującej samicy i kilkorga mniejszych samców. Tylko najwyższy w hierarchii samiec zapładnia jaja samicy, z których rozwijają się wyłącznie kolejne samce. Gdy samica zginie, najwyższy rangą samiec przechodzi kilkumiesięczną przemianę w samicę. Rośnie, przebudowuje ciało, w tym mózg i narządy płciowe. Zmienia zachowanie. W końcu zamiast plemników produkuje komórki jajowe, które będzie zapładniać kolejny rangą samiec w stadzie. A gdy dni także tej nowej samicy wreszcie dobiegną końca, cała historia  powtórzy się od początku.

Sposób reprodukcji błazenków to tylko jeden z przejawów tego, jak niezwykłym  zjawiskiem w przyrodzie jest płeć. Wpływa ona na każdy aspekt funkcjonowania osobników w środowisku i stadzie, odbija się w ich zachowaniu i budowie ciała. Na organizmy rozmnażające się płciowo działają specyficzne presje selekcyjne, które różnicują rozmiary osobników, obdarzają je ornamentami, wywołują u nich zarówno agresję, jak i przywiązanie, modyfikują sposoby, w jakie się rozwijają, komunikują i rozpoznają. Płeć jest przy tym bardzo starym tworem ewolucji, a jej początki są dla nas zagadkowe.

Może więc nie powinno nas wcale dziwić, że o płeć ciągle wybuchają wojny – zarówno w środowisku naukowym, jak i w całym społeczeństwie.

Dlaczego abp Marek Jędraszewski i Richard Dawkins mówią o płci jednym głosem

Czasem są to wojny religijne.

Pod koniec grudnia na blogu Fundacji Wolności od Religii (Freedom From Religion Foundation, FFRF), znanej ateistycznej organizacji, ukazał się artykuł Jerry’ego Coyne’a, profesora Uniwersytetu Chicagowskiego i popularyzatora nauki, zatytułowany „Biologia nie jest bigoterią”. Tekst Coyne’a był polemiką z artykułem Kat Grant, pracowniczki Fundacji, w którym Grant zastanawiała się, czy można podać biologiczną definicję kobiety.

Grant, identyfikująca się jako osoba niebinarna, omówiła krótko kilka definicyjnych problemów związanych z odwołaniem się do genetyki czy obecności narządów płciowych (bo można je modyfikować operacyjnie, zdarzają się też osoby interpłciowe, czyli wykształcające cechy płciowe, których nie da się jednoznacznie określić ani jako „męskie”, ani jako „żeńskie”), ostatecznie dochodząc do konkluzji, iż kobietą jest po prostu „ta osoba, która się za nią podaje”.

Dla biologa ewolucyjnego, jakim jest Coyne, trudno o bardziej drażniącą „definicję”, ponieważ biologia wypracowała tyleż jednowymiarową, co jednoznaczną definicję płci. Zgodnie z nią płeć to rola, jaką osobnik odgrywa w rozmnażającej się populacji jako producent gamet. Osobniki wytwarzające plemniki są samcami, a te, które produkują komórki jajowe – samicami.

Zdaniem Coyne’a siłą tej definicji jest jej uniwersalność – z powodzeniem może stosować się do wszystkich rozmnażających się płciowo gatunków – w tym ludzi. Stąd, przykładowo, niezręczne jest według niego sformułowanie „osoba transpłciowa” – należałoby raczej mówić „osoba transgenderowa”, ponieważ tzw. tranzycja płci, możliwa pod wpływem kuracji hormonalnej czy operacji plastycznych, nie zmienia typu produkowanych komórek rozrodczych. Choć może się wiązać ze zmianą funkcjonowania tej osoby w społeczeństwie.

W swoim tekście Coyne przekonywał, że biologia nie powinna ustępować miejsca ideologii. A ponieważ w przyrodzie nie ma trzeciego typu gamet, nie należy mówić o tym, że płeć może być zjawiskiem niebinarnym. Nawet jeśli część osób nie chce się identyfikować ani jako kobieta, ani jako mężczyzna, nawet jeśli istnieją osoby interpłciowe i nawet jeśli zgodzimy się, że w naszej kulturze zbudowaliśmy wokół płci cały zestaw reguł, ról społecznych czy stereotypów, które można kwestionować. W końcówce tekstu Coyne zganił władze FFRF za uleganie modzie na aktywizm genderowy, w skrajnym wydaniu traktujący płeć jako kulturową konwencję.

Krótko potem na stronie FFRF pojawił się tekst zapewniający o wsparciu ruchów LGBTQ+, a zniknął z niej artykuł Coyne’a, co wywołało awanturę: autor ogłosił, że wycofuje się z rady honorowej tej fundacji, to samo zrobiły dwie kolejne gwiazdy nauki i publicystyki – biolog Richard Dawkins i psycholog Steven Pinker. W upublicznionych listach do FFRF każdy z nich zarzucił władzom fundacji, że zamiast walczyć ze starymi religiami, tworzą nową – bo tym właśnie ma być aktywizm genderowy, posiadający swoich własnych kapłanów, święte pisma i bluźnierców, w poczet których natychmiast został zaliczony Jerry Coyne.

To znamienne, że o płci niemal jednym głosem mówią zatem abp Marek Jędraszewski i Richard Dawkins czy Jerry Coyne, mimo że światopoglądowo różni ich prawie wszystko. Dlaczego wiele osób religijnych broni binarnego pojmowania płci  – na tych łamach wyjaśniać nie trzeba. Rozwińmy za to odpowiedź na pytanie, dlaczego większość biologów, zwłaszcza ewolucyjnych, nawet tych uznawanych za ikony ruchów antyreligijnych, myśli podobnie. 

Żeby to zrobić, musimy się cofnąć w czasie – o przeszło miliard lat.

Skąd się wzięła płeć? Mógł ją już mieć wspólny przodek zwierząt, roślin, grzybów i protistów

Geologicznie jesteśmy w czasach prekambryjskich. Ziemskie lądy tworzą jeden superkontynent, oblewany przez olbrzymi ocean. Życie jest prostsze – z początku wyłącznie jednokomórkowe. Maleńkie organizmy rozmnażają się bezpłciowo, tworząc swoje niemal identyczne kopie (czasem zdarzają się mutacje genetyczne). Populacje są więc zbiorowiskami klonów podatnych na te same zagrożenia środowiskowe – zmiana warunków może doprowadzić do zagłady wszystkich osobników. Po jakimś czasie organizmy, w wyniku sekwencji przypadkowych mutacji, nauczyły się pewnej sztuczki: wymiany materiału genetycznego z innymi osobnikami. Ten tzw. horyzontalny transfer genów nie jest reprodukcją, bo nie prowadzi do powstania potomstwa, ale gwarantuje większą różnorodność osobników. Część z nich będzie miała szansę przetrwać kryzysy, na które wcześniej była narażona cała populacja.

Dzięki temu wynalazkowi ewolucja mogła przyspieszyć – a życie z czasem się skomplikowało. Kluczowym ewolucyjnym krokiem było powstanie jądra komórkowego, przechowującego materiał genetyczny. Nie wiemy, jak do tego doszło, ale to właśnie organizmy posiadające jądro komórkowe (eukarionty) wynalazły płeć.

Wiemy o tym, ponieważ płeć występuje wyłącznie u eukariontów – i to powszechnie, nawet u 95 proc. gatunków. Mówimy tu o tak zróżnicowanych organizmach jak zwierzęta, rośliny, grzyby i protisty. Łączy je także identyczny mechanizm podziału jądra komórkowego (tzw. mejoza), redukującego o połowę ilość materiału genetycznego, który trafia do komórek rozrodczych. Powszechność płci i mejozy u eukariontów sugeruje, że zjawiska te mogły być obecne u wspólnego przodka zwierząt, roślin, grzybów i protistów, żyjącego przeszło miliard lat temu.

Powstanie płci wymagało wielu kroków, których w szczegółach nadal nie rozumiemy. Domyślamy się jednak, jak z grubsza ten scenariusz wyglądał. Najpierw organizmy nauczyły się tworzyć nie swoje kopie, ale komórki rozrodcze zawierające połowę materiału genetycznego. Takie komórki nie były w stanie normalnie się rozwijać, dopóki nie połączyły się z komórkami posiadającymi drugą połowę materiału genetycznego. Ponieważ dwie gamety mogły pochodzić od różnych organizmów, w populacji pojawiały się zupełnie nowe kombinacje genów. Jej poziom zróżnicowania rósł.

Na tym etapie wszystkie gamety wyglądały identycznie – biolodzy powiedzieliby więc, że występowała tylko jedna płeć. Ale z czasem zaczęły się eksperymenty: część organizmów zmniejszała rozmiar komórek rozrodczych, dzięki czemu mogła ich produkować więcej. Ponieważ nie każda mała gameta mogła stworzyć udany organizm, drugiej grupie zaczęło się opłacać tworzyć mniejszą liczbę, ale większych komórek rozrodczych – to te gamety miały większe szanse na stworzenie organizmu (kolejność mogła być także odwrotna: możliwe, że najpierw niektóre organizmy stworzyły większe gamety, na czym inne zaczęły pasożytować, zmniejszając swoje). Początkowo różnice w wielkości komórek rozrodczych mogły być niewielkie, z czasem jednak procesy selekcyjne je wyolbrzymiły. Dziś te małe komórki nazywamy plemnikami, duże – komórkami jajowymi. Od tego momentu w ewolucji można mówić o dwóch płciach i działaniu doboru płciowego.

Od czego zależy płeć? Nie zawsze od genów, u niektórych gatunków od... temperatury

Oczywiście, to nie koniec ewolucyjnej opowieści o płci – to sam jej początek. Na dalszych etapach ewolucji coraz bardziej złożone organizmy coraz bardziej specjalizowały się w produkcji coraz bardziej zaawansowanych gamet – wykształcały specjalne struktury skupione na tym zadaniu (gonady), a także ich transporcie w ciele i na zewnątrz (genitalia). Wyewoluowały też u nich metody poszukiwania i selekcji partnerów seksualnych, rywalizacji o nich, opieki nad potomstwem. To wszystko wymagało odpowiednich instrukcji genetycznych, regulujących rozwój i zachowania organizmów za pośrednictwem hormonów i układu nerwowego. Płeć zyskała wiele nowych wymiarów.

Te wymiary mogą być niezwykle złożone, o czym świadczy choćby mechanizm determinacji płci. U gatunków płciowych każdy osobnik ma dwoje rodziców, ale może odziedziczyć płeć tylko jednego z nich – którego? Natura wymyśliła wiele sposobów rozwiązania tego problemu. Czasem to, w kierunku jakiej płci organizm będzie się rozwijał, zależy od genów (jak np. u ludzi). Czasem od warunków otoczenia – zwykle temperatury (jak np. u krokodyli) czy długości dnia i nocy. Czasem od kontekstu społecznego (jak u błazenków).

W przyrodzie nawet blisko spokrewnione gatunki mogą mieć różne systemy determinacji płci. Ba, różnice pod tym kątem mogą nawet występować w obrębie jednego gatunku! Scynk śnieżny to jaszczurka z Australii i Tasmanii, której część populacji zamieszkuje bardziej różnorodne tereny położone na niższych wysokościach – u nich płeć zależy od temperatury, w jakiej rozwija się zarodek w jaju. W populacjach zamieszkujących górzyste regiony, gdzie panują surowe warunki i jest chłodniej, płeć determinują geny.

Wśród niektórych zwierząt (np. ryb Salaria pavo) wyewoluowało zjawisko mimikry płciowej – część samców upodabnia się wyglądem do samic, dzięki czemu może oszukać dominujących samców, zakraść się do samic lub złożonych przez nie jaj i bezkarnie płodzić potomstwo.

Dlaczego według biologów płeć jest zjawiskiem binarnym

Biologiczny sens płci wiążę się przede wszystkim z większą różnorodnością osobników w populacjach, dzięki czemu są one lepiej dostosowane do zmieniających się warunków środowiska. Ale płeć ma też swoje koszty – związane chociażby z koniecznością znalezienia partnera i rywalizacją o niego, czy nawet utrzymaniem części ciała potrzebnych do płciowej reprodukcji.

W niektórych liniach ewolucyjnych eukariontów, gdy warunki życia się stabilizowały, płeć zanikała. Wszystkie osobniki produkują wówczas jeden rodzaj komórek rozrodczych, choć nie zawsze każda z tych komórek jest w stanie połączyć się z dowolną inną. Biolodzy mówią wówczas o tzw. „typach płciowych”. Zjawisko to występuje np. u niektórych grzybów i glonów.

Innym rodzajem rozmnażania bezpłciowego (lub jednopłciowego) jest partenogeneza (dzieworództwo) – samice (m.in. niektórych ryb, płazów czy gadów) produkują komórki jajowe posiadające kompletny zestaw materiału genetycznego, z których, bez zapłodnienia plemnikiem, może rozwinąć się dorosły organizm (kolejna samica, będąca klonem swojej matki). Ten sposób reprodukcji redukuje koszty związane z koniecznością poszukania partnera. Podobny jest sens obojnactwa, w którym jeden osobnik produkuje (w tym samym czasie lub po koniecznym przeobrażeniu) oba rodzaje komórek płciowych – zarówno te małe (męskie), jak i te duże (żeńskie). To popularny sposób rozmnażania się np. roślin i zwierząt bezkręgowych.

O tym, że utrzymywanie płci jest kosztownym zjawiskiem, świadczy też wiele sytuacji, gdy rozwój płciowy osobnika zostanie zburzony. W praktyce może się to zdarzyć na każdym możliwym poziomie: genów, gruczołów płciowych, genitaliów, hormonów. W takiej sytuacji osobniki mogą stać się interpłciowe – rozwinąć cechy obu płci.

Fakt, że u jednego osobnika cechy płciowe mogą być wymieszane, a w świecie zwierząt istnieją osobniki zmieniające płeć czy podszywające się pod inną, nie zmienia poglądu ogromnej większości biologów na to, że płeć jest zjawiskiem binarnym, bo na najbardziej podstawowym poziomie dotyczy ona komórek rozrodczych. Biolodzy upierają się przy tym podejściu z kilku powodów.

Po pierwsze – w biologii perspektywa ewolucyjna jest kluczowa (bo wszystkie funkcje organizmów mają ewolucyjny rodowód), a różnice w skuteczności rozmnażania się – i zmienność, którą rozmnażanie się powoduje – są motorem napędowym ewolucji.

Po drugie, powstanie płci było jednym z najważniejszych zdarzeń w historii życia. Pojawienie się u wczesnych eukariontów związanej z płcią asymetrii w wielkości gamet do dzisiaj tłumaczy wiele zjawisk w świecie przyrody czy zachowań organizmów. Np. w związku z tym, że jedna płeć ponosi mniejsze koszty wyprodukowania potomstwa (u ogromnej większości gatunków samce; różnice w inwestycjach rodzicielskich pojawiają się już na poziomie kosztów pojedynczej komórki rozrodczej), ta druga płeć (inwestująca więcej) utrzymuje przywilej wyboru partnera. To nie przypadek, że w świecie zwierząt „płcią piękną” są samce. Ich kolorowe upierzenie czy artystyczne popisy mają zaimponować samicom. Samce mogą sobie pozwolić na takie ekstrawagancje, bo ponoszą mniejsze koszty płodzenia dzieci.

Po trzecie, jednowymiarowa definicja tak ważnego pojęcia w biologii jak płeć jest raczej kojącym wyjątkiem, a nie regułą. Biolodzy muszą dzisiaj myśleć w kategoriach spektrum choćby o tak fundamentalnym zjawisku jak… życie (istnieje szara strefa pomiędzy organizmami a materią nieożywioną, w której lokują się np. wirusy); nie mają też ścisłej definicji choćby osobnika (czy symbiotyczne bakterie, które żyją w moich jelitach, to moje ciało? A co z mitochondriami w moich komórkach, wywodzącymi się od prastarych bakterii?) ani gatunku (kiedy jeden gatunek przechodzi w inny?). 

Spory naukowe łatwo mieszają się ze światopoglądowymi

Sprowadzanie płci wyłącznie do rodzaju wytwarzanych gamet, także u człowieka, można jednak postrzegać jako uproszczenie, co zresztą jest podstawą sporów, które wybuchają w środowisku akademickim, zwłaszcza między biologami a psychologami. Tych ostatnich mniej obchodzi to, jakie komórki rozrodcze produkuje, produkował lub spróbuje wyprodukować konkretny człowiek – a bardziej to, jak rozumie samego siebie jako członka społeczeństwa. Dla biologów ewolucyjnych, takich jak Dawkins czy Coyne, te zagadnienia dotykają obszaru płci psychologicznej czy kulturowej, o których można myśleć w kategoriach spektrum. Części sporów o płeć można by zatem uniknąć, gdyby ich uczestnicy wyraźniej mówili, który aspekt płci mają na myśli.

Ale jednak tylko części. Otwartym pytaniem, które zresztą dotyka raczej neurobiologii niż biologii ewolucyjnej, pozostaje to, w jakim stopniu u ludzi biologiczne uposażenie wpływa na płeć psychologiczną i kulturową. Żadne ze skrajnych stanowisk – iż ten wpływ jest zerowy lub całkowity – nie daje się obronić. Spora część kłótni o płeć dotyczy tego tematu.

Temperatura tych kłótni – także w świecie akademickim – zdaje się wzrastać, a spory naukowe łatwo mieszają się ze światopoglądowymi. Awantury wybuchają nie tylko w internecie – także na salach wykładowych, konferencjach naukowych i w specjalistycznej prasie. Przykładowo, w 2023 r. Amerykańskie Towarzystwo Antropologiczne odwołało sesję poświęconą biologii płci, powołując się na potrzebę zapewnienia „bezpieczeństwa i godności” wszystkim członkom tego towarzystwa. Niektórzy naukowcy – jak neurobiolożka Debrah Soh, obecnie publicystka i zajadła krytyczka aktywizmu gender – tłumaczyli odejście z akademii reakcjami społecznymi na swoje poglądy. O toczącym USA „raku kultury unieważniania” związanym z poglądami na temat płci, przypominającym polowania na domniemanych rosyjskich szpiegów wśród naukowców, urzędników i artystów podczas zimnej wojny, pisał niedawno w czasopiśmie seksuologicznym James Pfaus, neurobiolog z Uniwersytetu Karola w Pradze.

Prymatolog i antropolog Agustín Fuentes zapowiedział na maj książkę zatytułowaną „Płeć to spektrum. Biologiczne ograniczenia binarności”. Z jej opisu wydawniczego wynika, że będzie mówić o ewolucyjnych początkach płci, bogactwie sposobów determinacji płci w przyrodzie, a także o zjawisku obojnactwa i interpłciowości. Autor zabierze też głos w sprawach społecznych – dotyczących sposobu traktowania osób transpłciowych (transgenderowych) w społeczeństwie, m.in. sporcie. Nie sądzę, by Jerry Coyne czy Richard Dawkins dowiedzieli się z niej czegokolwiek nowego. Chyba że tego, iż nauka nie dostarcza jednoznacznych rozwiązań sporów światopoglądowych.

Płeć u ryb jest skomplikowana, bo ewoluuje od pół miliarda lat

Spośród wszystkich kręgowców najbardziej zróżnicowane systemy rozmnażania płciowego wykształciły ryby. W porównaniu z nimi my, ssaki, jesteśmy żenująco konserwatywni. U ssaków nie zaobserwowano dzieworództwa ani obojnactwa, a nawet innego systemu determinacji płci niż ten oparty na genach. Ewolucyjne wyjaśnienie tego zjawiska jest proste: ryby są na Ziemi od pół miliarda lat, ssaki – przeszło połowę krócej. Ryby miały znacznie więcej czasu na to, by się zróżnicować, także pod kątem reprodukcyjnym.

Ale może to dobrze – gdyby było odwrotnie, wojen o płeć nigdy byśmy nie skończyli.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wojny o płeć