Łukasz Kwiatek: W obozie archeologów większa radość zapanuje z powodu odnalezienia jednej ludzkiej kości czy 99 kamiennych narzędzi?
Małgorzata Kot: Z perspektywy kogoś takiego jak ja, kto interesuje się epoką kamienia – chyba jednej ludzkiej kości. Znajdujemy je na niewielu stanowiskach, a zabytków, takich jak narzędzia wykonane z kamienia, odkrywamy mnóstwo. Często już mamy dużą wiedzę o jakimś zbiorze artefaktów, ale brakuje wisienki na torcie – kości, która by podpowiedziała, kto te narzędzia wykonał.
W swojej karierze wykopała Pani dużo starych kości?
Trochę. Zwłaszcza gdy się kopie cmentarzyska, to pojawia się sporo kości, ale większość pochodzi ze znacznie późniejszych okresów. Nawet gdy prowadzimy wykopaliska w jaskiniach, to znajdujemy kości z neolitu, epoki brązu czy średniowiecza. A znaleziska paleolityczne – czyli te z epoki kamienia – są bardzo rzadkie.
Jeśli chodzi o fragmenty szkieletu, to najczęściej wykopujemy zęby – często pojedyncze. Profesor Jean-Jacques Hublin żartował kiedyś na wykładzie, że paleoantropolodzy powinni wierzyć w Zębową Wróżkę – to ona musiała te wszystkie zęby ludzi z epoki kamienia zostawić w jaskiniach, w których pracujemy.
Epoka kamienia trwała kilka milionów lat, ale skoncentrujmy się na ostatnich 100 tysiącach lat. To m.in. czas kolonizacji przez Homo sapiens Eurazji i współistnienia – choć krótkiego – z innymi populacjami, czyli przynajmniej z neandertalczykami w Europie i na Bliskim Wschodzie oraz denisowianami w Azji. Jak wyglądał wtedy świat?
Ok. 115-100 tys. lat temu ma miejsce tzw. interglacjał eemski. To ostatni interglacjał, czyli cieplejszy okres występujący pomiędzy zlodowaceniami. Temperatury były podobne jak dzisiaj, może nawet odrobinę wyższe; zaczynają rosnąć lasy. To korzystne warunki dla ludzi, ale wkrótce następuje huśtawka klimatyczna. Przez 30-40 tys. lat mamy do czynienia z bardzo dużymi wahaniami. W końcu klimat się bardziej stabilizuje, ale też ochładza – wszystko zmierza do maksimum ostatniego zlodowacenia ok. 20 tys. lat temu. W tym czasie jesteśmy już sami – znikają wszystkie populacje człowieka, nie licząc Homo sapiens.
Nasi przodkowie 100 tys. lat temu występują w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Może nawet docierają gdzieś do Azji Południowo-Wschodniej. Wędrują przed siebie. Dlaczego? Co ich pcha? Tego nie wiemy.
A czy w Afryce panowały wówczas korzystne warunki? Może coś wypchnęło stamtąd część naszych przodków? Albo zwierzęta – a ludzie poszli za nimi?
Gdy Eurazja się wychładzała, w Afryce postępowała susza. Ona mogła mieć wpływ na migracje ludzi, ale trzeba pamiętać, że Afryka jest olbrzymim kontynentem. Ludziom mogłoby wystarczyć poruszanie się w jej obrębie. Z jakiegoś powodu ciągnęło ich dalej.
Pani widzi w tym przejaw naturalnej ludzkiej skłonności do badania tego, co nieznane?
Myślę, że ten czynnik odgrywał rolę dużo wcześniej. Już ok. 2 mln lat temu z Afryki jako pierwszy człowiek wyrusza Homo erectus. Wówczas rozpoczynała się epoka lodowcowa i następowały migracje zwierząt, więc przynajmniej z początku ludzie mogli za nimi podążać. Ale w ten sposób dotarliby, bo ja wiem, na Kaukaz? A przecież szli dalej – aż do Indonezji. Ta pierwsza migracja Homo erectus postępowała „w poziomie” – ludzie szli wzdłuż strefy zwrotnikowej, nie zapuszczali się w bardziej wymagające klimatycznie tereny. Ale już migracja Homo erectus do Europy, która miała miejsce ok. 1,5 mln lat temu, wymagała wejścia w chłodniejsze obszary świata. Dlaczego tu przyszli? Wydaje mi się, że wiodła ich właśnie naturalna ludzka potrzeba eksploracji i ciekawości. Cóż też może być tam dalej, po drugiej stronie rzeki? Co by się stało, gdybyśmy tam poszli?
Oczywiście, ci ludzie mogli sobie nie zdawać sprawy z tego, że wstępują na nowy kontynent, gdy przechodzili z Egiptu na półwysep Synaj i Bliski Wschód. Dla nich to była zwyczajna eksploracja przestrzeni, bo tam, dalej, na pewno coś ciekawego się dzieje.
W ciągu tych dwóch milionów lat migracji z Afryki do Eurazji było wiele. Homo erectus zadomowił się w Azji, kolejne populacje napływały z Afryki. Były też wędrówki w drugą stronę. Ludzie przystosowali się do różnych warunków i różnicowali fizycznie. Czy wiemy, jak mogła wyglądać nasza globalna populacja, powiedzmy, 100 tys. lat temu, zanim Homo sapiens zaczęli zastępować dotychczasowych mieszkańców Eurazji? Ilu ludzi żyło wtedy na świecie?
Powstały takie oszacowania na temat neandertalczyków. Uważa się, że w całej ich ekumenie, od Portugalii aż po góry Ałtaj w Azji, występowało jednocześnie nie więcej niż kilkanaście tysięcy osób. Podejrzewam, że pozostałe populacje trzeba by szacować podobnie, więc nawet jakbyśmy to przemnożyli przez 6 czy 7 – możemy liczyć nie tylko denisowian, neandertalczyków, Homo sapiens, ale też hobbitów z Indonezji i Filipin – to i tak dostaniemy może 100 tys. mieszkańców całej Ziemi.

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi.
Ma Pani swoją ulubioną odpowiedź na pytanie, czemu z tej gromadki przeżył tylko Homo sapiens? Wiele osób wyobraża sobie chyba, że nasi przodkowie dokonali eksterminacji swoich licznych kuzynów. Jak w biblijnej opowieści o Kainie i Ablu.
Nie mamy na to żadnych dowodów. Ale trzeba pamiętać, że takie dowody ciężko znaleźć. W archeologii nie jest jak w serialu „Kości”, gdzie każde zachowanie człowieka jest potem widoczne na kościach.
Jesteśmy w stanie zobaczyć na przykład, że ktoś dostał po głowie średniowiecznym mieczem i z tego powodu umarł, ale większość przyczyn śmierci nie zostawia żadnych śladów na kościach, które znajdujemy. Nawet bardzo głębokie rany mogą się tylko otrzeć o okostną – a wtedy są dla nas niewidoczne. Zresztą, nawet jeśli zobaczymy na kościach ślady cięcia krzemiennym narzędziem, to nigdy nie mamy pewności, kto to narzędzie trzymał w ręku – czy to było starcie człowieka współczesnego z neandertalczykiem, czy agresja wewnątrzgrupowa.
Mnie bardziej przekonują inne scenariusze. Gdy idzie o neandertalczyków, to wiemy, że żyli w niewielkich grupach – może 8-10 osobników. To były grupy patrylokalne, co oznacza, że mężczyźni byli w nich spokrewnieni genetycznie, natomiast kobiety, po osiągnięciu dorosłości, przechodziły do innej grupy. Wyobraźmy więc sobie, że w jednym regionie żyją dwie grupy: grupa Homo sapiens i neandertalczyków. W każdej dorasta kobieta i zmienia grupę. Kobieta Homo sapiens zachodzi w ciążę z neandertalczykiem i nie przeżywa porodu, ponieważ dziecko neandertalskie miało za dużą główkę, która nie przechodzi przez drogi rodne. Tymczasem po sąsiedzku neandertalka rodzi dziecko człowiekowi współczesnemu. Poród się udaje – więc ta grupa rośnie, a neandertalska się kurczy.
Gdyby ten scenariusz się powtarzał wielokrotnie, to mógłby szybko doprowadzić do kryzysu demograficznego populacji neandertalskiej – mimo dobrych intencji z obu stron.
Czyli neandertalczycy mogli wyginąć, bo… mieli za duże mózgi?
Ciekawa koncepcja, prawda?
I ostateczna rehabilitacja neandertalczyków, których w przeszłości okrutnie szkalowano.
Gdy pierwsi badacze skamieniałości odkryli neandertalczyków, jeszcze w XIX w., to natychmiast uznali, że musieli być mało cywilizowanymi ludźmi. Rehabilitacja przyspieszyła w specyficznym momencie – gdy okazało się, że się z neandertalczykami krzyżowaliśmy. W populacji europejskiej zachowało się ok. 2-4 proc. domieszki genów neandertalskich. Gdy zebraliśmy dowody genetyczne na to krzyżowanie się, to nagle neandertalczycy stali się bardzo mądrzy i rozumni.
Stali się ludzcy.
Bardzo ludzcy. Na wszystkich wizualizacjach patrzą w dal, w filozoficznej zadumie. Lubię oglądać rekonstrukcje pradziejowe, bo one mówią wiele o nas, o naszym sposobie myślenia o nas samych i o świecie. Wydaje mi się, że w bardzo małym stopniu mówią o ludziach, których mają przedstawiać.
Scenariusz załamania demograficznego, o którym Pani wspomniała w kontekście neandertalczyków, mógł się powtórzyć w Azji, z denisowianami?
Wydaje mi się, że każdą z tych populacji trzeba rozpatrywać osobno – bo scenariusz mógł być w każdym przypadku nieco inny. Musimy pamiętać, że każda z tych grup była wówczas na granicy wymarcia. I to, że naszym przodkom udało się przetrwać, mogło być trochę przypadkowe.
Z badań genetycznych wynika, że przynajmniej z neandertalczykami krzyżowaliśmy się przez stosunkowo krótki czas. Kilka tysięcy lat. To mogło mieć związek z tym, że z początku ich populacja była większa – i mieliśmy większe szanse się spotkać. Potem ich grupy tak bardzo się przerzedziły, że do krzyżowania się, którego ślady zachowałyby się do dzisiaj, już nie dochodziło.
Z denisowianami jest większy problem, bo nadal bardzo mało o nich wiemy. Nie mamy pewności, jak długo przetrwali. Znamy ich głównie ze szczątków w Jaskini Denisowej w górach Ałtaj, ale nawet w tej jaskini nie do końca wiemy, z czym mamy do czynienia. Mamy ślady w warstwach sprzed ok. 50 tys. lat i sprzed 200 tys. lat. Czy to ta sama populacja? A może dwie różne? Co ci ludzie robili przez 150 tys. lat, które dzieli te dwie warstwy? Jak bardzo rozprzestrzenili się po Azji?
Domyślam się, że żeby odpowiedzieć na te pytania, trzeba przekopać jeszcze mnóstwo jaskiń. Pani będzie to robić w centralnej Azji.
Od lat prowadzimy prace w Tienszanie i Pamiro-Ałaju. Są tam górskie jaskinie, z których znamy zabytki sprzed 40 tys. lat, ale też wcześniejsze – sprzed ok. 70. tys. lat. Spróbujemy znaleźć ludzkie kości, żeby dowiedzieć się, kto te narzędzia stworzył. To ciekawy okres – pojawia się tzw. technologia wiórowa – inny, bardziej efektywny sposób produkcji narzędzi kamiennych. Zmienia się też sam asortyment narzędzi, które robią się bardzo wystandaryzowane. Nie tylko noże, które były już wcześniej, ale też drapacze, służące m.in. do obróbki skór, czy rylce, wykorzystywane w obróbce twardych materiałów, w tym kości. Mamy wiertniki, którymi można wykonać dziurki – pojawiają się igły. Mamy rozmaite groty i ostrza. No cuda na kiju!
Mnie najbardziej fascynuje odtworzenie procesu przejścia do tego bardziej ergonomicznego sposobu produkcji narzędzi. Kto to wymyślił? Neandertalczycy? Homo sapiens? Denisowianie? Wszyscy? Tego chcemy się dowiedzieć.
Może populacja, której jeszcze nie znamy?
Z badań genetycznych wiemy o istnieniu przynajmniej jednej takiej „populacji widmo” – wiemy, że jakaś grupa, której szczątków nie znaleźliśmy, krzyżowała się z denisowianami.
Prowadzi Pani prace w jaskiniach położonych w wysokich górach. Jak to wygląda w praktyce?
Nie jest to proste. Musimy połączyć standardy i wymagania współczesnej metodyki badań naukowych z realiami wyprawy w nieznane. Żyjemy trochę jak ludzie w epoce kamienia. Mieszkamy w namiotach. Obóz zakładamy w pobliżu stanowiska badawczego. Mamy prąd, bo w tym regionie jest sporo słońca i można rozłożyć przenośne panele słoneczne. Ale po wodę trzeba chodzić nawet kilka godzin w jedną stronę. Jeśli obozujemy niżej, gotujemy przy ognisku, ktoś codziennie musi przynosić chrust i je rozpalać. Wyżej, gdzie nie ma drzew, używamy kuchenki benzynowej. Samo dotarcie do jaskiń, gdzie prowadzimy badania i rozbijamy obóz na dłużej, jest niełatwe – zwykle to dzień czy dwa dni marszu od miejsca, do którego można dotrzeć samochodem. Nie ma szlaków, więc każdą taką trasę musimy bardzo szczegółowo zaplanować. Studiujemy mapy, przyglądamy się stokom. Musimy oszacować, którędy będziemy w stanie przejść, w których miejscach będziemy przekraczać strumienie. Czasem udaje się znaleźć ścieżki uczęszczane przez pasterzy. To pomaga, bo oni wybierają zawsze najłatwiejsze przejścia. Jeśli ekspedycję tworzą cztery osoby, to zabieramy ok. 100 kg sprzętu. Jest w tym sprzęt obozowy, jedzenie, ale też wszystkie narzędzia do prowadzenia wykopalisk, pobierania próbek, zbierania zabytków. Większe wyprawy są trudne, bo większa grupa potrzebuje więcej miejsca na rozbicie namiotów – i oczywiście więcej jedzenia.
Ale nie trzeba polować?
Jedzenie mamy kosmiczne, jak określają je nasi uzbeccy koledzy – zabieramy liofilizowaną żywność, którą wystarczy uzupełnić wodą, tak jak to robią astronauci.
Gdy jest się w miejscu, w którym ci ludzie żyli na co dzień, chyba trudno sobie nie wyobrażać, jak to wszystko wyglądało 50-100 tys. lat temu?
Podczas samych badań nie mamy zbyt wiele możliwości rozmyślania, że w tym miejscu spał sobie kiedyś neandertalczyk. Proces kopania jest skomplikowany – musimy przestrzegać pewnych procedur, wszystko dobrze dokumentować. Kopiąc, muszę być bardzo skupiona, bo nigdy nie wiem, co za chwilę znajdę. A w zależności od tego, co znajduję, muszę zastosować nieco inną procedurę. Czasem mierzę miejsce znalezienia zabytku i nadaję numer, ale innym razem robię zdjęcie jeszcze zanim podniosę znalezisko z ziemi. Zdarza się, że nakładam rękawiczki, maseczkę i pobieram próbkę do analiz paleogenetycznych okolicy znaleziska, albo wręcz wycinam ziemię dookoła zabytku i wyjmuję wszystko w bryle, do dalszej mikroeksploracji w laboratorium. I decyzję muszę podjąć w chwili, gdy dostrzegam cokolwiek, jeszcze zanim podniosę to z ziemi. A znalezisk jest z reguły kilkaset dziennie. To męczące, ale też niezwykle ekscytujące zajęcie. Ale gdy to wszystko mam już za sobą, to oczywiście, tak – potem to sobie wyobrażam. Moi koledzy specjalizujący się w innych epokach czasem śmieją się, że my, badacze epoki kamienia, głównie sobie wyobrażamy nasz przedmiot badań, bo znalezisk mamy na naszych stanowiskach znacznie mniej niż badacze innych okresów. Jest prawdą, że staramy się wycisnąć z kopanych przez nas warstw ziemi maksymalnie dużo informacji.
Przecież nasza rozmowa opiera się głównie na tym, że znajdujemy 300 krzemieni, z których 5 proc. ma takie właściwości, 10 proc. – inne. Badamy kąty, krawędzie, na podstawie tych bardzo technicznych danych, które zbieramy z bryły kamienia, wyobrażamy sobie ludzi, którzy je wykonali. I rysujemy sobie neandertalczyków siedzących przy ogniu, a przecież tak mało o ich życiu wiemy.
Ale możemy chyba próbować wczuć się w ich sytuację, skoro, tak jak my, byli ludźmi. Musieli mieć podobne potrzeby i pragnienia, przeżywali podobne emocje. Potrzebowali snu, jedzenia, odpoczynku, bliskości innych. Chcieli zrozumieć świat i go oswajać. Nie mogę się chyba jakoś strasznie pomylić, próbując sobie wyobrazić, co neandertalczyk robił i myślał, siedząc w jaskini.
Możemy się mylić na wiele sposobów. Np. sam wygląd paleniska – na rekonstrukcjach neandertalczyków czy ludzi współczesnych sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat wyobrażamy sobie w ich europejskich jaskiniach pięknie ułożone drewienka i palący się ogień. A przecież nasi przodkowie weszli na te tereny w bardzo zimnym momencie. Chyba jednym z najgorszych możliwych. I z tego okresu nie widzimy na paleniskach węgla drzewnego, tylko przepalone kości. Więc w palenisku powinna leżeć jakaś łopatka mamuta. A to nie jest oczywiste, jak ona się pali. Jest płomień? Jaki ma kolor? Jaką temperaturę? Ktoś powie: przecież kości się nie palą. No ale jakoś musiały się palić, skoro tyle ich odnajdujemy. A skoro nie było dostępnego drewna, to czymś trzeba było je zastąpić.
Gdy chodzi o neandertalczyków, mamy jeszcze inne zabawne wyobrażenia: na rekonstrukcjach żaden nie ma brody. Ani wąsów. Widział pan kiedyś rekonstrukcję neandertalczyka z wąsami?
Nie widziałem.
Nie dlatego, że się golili – po prostu tworzymy rekonstrukcje bez brody, żeby pokazać, że neandertalczycy nie mieli podbródka, a ich rysy twarzy były trochę inne. W efekcie wszyscy są rozczochrani, ale ładnie ogoleni.
Co zatem możemy powiedzieć o życiu człowieka z epoki kamienia na podstawie tego, co odkrywamy?
Myślę, że ich życie było nieustanną walką o przetrwanie. W trudnych warunkach – zwłaszcza gdy mówimy o Europie. Każdej nocy potrzebowali schronienia, inaczej zamarzliby na kość. Ich zachowania musiały być zaplanowane i przemyślane, żeby nie skończyły się śmiercią.
Często mówię studentom, że choć my wyobrażamy sobie grupę mężczyzn w sile wieku, kroczących raźno jak rzymscy legioniści, to przecież te grupy nie składały się wyłącznie z nich. W 8-10 osobowej grupie było 1-2 silnych mężczyzn. Reszta to starsi mężczyźni, starsze kobiety, kobiety w ciąży, dzieci. Jeśli ta grupa trafi do jaskini na noc, to nie rusza od razu następnego dnia – bo ktoś jest chory, ktoś musi odpocząć.
Co ciekawe, gdy w końcu nauczyliśmy się żyć na stepie mamucim, to nastąpił rozkwit kultury i sztuki. Mamy stanowiska tzw. kultury graweckiej, sprzed ok. 30 tys. lat. To już są ludzie, którzy tworzą chaty z kości mamutów. Nakład pracy włożony w stworzenie jednej takiej chaty jest tak duży, że nie opłaca się jej przenosić z miejsca na miejsce. Więc ci ludzie zakładali kilka osad, do których się przenosili. Żeby zdobyć surowiec, polować na coś przez parę tygodni.
Stałe osady są znane głównie z miejsc na południe od Karpat, np. z Czech. Na tereny Polski ci ludzie przychodzili prawdopodobnie tylko po to, by polować, a potem wracali do siebie. I wówczas pojawiał się czas, by zrobić coś dla siebie. Bo jak się już upoluje mamuta, czyli zdobędzie kilka ton jedzenia, to wystarczy pilnować, żeby inne zwierzęta się do niego nie dobrały. Wtedy można rozwijać sztukę.
Dopóki nie mamy takiego komfortu, to każdą minutę trzeba wykorzystać na to, by dobrze przygotować się do zdobycia pożywienia. I przeżyć do jutra.

Dr hab. Małgorzata Kot jest archeolożką, profesorką Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach grantu Europejskiej Rady ds. Badań zbada jaskinie centralnej Azji, które kilkadziesiąt tysięcy lat temu mogli zamieszkiwać Homo sapiens, neandertalczycy i denisowianie.

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















