Watykańskiej kanikule zawdzięczamy, że bieżących tematów tyle, co nic. Będziemy więc dziś co rusz zahaczać o kwestie niedoraźne, co w przypadku instytucji liczącej czas w wiekach, a nie latach czy tym bardziej miesiącach, można chyba usprawiedliwić.
Gdy piszę te słowa, w Krakowie trwa świętowanie urodzin ks. Adama Bonieckiego. 90 lat to też niemal wiek. A jako że ks. Adam przez 11 lat w Watykanie pracował, jako dyrektor polskiej edycji „L’Osservatore Romano”, to i w okołowatykańskim newsletterze znaleźć się jak najbardziej może. Zwłaszcza że czerpię z jego watykańskiego doświadczenia, a każda nasza rozmowa otwiera mi oczy: nie wszystkie wydarzenia, przedstawiane jako rewolucyjne, są takimi naprawdę i nie zawsze warto się nimi ekscytować, z kolei innych, świadczących o rzeczywistych i głębokich zmianach, jakie zachodzą w Kościele, zbyt często nie dostrzegamy i nie doceniamy. Perspektywa ks. Adama przywraca im właściwą miarę.
Światowy Dzień Osób Starszych, który papież Franciszek (lat 87) ustanowił cztery lata temu, a który obchodziliśmy w niedzielę 28 lipca, ma nam nie tylko przypominać o obowiązkach wobec osób starszych, ale przede wszystkim zachęcać do korzystania z ich doświadczenia. Słuchać osób starszych zawsze warto – nawet jeśli nie zawsze skorzystamy na tym intelektualnie czy duchowo, to przynajmniej wyćwiczymy się w innych cnotach, jak miłość bliźniego czy cierpliwość. Gdzie jak gdzie, ale w Watykanie warto o tym pamiętać – kardynałów po osiemdziesiątce naliczyłem tam 36, w tym 13 starszych od naszego redaktora. W ostatnim tygodniu do grona 90-latków dołączył kolejny, kard. Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego, drugi w kardynalskim kolegium nie-biskup (po 95-letnim kard. Erneście Simonim z Albanii).
Papiescy masztalerze
Datę Światowego Dnia Osób Starszych ustalono na czwartą niedzielę lipca, najbliższą wspomnieniu świętych Joachima i Anny – wedle tradycji dziadków Pana Jezusa. W Watykanie to także odpust parafialny, bo niewielki kościół św. Anny, położony tuż za granicznym murem, jest parafią dla wszystkich mieszkańców państwa (nota bene jej długoletni proboszcz, o. Gioele Schiavella, którego miałem okazję poznać, gdy pełnił jeszcze ten urząd, wkrótce skończy 102 lata).
Do świątyni, której pełna nazwa brzmi Chiesa di Santa Anna dei Palafrenieri, wejść może każdy. To miejsce cichej modlitwy, do której pełna turystów bazylika się nie nadaje, więc żandarmi pilnujący Porta di Sant’Anna, nikomu nie utrudniają dostępu. Pracownicy kurii i gubernatoratu zaglądają tam chętnie przed pracą – kościół otwierany jest kwadrans przed siódmą.
Słowo „palafranieri”, widniejące w nazwie świątyni, oznacza masztalerzy, którzy na dworach dbali o konie wierzchowe. Na papieskim dworze odpowiedzialni byli też za noszenie lektyki (sedia gestatoria). Z siły ich ramion zrezygnował dopiero Jan Paweł II, choć sama nazwa przetrwała i dziś określa się nią kamerdynerów, którzy mają przywilej niesienia trumny podczas papieskiego pogrzebu (oczywiście wykonują też inne zadania w papieskim domu). W czasach dworskich palafrenieri cieszyli się wielkim szacunkiem i – co ważniejsze – papieskim zaufaniem. Mieli też swoje arcybractwo, któremu oddano kościół św. Anny oraz jedną z kaplic w Bazylice św. Piotra.
Pracownik wart zapłaty
To właśnie do niej, w 1605 r., zamówili u Caravaggia obraz swojej patronki, płacąc mistrzowi niezbyt wygórowaną kwotę 70 skudów.
Niestety, dzieło nie zagrzało długo miejsca w bazylice. Być może kardynałom nie spodobał się golusieńki, a już nieco wyrośnięty Pan Jezus. Albo jego nóżka na głowie węża, co uznano za ukłon w stronę protestantów (dla których myśl, że Matka Boska sama podeptała szatana, była bluźnierstwem). A może wydatny i zbyt odsłonięty biust Maryi. A może jej twarz, która miała rysy ukochanej modelki mistrza, Maddaleny Antognetti, zwanej Leną, znanej wszystkim w Rzymie. Jak było naprawdę, nie wiemy. Ale obraz już po tygodniu został przeniesiony z bazyliki do kościoła palafrenierów. Tyle że arcybractwo też go już nie chciało i po dwóch miesiącach odsprzedało go kard. Scipionowi Borghese za 100 skudów.
Czy Caravaggio czuł się wykorzystany lub źle wynagrodzony, nie wiem. Słucham natomiast coraz częściej narzekań obecnych pracowników Watykanu na zbyt niskie wynagrodzenia (w porównaniu do pensji rzymskich), brak rozliczania nadgodzin oraz jasnych reguł awansu, rygorystyczne (w porównaniu do włoskiego) prawo pracy, zabraniające zakładania związków zawodowych i niegwarantujące porównywalnej ochrony pracowniczej… „Godzien jest robotnik zapłaty swojej” – mówią, cytując Ewangelię.
Pracowników Watykanu – w kurii i instytucjach państwa, podległych gubernatoratowi – jest blisko 4,5 tys. Podzieleni są na dziesięć grup płacowych – początkujący zarabiają 1,5 tys. euro miesięcznie, specjaliści ok. 2 tys., kadra zarządzająca od 2,5 do 2,8 tys. Bez dodatków, ale i bez podatków, których pracownicy Watykanu (a także dwudziestu instytucji na terenie Rzymu, które cieszą się przywilejem eksterytorialności i ponad stu przedstawicielstw dyplomatycznych na całym świecie) nie płacą. Dla nich brutto równa się netto. Dlatego na zrozumienie dla swych narzekań raczej nie mają co liczyć.
Z pracą za Spiżową Bramą wiążą się także inne przywileje: brak VAT-u przy zakupach w sklepach i na stacji benzynowej, gdzie każdy pracownik może tankować, lepsza opieka zdrowotna, własny fundusz emerytalny, atrakcyjna oferta zajęć dla dzieci. Całkiem niedawno otworzono tam również nowe centrum sportowe z kompleksem boisk – tydzień temu odwiedził je papież, spotykając się z dziećmi spędzającymi w Watykanie wakacje.
Wszystkie pieniądze Watykanu
Nie ma jednak co ukrywać, że pensje pracowników i fundusz emerytalny stanowią dla budżetu państwa ogromne obciążenie. I mimo ogłaszania kolejnych reform oraz szukania oszczędności, koszty funkcjonowania watykańskich instytucji wciąż rosną – w ciągu ostatnich dwóch lat zwiększyły się o 132 mln euro. O groźbie finansowego krachu pisałem w ostatnim newsletterze. I o tym, że na poważne reformy (czyli skutecznie cięcia) nikt – włącznie z Franciszkiem – nie ma ochoty i odwagi. Skoro jednak nie muszę tym razem gonić za bieżącymi wydarzeniami, spróbuję pokrótce wyjaśnić, skąd w ogóle Watykan ma pieniądze.
Do czasów historycznych, gdy papież był władcą rozległego i bogatego Państwa Kościelnego, nie ma co sięgać. Może jedynie do jego upadku, w 1870 r., po którym Pius IX ogłosił się więźniem Watykanu i odmówił przyjęcia jakiegokolwiek odszkodowania za odebrane mu terytoria. Zdał się na hojność wiernych, która rzeczywiście nie była mała i płynęła wartkim strumieniem z całego katolickiego świata.
Rekompensatę za utracone dobra papieże przyjęli ponad pół wieku później. Na mocy paktów, podpisanych w 1929 r. przez Piusa XI i Benito Mussoliniego, nowo powstałe państwo watykańskie otrzymało na własność nie tylko wiele nieruchomości w Rzymie i w całych Włoszech, ale też zasilone zostało sumą 1,75 mld lirów w gotówce i papierach wartościowych. Większą część tej kwoty Pius XI postanowił zainwestować, trafiając na czas po temu najlepszy – Wielka Depresja pozwalała skupować akcje, złoto i szlachetne kamienie po cenach, które potem mogły już tylko pójść w górę. Oczywiście papież nie zajmował się tym sam. Zarządzanie majątkiem powierzył Bernardinowi Nogarze, dyrektorowi Banca Commerciale Italiana, który stworzył dwie najważniejsze instytucje finansowe Watykanu: Administrację Dziedzictwa Stolicy Apostolskiej (APSA) i Instytut Dzieł Religijnych (IOR), które przejęły funkcję banku centralnego nowo powstałego państwa i funduszu powierniczego dla jego obywateli.
Część dotacji Mussoliniego, powiększaną systematycznie o wpłaty wciąż płynące z całego świata, Pius XI trzymał w gotówce „do własnej dyspozycji”. Po jego śmierci pieniądze te zdeponowano na specjalnym koncie, nazwanym „Nowym Obolem św. Piotra”, które służyło kolejnym papieżom do finansowania akcji charytatywnych, misji pokojowych, utrzymania nuncjatur czy – w razie potrzeby – zasilania budżetu Stolicy Apostolskiej. Wszystkie trzy instytucje przetrwały do dziś. A póki zarządzali nimi uczciwi i znający się na rzeczy ludzie, miały się całkiem dobrze.
Kup pan pałac
Niestety, przekonanie, że ofiarność wiernych jest źródłem, które nigdy nie wyschnie, skutkowało nie do końca przemyślanymi inwestycjami, coraz mniej uczciwymi transakcjami i coraz bardziej bezczelnymi malwersacjami. O nadużyciach, które zaczęły się już za Pawła VI, a które za Jana Pawła II i Benedykta XVI przerodziły się w głośne skandale finansowe, pisałem wiele razy. Papież Franciszek przyjął za punkt honoru ich ukrócenie i przywrócenie transparentności przepływów finansowych. Co oznaczało wyciągnięcie na światło dzienne przekrętów i publiczne rozliczenie winnych.
Miało to również skutki negatywne – ofiarność wiernych dramatycznie spadła. Pieniędzy zaczęło brakować na bieżące wydatki państwa. W 2023 r. aż 87 proc. środków zebranych w Funduszu Obolu św. Piotra (w Polsce częściej zwanym świętopietrzem) poszło na pokrycie kosztów działania kurii. Sam fundusz wydał zresztą dwukrotnie więcej funduszy, niż zebrał, co było możliwe dzięki sprzedaży aktywów zgromadzonych w ubiegłych latach, m.in. sprzedaży nieruchomości, których Watykan ma niemało (w samych Włoszech ponad 4 tys., ponad 1 tys. w innych krajach).
Ekonomiści wieszczą Stolicy Apostolskiej bankructwo – niewypłacalnemu podmiotowi nikt nie będzie chciał udzielić pożyczki. Co stanie się, gdy zabraknie pieniędzy na bieżące wydatki, choćby na pensje czy emerytury? Pałaców do sprzedania z każdym rokiem będzie coraz mniej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















